Makariew: ananasy dla gwiazd

Pociąg nie dociera, autobus pojawia się raz dziennie. Trudno uwierzyć, że statek ze sławami filmu zatrzyma się właśnie tu
Moja przygoda z Wołgą rozpoczęła się na przystani w centrum Niżnego Nowogrodu, do którego dotarłam nocnym pociągiem z Moskwy. Do Makariewa płynęłam dwie godziny wodolotem (32 ruble, nieco powyżej dolara). Kabina wypełniona po brzegi: toboły z zakupami, składane rowery, kosze, wiadra, plecaki, namioty i psy. Krzyczą dzieci, gdaczą kury. Wołga rozlewa się szeroko. Śmigają drewniane budynki przystani, kopuły wiejskich cerkwi, samotne domy, kępy drzew. Moi najbliżsi sąsiedzi również płyną do Makariewa, więc nie przegapię stacji.

Kopuły wież lśnią z daleka, masywne i rozłożyste, otoczone grubym murem. Zabudowania klasztorne stoją tuż nad rzeką. Kiedy przybijamy do drewnianej przystani, okazuje się, że schodki na ląd prowadzą wprost pod bramy monasteru. Zgiełk. Turyści, wczasowicze, wycieczki szkolne kłębią się tu cały dzień. Do monasteru wpuszczani są grupami i dlatego zawsze przy wejściu gromadzi się tłumek. Przez mały otwór w wielkich kutych drzwiach można się porozumieć z mniszkami, ale odpowiadają niechętnie.

Tymczasem idę na spacer. Piaszczysta droga za klasztorem opada w dół. Po lewej mam rzekę, tak szeroką, że nie widać drugiego brzegu. Po prawej solidne podmurowane chaty, które mogą mieć sto, dwieście lat. Mijam wiejskie sklepy. Wymalowane staranną cyrylicą szyldy przypominają obrazy rosyjskich futurystów z lat 20., tyle że farba łuszczy się, a deski są zniszczone. Na ławkach przy płotach siedzą kobiety, przy nich kucają smagłe dzieci w dziurawych koszulkach, przed sklepem biesiadują mężczyźni w elastycznych dresach i sandałach.

Wszędzie zwierzęta. Można się natknąć na biegające swobodnie krowy, owce, a nawet konie. Łażą po drodze, przysiadają w krzakach, kładą się na łąkach i na plaży. Pod rozłożystym drzewem na polanie stoją wojskowe namioty. Żołnierze budują pomost na Wołdze i prowizoryczną kawiarenkę. Mimo upałów nie zdejmują polowych mundurów moro i skórzanych butów. Przez cały dzień zajęci: rąbią drzewo, piłują i zbijają deski, noszą wodę ze studni.

Do klasztoru kobiety muszą wchodzić w chustkach i spódnicach za kolana, mężczyźni w długich spodniach. Panuje skupienie, śmiech jest niepożądany, gwałtowne gesty mogą być skarcone. W monasterze mieszka dziś dwadzieścia jeden mniszek. Najmłodsza ma szesnaście lat, najstarsza - około osiemdziesiątki. Dzień rozpoczynają na czczo porannymi modlitwami. Potem czas upływa im na pracy: w ogrodzie, w kuchni, w pralni, przy sprzątaniu cerkwi. Poza siostrami stale obecni są tu robotnicy. Pracują na wysokościach, wciągają na sznurkach metalowe wiadra, lepią i łatają dachy. Młody Ukrainiec Misza zaprasza nas na szczyt cerkwi. Wspinamy się w ślad za nim po metalowej drabince. Widzimy opustoszałe, ogołocone z dekoracji wnętrze, chłodne i ciemne poza plamą światła wpadającego przez otwarte na oścież drzwi. Ściany są gładkie, wyblakłe freski czekają na konserwatorów. Z dachu widać całą wieś: domy, budynki szkoły, dacze, jeziorko, łódki rzucone na brzeg dnem do góry.

W to, że do Makariewa ma przypłynąć z Moskwy prom z okazji Międzynarodowego Festiwalu Filmowego, nikt nie wierzy, choć we wsi wiszą plakaty, a na brzegu Wołgi już wyrosła prowizoryczna drewniana kawiarenka. Mimo to rano, w dzień zapowiedzianego przyjazdu gwiazd, na przystani gromadzi się tłum gapiów. Pod murami monasteru stanęły stragany z wypiekami, lodami, rękodziełem ludowym. Są matrioszki, szkatułki, kolorowe chusty. Tandetne miśki w jaskrawych kolorach siedzą na niskich stołkach. Mężczyźni usiłują napompować ogromny balon. Próby się nie udają, jego wielkie sflaczałe cielsko ląduje na ziemi.

Prom dobija do przystani z dwugodzinnym opóźnieniem. Pasażerowie, wśród których jest Nikita Michałkow, Harvey Keitel i Ingeborga Dapkunaite (partnerka Michałkowa ze "Spalonych słońcem"), wychodzą na ląd, rozdają autografy. Potem rozpoczyna się poczęstunek. Na stołach ananasy, pomarańcze, raki, piwo, wino i wódka. Wśród biesiadujących jest matka przełożona i przyjezdny pop. Pod koniec przyjęcia goście napełniają torby tym, co zostało, więc my też zgarniamy owoce, butelki i raki. Nie zastanawiamy się, kto raczy nas smakołykami. Tu nikt o to nie pyta. Póki jest, trzeba brać. Po dwóch godzinach prom udaje się w dalszą drogę na wschód, w stronę Kazania. Odpływa co najmniej do następnego roku i zabiera sen o wielkim świecie pięknych ludzi.