Sztuka spadania - List z... powietrza

Kilka dni temu leciałem samolotem - w pewnej chwili jeden z pasażerów podszedł do drzwi i otworzył je na oścież...
Parę sekund później człowiek, który siedział tuż obok mnie, wstał i zdecydowanym krokiem zaczął maszerować w kierunku ziejącego otworu. Kiedy straceniec będący jeszcze przed chwilą moim sąsiadem stanął na progu samolotu, mając pod sobą iluś-tam-set-metrową przepaść, nikt nie rzucił się, by go zatrzymać, ani nawet nie krzyknął. Facet, sprawiając wrażenie bardzo zadowolonego z siebie, przestąpił z nogi na nogę i po prostu... wyskoczył!

Nie miałem wyjścia. Podniosłem się z mojego siedzenia, które - choć początkowo uważałem je za twarde i niewygodne - wydawało mi się w tym momencie najbardziej komfortowym miejscem na świecie. Po kilku krokach stałem w otwartych drzwiach samolotu, czując, jak huraganowy wiatr uderza mnie w policzki. Ten, który wcześniej otworzył właz, uśmiechnął się po ojcowsku, klepnął mnie po ramieniu i przytakująco skinął głową.

Chwilę później byłem na zewnątrz.

Nie wiem dlaczego, ale wyobrażałem sobie, że po wypadnięciu z lecącego samolotu człowiek zaczyna spokojnie szybować niczym latawiec. Rzeczywistość szybko skorygowała moje przekonanie. Przyspieszenie ziemskie, które fizycy oznaczają literą "g" i które pozornie ma niewinną wartość - niespełna 10 m/s2 - ja nazwałbym raczej nieziemskim. Oznacza ono bowiem, że po trzech sekundach od chwili, kiedy zaczniemy spadać, przemieszczamy się w dół z prędkością prawie 60 m/s, czyli ok. 200 km/godz. Zdaje mi się, że takiego przyspieszenia nie mają nawet najlepsze samochody. No, chyba, że te z silnikiem odrzutowym...

Trzy sekundy - to właśnie tyle, ile potrzebuje spadochron, by się otworzyć. Aha, bo nie wiem, czy już wspomniałem, że i na moich plecach, i na plecach kolegi, który wyskoczył przede mną, znajdował się pakunek, który ponoć miał sprawić, że opuściwszy samolot na wysokości 1200 metrów nad ziemią, nie tylko nie roztrzaskamy się o nią, ale powolutku i spokojnie wylądujemy na trawce, przeżywszy parę zapierających (dosłownie i w przenośni) dech w piersiach chwil.

Otóż po owych trzech sekundach, kiedy to nieubłaganie sunąłem w kierunku naszej planety z prędkością 100 km na godzinę, stało się coś jeszcze bardziej niesamowitego: w mgnieniu oka, ale jednak bardzo łagodnie, wyhamowałem do zera. Takie przynajmniej miałem wrażenie. Po prostu zawisłem nieruchomo w powietrzu.

Kiedy już ochłonąłem po empirycznym zrozumieniu pojęcia przyspieszenia ziemskiego i zdążyłem skomentować je w kilku słowach, zaczęło do mnie docierać, co się dzieje. Ano, wiszę sobie wygodnie gdzieś w przestworzach, a pod moimi stopami rozpościera się bezkresna przestrzeń. Już wiem, że nic strasznego nie może się zdarzyć. Jest wręcz sielankowo. Zauważam, że maleńkie domki (by je zobaczyć, muszę spojrzeć w okolice czubków własnych butów) się przemieszczają. Wtedy przypominam sobie, że przecież mogę sterować swoim lotem. Nieśmiało próbuję - działa! Pociągam linkę z prawej - skręcam w prawo, pociągam z lewej - w lewo. Głowa staje się za mała, żeby to wszystko pojąć...

W tym momencie przez słuchawkę zawieszonego na szyi radia słyszę głos instruktora czuwającego cały czas nade mną (chociaż właściwie nie tyle nad, co raczej daleko pode mną): - Pomachaj nóżkami na znak, że mnie słyszysz.

Macham energicznie.

- No! Brawo! - cieszy się. I zostawia mnie w spokoju, żebym dalej mógł się delektować danymi mi po raz pierwszy w życiu wrażeniami.

Po jakimś czasie (naprawdę trudno mi ocenić jakim, od innych wiem, że chodzi o dwie-trzy minuty) zaczynam zbliżać się do ziemi. Mój "anioł stróż" odzywa się znowu: - Ustaw się pod wiatr. Dobrze. Teraz leć spokojnie i nie hamuj.

Wydaje mi się, że ziemia jest tuż-tuż, ale on powtarza ciągle: - Jeszcze nie, jeszcze nie.

Wreszcie krzyczy: - Już!

Zaciągam obie linki sterownicze i zawisam w absolutnym bezruchu tuż nad ziemią, po czym dotykam jej stopami. Mimo że zetknięcie jest bardzo łagodne, potykam się i prawie upadam. Spadochron natychmiast kładzie się na trawie i potulnie pozwala się ściągnąć. Pozostaje już tylko dowlec go do miejsca, w którym ktoś go złoży dla następnego szczęśliwca. Bo na pewno nie straceńca, jak mi się zdarzyło napisać kilka akapitów wyżej.

Zaskocz znajomych oryginalnymi kartkami z wakacji