Police pod Szczecinem: Ruiny wojennego absurdu

Ogromne owalne zbiorniki, dziwne betonowe budowle, tu i ówdzie strażnice i ogrodzenia z drutu kolczastego - ruiny poniemieckiej fabryki benzyny syntetycznej w Policach pod Szczecinem robią wrażenie. I choć drugich takich nie ma w całej Polsce, mało kto o nich słyszał
Budowa kombinatu Hydriewerke Pölitz ruszyła tuż przed drugą wojną, w 1939 r. Miejsce było optymalne - trochę na uboczu, co zapewniało dyskrecję, a pobliska Odra umożliwiała transport barkami. Z węgla kamiennego, mielonego, poddawanego ciśnieniu 260 atmosfer i temperaturze ok. 470 st. C wytwarzano tu benzynę. Z ekonomicznego punktu widzenia przedsięwzięcie nie miało żadnego sensu. Na wytworzenie jednej tony benzyny trzeba było zużyć aż 7 t węgla (z tego właściwej przeróbce podlegały 2 t, a reszta szła na uzyskanie pary i energii niezbędnej do produkcji). Niemcy na gwałt potrzebowali benzyny - ropy brakowało, ale węgla było pod dostatkiem.

Kombinat obejmował 15 km kw., z czego 2 km kw. zwartej zabudowy fabrycznej. W Policach produkowano do 2,8 tys. t benzyny dziennie, m.in. dla Luftwaffe. Pracowało tu 27 tys. robotników, głównie więźniów z krajów okupowanych, w tym wielu Polaków. 13 tys. zmarło podczas niewolniczej pracy lub zostało zamordowanych. Mimo systematycznych bombardowań alianckiego lotnictwa po usunięciu zniszczeń produkcję szybko wznawiano. Po wojnie na fabrykę połakomili się Sowieci. Na rok ustanowili tu własną eksterytorialną enklawę, w której kilkadziesiąt tysięcy Niemców pod nadzorem Rosjan demontowało maszyny i urządzenia, które wywożono do ZSRR. I na nic zdały się protesty rządu polskiego, który chciał zachować cenny majątek.

Jest pusto. Tu i ówdzie budki strażnicze i ogrodzenie z drutem kolczastym. Niektóre budowle są tak dziwaczne, że nie sposób domyślić się, do czego służyły. Niektóre mają cienkie ścianki, ale mocne stropy. Chodziło o to, by podmuch bomby rozszedł się na boki, nie niszcząc szkieletu budowli. W innych odwrotnie - ściany są monstrualnie grube, a sufit cienki - w tym wypadku siła podmuchu miała iść w górę, by ochronić sąsiednie obiekty.

Już z daleka widać wysoki niczym wieżowiec elewator węglowy. Na parterze leży jeszcze sterta zmielonego podczas wojny węgla. Niektóre ściany elewatora niemal wiszą w powietrzu.

W centrum fabryki stoi kilkunastometrowa wieża strażnicza. Jak twierdzi znawca obiektu Paweł Dżugan, jest ona stanowczo za wysoka, bo tzw. martwy kąt ostrzału jest tak duży, że gdyby przeciwnik podszedł bliżej niż na 150 m, kule z wieży przelatywałby mu nad głową. Dżugan uważa, że wieża miała być prawie cała zasypana, bo wtedy pole ognia byłoby właściwe. Dlatego jej ściany są cienkie na dole i grube u góry. Zasypane zapewne miały być też pobliskie owalne zbiorniki o średnicy kilkudziesięciu metrów.

Po co to zasypywanie? Schowanie fabryki pod ziemię i zostawienie na powierzchni tylko tego, co niezbędne, zwiększyłoby jej wytrzymałość na bombardowania.

Zbiorniki możemy oglądać z góry lub wejść do środka podziemnym korytarzem. Tu i ówdzie widać na nich ślady wybuchów alianckich bomb. W pobliżu znajduje się dworzec, a za nim kolejna grupa zbiorników. Na terenie fabryki jest też dużo podłużnych betonowych budowli, zapewne były to warsztaty i magazyny.

Strony internetowe o fabryce i jej historii

http://www.politz.republika.pl

http://www.naszepolice.republika.pl/historia_hydrierwerke.htm