Kenia - dzień na safari

Jedyne strzały, jakie słychać w Masai Mara, to strzały migawek aparatów fotograficznych. Jeśli chcesz się tam wybrać, weź karabin snajperski (aparat z teleobiektywem) i wiele nabojów (rolek filmu)
5.30

Wrrr!!! Znów ten nieznośny warkot budzika. Trzeba wstawać, bo za godzinę wschód słońca i będzie można ruszać w trasę. Ta godzina wystarczy na prysznic (dziś mamy dostęp do bieżącej wody!) i złożenie namiotu. Całe szczęście, że herbatę w termosie zaparzyłam wieczorem.



6.30

Opuszczamy Mara Hippo Safari Camp. Drogi w Masai Mara znamy, bo jesteśmy tu już piąty dzień, dlatego wyjazd we właściwe - jak nam się wydaje - miejsce, gdzie mogą być lwy, idzie gładko. Jeszcze tylko odcinek z okropnymi dołami i jesteśmy za wzgórzem. Tu, w gęstym buszu, leżało wczoraj dziewięć lwów - pięć samic i czworo młodych. Właśnie jeden z tych maluchów uświadomił nam, że złapaliśmy gumę - zainteresował się sykiem i podszedł do samochodu. Zgroza! Odjechaliśmy jakieś czterysta metrów i zmieniliśmy koło. Ale były nerwy! Dziś w tym miejscu lwów nie ma.



8.30

Już dwie godziny jeździmy i nic. Szkoda, bo to najlepszy czas (oprócz późnego popołudnia) na robienie zdjęć. Poranki w Masai Mara nie są dla nas łaskawe, choć o tej porze zwierzęta jeszcze nie chronią się przed upałem i są w miarę aktywne. To również pora, kiedy można zauważyć konsumujące nocną zdobycz drapieżniki oraz zrelaksowane po całonocnym czuwaniu antylopy, zebry i bawoły.

Jednak roślinożercy są - jak zawsze - niezawodni. Zebry paradnie kłusują przed naszymi obiektywami, bawoły wręcz pozują do zdjęć. Nawet płochliwe zazwyczaj guźce, moi afrykańscy ulubieńcy, przystają na chwilę, żeby się nam przyjrzeć. Migawka idzie w ruch - pierwszy głód zaspokojony.



11.00

Jest już tak upalnie i tak nam burczy w brzuchach, że trzeba zrobić przerwę na śniadanie. Naturalnie, nie możemy, ot tak, wyjść z samochodu (wiadomo, dlaczego). Szukamy więc kempingu, którego zarządca pozwoli nam przygotować "śniadanie na trawie" bez korzystania z jego bufetu. Szybko się taki znajduje, choć jest nieco zdziwiony, że nie chcemy zamówić jajecznicy za dziesięć dolarów. Cieszy się, że weźmiemy chociaż lód do chłodziarki (dla nas lód to wybawienie, a zdobycie go to naprawdę kłopot, nie tylko w Masai Mara).



13.30

Długa sjesta, ale niezbędna. W południe przyroda zamiera. Niezmordowane są chyba tylko ptaki. Drop olbrzymi (jeden z najcięższych latających ptaków, waży do 19 kg) i perlice (dziki afrykański odpowiednik naszej kury, kiedyś hodowany na mięso) przechadzają się po sawannie, jak gdyby nigdy nic. Upał nie przeszkadza też drapieżnemu sekretarzowi, który w ciągu dnia potrafi przejść 24 km, byle tylko schwytać smakowitego owada. Drgające od gorąca powietrze i wszechobecny pył nie dokuczają również żółwiowi lamparciemu, który w swoim tempie zmierza do sadzawki. Podążamy za nim, bo w suchej porze (styczeń, luty i czerwiec-październik) to najlepsze miejsce, żeby wytropić zwierzynę. Na ten czas roślinożercy z drapieżnikami zawierają pakt o nieagresji i w miarę zgodnie piją cenną wodę. Oczywiście antylopy impala i guźce nie mogą się czuć bezpieczne, bo lwy nigdy nie przepuszczą łatwej zdobyczy. Sami widzieliśmy, jak odizolowały ze stada małego pawiana i schwytały go pośród przerażającego krzyku matki, która zdążyła się ukryć w gałęziach drzewa.

Najtrudniej spotkać przy wodopoju lamparta. Po pierwsze dlatego, że prowadzi nocny tryb życia, a od godz. 19 do 6 po żadnym kenijskim parku nie wolno się turystom poruszać (z wyjątkiem słono płatnych nocnych safari z przewodnikiem organizowanych przez niektóre parkowe hotele). Po drugie, nie jest uzależniony od codziennej porcji świeżej wody. Wystarczy mu wilgoć z krwi ofiary, którą upoluje i zaciągnie na drzewo. Lamparty to najwybitniejsi wspinacze wśród kotów. Wykształciły tę umiejętność dla własnego bezpieczeństwa i spokoju konsumpcji. Na ziemi zbyt często zdobycz odbiera im lew - śmiertelny wróg lampartów i gepardów.



15.00

Á propos gepardów. Ale mamy szczęście! Właśnie natknęliśmy się na matkę z trojgiem młodych. Najwyraźniej jest skupiona na na stadku guźców, które w charakterystycznym dla siebie przyklęku zajadają się ostatnimi soczystymi pędami traw. Guźce nie w ciemię bite. Wzrok mają słaby, ale za to jaki węch i słuch! Wyczuły gepardy i natychmiast ukryły się w norze. Gepardzica, a z nią młode, położyły się w trawie (na leżąco nie do wypatrzenia, nawet przez lornetkę). Małe, zawsze skore do zabawy, płatają figle. Matce nie do żartów - ma do wyżywienia cztery gęby, a tu nici z polowania (gepardom udają się zazwyczaj tylko dwa z pięciu polowań). Co prawda atutem tego najszybszego lądowego ssaka jest jego zawrotna prędkość - do 115 km/h - ale potrafi tak pędzić tylko kilkadziesiąt metrów. Potem jego organizm za bardzo się przegrzewa i nie jest w stanie dopaść ofiary. Kiedy matka rusza więc na polowanie, a małe są zbyt małe, żeby jej towarzyszyć, często padają ofiarą innych drapieżników. Bezlitośnie tępią je lwy, które chcą się pozbyć konkurencji na swoim terytorium łowieckim. Dorosłego wieku dożywa tylko co czwarty gepard.

Ciężkie życie mają te piękne koty. Jak piękne, widzimy w obiektywie, szczęśliwi, że mamy je tylko dla siebie. Cudownym zrządzeniem losu naszego samochodu nie wypatrzył jeszcze żaden inny. A obserwacja samochodów to, niestety, podstawowy sposób tropienia zwierzyny w Masai Mara. Stojący sznur aut to znak, że coś tam jest (ukształtowanie terenu sprzyja śledzeniu samochodów). Ale co to za radość, przyjechać na gotowe. Najlepiej smakuje "własnoocznie" upolowany kąsek, taki jak nasze gepardy.



16.30

To już półtorej godziny?! Przeleciało, jak z bicza trzasł. Obserwacja gepardów pochłonęła nas całkowicie. Ani chwili nudy. Czas jednak ruszyć na południe, nad rzekę Mara. Jej graniczny odcinek między Kenią a Tanzanią to arena słynnej dorocznej pielgrzymki (sierpień, październik) półtora miliona gnu z towarzyszeniem zebr w poszukiwaniu zielonych pastwisk. Głód jest tak silny, że gnu nie odstraszają nawet sześciometrowe krokodyle, które w czasie migracji antylop mają swoje tłuste czasy.

Dziś Mara nie jest świadkiem dramatów. Brzegi prawie puste. Plażę zajmują nieliczne krokodyle, które z rozwartymi paszczami usadowiły się w bezpiecznej odległości od stada hipopotamów. Te ostatnie, tylko na pozór dobrotliwe olbrzymy (ważą do 2 ton), to w Afryce najwięksi zabójcy ludzi. Biada stanąć im na drodze do wodopoju. Pechowca może uratować wówczas tylko zimna krew. I przed hipopotamem i przed nosorożcem ucieka się podobnie: krótki bieg przed siebie i gwałtowny zwrot w bok. Ze względu na ograniczone pole widzenia oraz słaby wzrok i hipopotam, i nosorożec pobiegną dalej... A biegać obydwaj potrafią - hipopotam do 30 km/h, nosorożec do 45 km/h.

Mamy szczęście, że o tej porze dnia trafiliśmy na wylegujące się na plaży hipopotamy. Zazwyczaj są w wodzie. Ich skóra, choć wydaje się gruba, jest bardzo wrażliwa, dlatego muszą się moczyć. Na ląd wychodzą w nocy. Wtedy z głośnym pohukiwaniem pasą się na leżących koło rzeki czy sadzawki pastwiskach (w Delcie Okawango w Botswanie odgłosy hipopotama pasącego się przy naszym namiocie przyprawiły mnie o stan przedzawałowy).



18.00

Powoli kończy się dobre światło do zdjęć. Za godzinę będzie prawie ciemno, a my musimy wrócić na kemping. Ale jak tu nie przystanąć przy stadzie słoni! Musimy być ostrożni, bo jest tam dużo młodych. Słonice są przy nich szczególnie agresywne. Jeśli zauważysz, że słoń kołysze się na boki, potrząsa głową i wachluje uszami, lepiej zmykaj. To znak, że będzie szarżował. Pamiętaj, że słonie w Afryce to - po hipopotamach - zabójcy człowieka numer 2 (trzecie miejsce należy do lwów, ale doganiają je bawoły).



19.30

Zakurzeni, zmęczeni, ale ze sporym plonem fotograficznym wjeżdżamy na kolejny na naszej trasie kemping. Niebo powoli wypełnia się gwiazdami. Co za widok! (europejskie niebo to w porównaniu z Afryką co najwyżej unijna flaga). Teraz najważniejsza jest kolacja.

* autorka jest dziennikarką Radia Zet