Malezja w obrazkach

Część Malezji leży na Półwyspie Malajskim, część na kawałku wyspy Borneo. Każda oferuje coś innego
Mieszkają tu Malaje, Chińczycy, Hindusi, plemiona z Borneo, Tajowie, Indonezyjczycy. Ta etniczno-kulturalno-religijna mieszanka sprawia, że ciągle obchodzi się tu kolorowe święta i festiwale, jedzenie jest zróżnicowane jak nigdzie indziej, a twarze ludzi mijanych na ulicach nigdy nas nie znudzą. Spędziłam na Półwyspie Malajskim dziesięć miesięcy.



Kuala Lumpur z góry i z dołu

Jedyne miasto w Malezji, gdzie są chodniki i przejścia dla pieszych, wszędzie indziej to prawdziwy rarytas. Górują nad nim dwa najwyższe budynki świata - Petronas Towers, zwane tu KLCC (Kuala Lumpur City Center), i Menara KL, wieża telewizyjna.

Można wejść na most łączący wieże Petronas Towers. Jednak widok z wysokości 170 m jest dosyć przeciętny, a wizyta na górze trwa tylko 15 minut. Cały czas czuć, jak się kołysze lekko poruszany wiatrem.

Widok z Menary KL jest bez porównania ciekawszy. Z platformy widokowej na wysokości 288 m całe miasto widać jak na dłoni.

Wokół obu budynków rozciąga się Golden Triangle, dzielnica biznesowa. Tylko egzotyczne rysy przechodniów przypominają, że to Azja, gdyż krajobraz jest bardzo europejski.

Trzeba wybrać się w okolice Petaling Street, słynnej ulicy targowej w lokalnym Chinatown. W budynku ogromnego Medan Pasar, czyli centralnego targowiska, można kupić wszystko: tradycyjny strój malajski czy chiński, batik, drewniane naczynia i ozdoby, maski z Borneo... Ceny zawrotne, ale po chwili negocjacji ze sprzedawcą okazuje się, że wcale nie jest tak drogo. Idąc wzdłuż rzeki przy hali targowej, dochodzimy do Merdeka Square, czyli placu Niepodległości, i pięknego budynku im. sułtana Adbula Samada (niegdyś siedziba administracji brytyjskiej). Kawałek dalej stoi niezwykły Masjid Jamek, czyli Piątkowy Meczet (w piątki muzułmańscy mężczyźni mają obowiązek odwiedzenia świątyni).

Pertonas Tower, Merdeka Square i budynek im. sułtana Adbula Samada



Makaki w jaskini

Aby odpocząć od zgiełku metropolii, wybierzmy się do Batu Caves, hinduskiej świątyni kilkanaście kilometrów od stolicy. Autobus zatrzymuje się przy samym wejściu. Czeka nas wspinaczka po 272 schodach, na końcu jest wejście do jaskini. W środku kilka ołtarzyków, tabuny makaków, z góry leje się woda, pachnie wilgotnymi kamieniami. Jest tu sporo turystów i Hindusek ubranych w piękne, tradycyjne sari.

Wejście do Batu Caves



Różowa dzielnica i Chinatown

Do Melaki, najstarszego miasta w kraju, są tylko dwie godziny jazdy autobusem z Kuala Lumpur. W starym mieście (a właściwie miasteczku) jest tylko kilkanaście budynków. Wszystkie są różowe! Wyglądają tak od początku, czyli od czasów kolonizacji portugalskiej i holenderskiej. Najsłynniejszy jest kościół Chrystusa. Tuż obok różowej dzielnicy zobaczmy piękne Chinatown, jedną z z najładniejszych chińskich dzielnic w Malezji. Mnóstwo tu sklepów z antykami i pamiątkami, przytulnych restauracji i kawiarni. Uliczkami Chinatown można spacerować godzinami.

Kościół Chrystusa w Melace



Góry, herbata i motyle

Malezja ma także "zielone" oblicze - góry Cameron Highlands (1700 m n.p.m.) mniej więcej w połowie drogi między Kuala Lumpur i Penangiem. Nawet siedem godzin spędzonych w autobusie nie osłabiło uroku tego miejsca. Temperatura o blisko 10 st. niższa niż w Kuala Lumpur, zieleń i cisza. Pierwszego dnia warto wybrać się na trekking po okolicznej dżungli, ścieżki są świetnie oznaczone. Na wieczór polecam hinduską Cameron Tandoori Restaurant, gdzie podają pysznego kurczaka tandoori z chlebem naan. Następnego ranka koniecznie trzeba zobaczyć największą atrakcję Cameron Highlands - plantację herbaty BOH. Herbaciane krzaczki są jak setki metrów kwadratowych aksamitu rozłożonego na zboczach gór. W okolicy jest też farma motyli, uprawia się kwiaty na potrzeby całej Malezji.

Plantacja herbaty w Cameron Highlands



Kek Lok Si, bogini i satay

Georgetown na wyspie Penang to prawdziwy skansen Malezji kolonialnej, a także najbardziej chińskie z tutejszych malezyjskich miast. Zacznijmy od spaceru po centrum. Idąc wzdłuż portu, mijamy wieżę zegarową zbudowaną na cześć królowej Wiktorii i fort Cornwallis. Idąc Ulicą Masjid Kapitan Keling, dochodzimy do buddyjskiej świątyni Bogini Miłosierdzia. Tłumy Chińczyków przychodzą tu pytać o swój los i prosić o przychylność bogini. Kilkaset metrów dalej stoi piękny Masjid Kapitan Keling, meczet zbudowany przez hinduskich muzułmanów. Mamy szczęście, można wejść do środka, gdzie modli się gorliwie kilku mężczyzn. Idziemy w kierunku Chulia Street, gdzie jest najwięcej tanich hotelików, restauracji, barów i agencji turystycznych. Po jednej stronie ulicy jest Chinatowm, po drugiej Little India. Hindusi i Chińczycy żyją tu w pełnej harmonii.

Następnego dnia warto wyjechać poza centrum Georgetown, żeby zobaczyć największy w Malezji kompleks świątyń buddyjskich Kek Lok Si oraz Penang Hill, najwyższą górę na wyspie.

Kek Lok Si jest ogromna i niesłychanie kolorowa. Wspinamy się na sam szczyt wzgórza, na którym zbudowana jest świątynia. Stoi tam ogromny posąg bogini Kuan Yin. Słońce praży niemiłosiernie, więc idziemy na pobliską stację kolejki, by wjechać na szczyt Penang Hill. Czerwona kolejka to jeden z symboli wyspy Penang. Na szczycie oddychamy z ulgą, jest tu co najmniej o 5 st. chłodniej, bardzo cicho i piękny widok na sporą część wyspy.

Wieczorem wybraliśmy się na Gurney Drive, słynny nadmorski deptak, z najlepszym w całej Malezji jedzeniem. Wybór jest ogromny, ceny niskie, jedzenie cudowne. Koniecznie trzeba spróbować satay, tradycyjnego malajskiego przysmaku - miniszaszłyka z kurczaka lub wołowiny ze słodko-ostrym sosem z orzeszków ziemnych.

W pobliżu Gurney Drive zobaczymy dwie piękne świątynie buddyjskie - jedna w stylu birmańskim, druga tajskim, z największym w kraju posągiem leżącego Buddy.

Fragment świątyni Kek Lok Si

Leżący Budda



Pulau Perhentian - kawałek raju na ziemi

Z Penangu do miasta Kota Bharu na wschodnim wybrzeżu Półwyspu Malajskiego jedzie się całą noc. Wczesnym rankiem docieram na miejsce. Poza bezpłatnym pokazem lokalnych obrzędów i niezwykle kolorowym, ogromnym targiem warzywno-owocowym nie ma tu nic do oglądania.

Wsiadam więc w taksówkę i po godzinie jestem na przystani promowej. Na Perhentian płyniemy małą, drewnianą i mocno przeładowaną łódką. Z każdym kilometrem (płyniemy prawie godzinę) woda staje się coraz bardziej niebieska. Z łódki widać koralowce i mnóstwo kolorowych rybek. Na obu wyspach nie ma dróg, a więc i samochodów. Pomiędzy plażami pływa się taksówkami wodnymi.

Wysiadam na jednej z plaż mniejszej z wysp Perhentian i ruszam na podbój morza. To, co widzę pod wodą, jest wspaniałe. Nie trzeba specjalistycznego sprzętu nurka, koralowce prawie wysypują się na plażę. Cały dzień spędzam w wodzie.

Następnego dnia przenoszę się na większą z wysp. To dopiero raj! Piaszczyste plaże bez jednego kamienia, żadnych turystów i najczystsza woda, jaką widziałam w życiu. W masce i z rurką do nurkowania odpływam kawałek w głąb morza. Mam szczęście! Widzę dwa wielkie żółwie spacerujące kilka merów pode mną po dnie morza. Poruszają się bardzo szybko, więc pływam jak szalona, żeby jak najdłużej je obserwować. Resztę dnia spędzam na złotym piasku, zastanawiając się, ile jest jeszcze na ziemi takich miejsc. Na pewno wiele. Kiedyś je odwiedzę.

Targ w Kota Bharu

Perhentian