Jadałam w Watykanie

Codziennie przez kilka dni w 1996 r. Skromnie. Na śniadanie i kolację mielonka, żółty ser, masło i włoskie pieczywo. Kawa, cieniutka herbata i michy winogron bez pestek z rozpływającą się w ustach skórką. Z obiadów została mi w pamięci pyszna sałata. Na stołach w dzbanach woda - nie przemieniła się w wino. Moja jadalnia, czyli klasztor franciszkanów mieścił się niedaleko głównej bramy. Nie trzeba było się piąć. Bo Watykan nie jest równy, jest falisty. Siostry niepokalanki, które prowadziły zakonnikom gospodarstwo, miały tam swój kąt (w skali watykańskiej to duże pomieszczenie), który zdobyły w czasie prac nad beatyfikacją ich założycielki matki Marceliny Darowskiej. Służył za kaplicę i jadalnię. Po mszy rozsuwało się zasłonę i już były nakryte stoły.

Nocowałam tuż za murami u salezjanów na rogu placu św. Piotra. Tylko nocowałam! Skoro świt szłyśmy z siostrą Anuncjatą do Watykanu. Szwajcar nie sprawdzał przepustki. Uśmiechał się szeroko i składał głęboki ukłon przed zakonnicą. Znał ją dobrze. W wolnych chwilach też nie opuszczałam murów. Rzym można zwiedzać zawsze, a to miejsce ma w sobie coś z chińskiego Zakazanego Miasta.

Nie trzymała mnie tu wyłącznie ciekawość. Miałam grypę i dużą gorączkę. Cisza, niespieszne tempo, balsamiczność Ogrodów Watykańskich leczyła. Ja, szczenię ludzkie (jak mówi moja trzyletnia wnuczka obeznana z "Księgą dżungli"), posuwając się powolutku, chłonęłam klimaty z całego świata. Góry i doliny. Osobny świat w środku nowoczesnego miasta. Z roślinnością harmonizowały kolegia. Wychodzili z nich alumni o różnych kolorach skóry, w różnych strojach liturgicznych. Przysiadali na ławkach obok mnie z książkami. Czułam się jak Alicja w krainie czarów.

Nie było to moje pierwsze podejście do Watykanu. Nie udało mi się pojechać w 1985 r. z grupą "Tygodnika Powszechnego", gdzie pracowałam. Wyjechała tylko starszyzna. Ale przywieźli radosny cynk. - Jesteś naszym papierkiem lakmusowym - powiedział mi Marek Skwarnicki. Pytali Papieża, czy jeszcze czyta "Tygodnik". "Czytam, czytam" - padła odpowiedź. I dodał: "Pojawiło się u was nowe pióro" (tu padło moje nazwisko).

Po takim werdykcie wybrałam się z pielgrzymką parafialną do Rzymu. Odwiedziłam ks. Adama Bonieckiego, wówczas naczelnego "L'Osservatore Romano". Prosiłam o załatwienie wstępu do Watykanu. Niemożliwe w tak krótkim czasie, biurokracja watykańska wciąż działa. Zobaczyłam jedynie stacyjkę, lokomotywę i wagon, którym niegdyś papieże udawali się z Watykanu do Castel Gandolfo.

Ojca Świętego spotkałam na jednym z dziedzińców, zwyczajnym i odrapanym. Obchodził grupy ustawione w koło. Do chłopczyka, który klęknął, powiedział: "Wstań, dziecko, co będziesz klęczeć na nierównych kamieniach". Gdy zbliżył się ku nam, ojciec Hejmo chwycił mnie za kołnierz, wypchnął i przedstawił. - A, to pani, gratuluję. Zabrakło mi języka w gębie. Coś zabełkotałam, prosząc o modlitwę za wnuka. Do dziś nie mogę sobie darować.