Byłam w... kambodżańskiej dżungli

Gdziekolwiek spojrzę, patrzą na mnie oczy tajemniczego boga. Ciarki chodzą po plecach!
Po czterech godzinach w ciasnym minibusie dojeżdżam do tajsko-kambodżańskiej granicy, która wygląda jak wielkie targowisko. Stąd mały autobusik zawiezie nas do Siem Reap. Upał nieopisany, klimatyzacja nie działa, otwieramy okna. Mimo ścisku i niewygody, wszystko gra. Ale w pewnym momencie kończy się asfalt, a dalej tylko wyboista droga między polami i łąkami. Po chwili pokrywa nas czerwony kurz. Autobus osiąga zawrotną prędkość 30-40 km. Przed nami co najmniej sześć godzin jazdy jedną z głównych kambodżańskich dróg. Jutro zobaczę Angkor...

Rano czeka na mnie motocyklista-przewodnik, z którym spędzę cały dzień. Wyjeżdżamy z Siem Reap, miasta położonego najbliżej Angkoru. Zwiedzanie mamy zacząć od świątyni Bayon. Po drodze mijamy Angkor Wat - największą z budowli dawnej stolicy. Jest przepiękna. Zostawiam ją sobie na później. Na początek Angkor Thom, najmłodsza część Angkor, która w czasach świetności była ponoć najpiękniejszym miastem na świecie. Już brama wjazdowa i prowadzący do niej most są niezwykłe. Czuję się jak dziecko w sklepie z zabawkami - z otwartymi ustami podziwiam jej piękno. A to dopiero początek.

W samym środku Angkor Thom stoi Bayon, świątynia z końca XII w. Zdobią ją 54 wieże, na każdej wyrzeźbiono cztery twarze zwrócone w cztery strony świata. Gdziekolwiek spojrzę, patrzą na mnie oczy tajemniczego boga. Ciarki chodzą po plecach! Jak straszny musiał być władca Khmerów, jeśli zdołał zmusić podwładnych do wzniesienia tak niezwykłej budowli!

Wokół Bayonu jest kilka mniejszych świątyń, każda inna i zachwycająca. Odwiedzam jedną po drugiej: Baphuon, Elephant Terrace, Thommanon, Chau Say Tevoda, Ta Keo, Ta Prohm, Bantan Kdei. Przed każdą dopadają mnie dzieci sprzedające napoje, pocztówki, książki. Bez przerwy słyszę: - You don't buy, you make me cry!

Po południu docieram do Angkor Wat. Naukowcy do dziś zastanawiają się nad charakterem tej budowli. Jedni twierdzą, że to świątynia, inni, że grobowiec. Góruje nad nią pięć symetrycznie rozmieszczonych wież. Wokół szeroka fosa, a do głównego budynku prowadzi długi pomost. Wnętrza zdobią płaskorzeźby i kolumny, wykonane z matematyczną dokładnością. Na szczyty wież prowadzą bardzo strome schody bez poręczy. Jednak - dla widoku - warto wejść na samą górę. Po budynku kręci się kilku mnichów buddyjskich. Ich pomarańczowe szaty kontrastują z szarością murów.

Wspinam się na wzgórze z resztkami świątyni Phnom Bakheng. Dopiero stąd widzę, ilu turystów jest w Angkorze. Wszyscy przyszli tu na zachód słońca.

Wierzyć się nie chce, że jeszcze 150 lat temu wszystko porastała gęsta dżungla. Ukryte w niej świątynie opisał po raz pierwszy w 1861 r. Francuz, Henri Mouhot. Wcześniej Angkor odwiedzali mnisi, ale dopiero dzięki niemu zyskał międzynarodową sławę.

Dziś prawie nie ma drzew i krzewów. Wprawdzie ułatwia to zwiedzanie, ale kompleks świątynny coraz bardziej traci autentyczność. Jedną z kilku świątyń, których nie wydarto całkowicie dżungli jest Ta Prohm. Budynki porastają ogromne drzewa. Kiedy ogląda się korzenie szczelnie oplatające ściany świątyni, czuje się czas, jaki upłynął od powstania tego miejsca.

Nazajutrz budzę się o 4. Przed 6 chcę być znów w Angkor Wat, by obserwować budzący się dzień. Mam pecha - niebo jest pochmurne.

Jedziemy do Banteay Srei, po drodze mijając kilka biednych wiosek. W porównaniu z Bayonem czy Angkor Wat świątynia jest niewielka, ale bije je na głowę. Zbudowana jest z czerwonego kamienia, przepięknie zdobione ściany dodają jej niesamowitego uroku. Żar leje się z nieba, więc zwiedzanie robi się męczące. Jednak świadomość bycia w miejscu tak niezwykłym, wyostrza zmysły i nie pozwala umknąć żadnemu szczegółowi.