Maraton na Saharze - wyprawa nie dla każdego

Za mną najtrudniejszy pieszy wyścig na ziemi. Pompka do odsysania jadu na szczęście się nie przydała
Miejsce akcji: południowe Maroko, północna Sahara. Czas akcji: 4-14 kwietnia 2003. Trasa: 243 km, Erfoud - Tazzarine. Startuje 661 biegaczy i piechurów z 32 państw świata. Metę ustawiono w Tazzarine. Ostatnie dwa kilometry to bieg przez miasteczko po rozgrzanym asfalcie. Masakra! Kibicują miejscowi, nawet policja i wojsko, ale najwięcej jest dzieci. Wreszcie meta! Dobiegły 633 osoby. Pełnia szczęścia, medal na szyję, oklaski, uściski i ostatnia butelka wody. Spełniłem swoje marzenie. Teraz pora na kolejne - upragnione zimne piwo.



Piach w zębach, piach w oczach, piach po kolana

Maraton Piasków ma sześć etapów. Pierwszy, 25 km, to - nomen omen - rozgrzewka. Drugi, 34 km, to zmagania z największymi wydmami w Maroku: piach po kolana i beznadziejne młócenie nogami, bardziej przedzieranie się niż bieg. Trzeci, 38 km, to piach w zębach i w oczach. Silny wiatr w twarz, burze piaskowe chwilami w ogóle uniemożliwiają poruszanie się. Czwarty, 82 km, to prawdziwy supermaraton. 36 godzin na pokonanie tego morderczego dystansu. Dzień, noc i znowu dzień. Każdego dnia ktoś się wycofuje. Piąty, 42 km, najgorętszy. Temperatura sięga 50 st. C, jest bezwietrznie. Szósty, 22 km, to już niewielka przebieżka. Prawdziwa nagroda dla wytrwałych. Owszem, ciężko jak zwykle, gorąco jak co dzień, ale bliskość mety uskrzydla. Tego dnia nie wycofa się już nikt.



Zasada pierwsza: trzymaj się własnego tempa

Łamią ją wszyscy zawodnicy, już na starcie ruszając rączym sprintem. Nikt nie chce dać się wyprzedzić. Rozum śpi. Jesteśmy zbyt podekscytowani, żeby kalkulować. Instynkt stadny w najczystszej postaci. Opamiętanie przychodzi po kilku kilometrach - trzeba zwolnić. Tylko garstka zawodowców może nieustannie biec. Większość przechodzi co jakiś czas w marsz, a typowi piechurzy w ogóle nie biegną. Na początku zostają daleko w tyle, ale później potrafią minąć niejednego chojraka, który narzucił sobie zbyt ostre tempo, a potem stracił siły. Upał selekcjonuje bezlitośnie - grupa rozciąga się i w końcu rozrywa.



Zasada druga: pij, pij, pij!

Łatwo przegapić krytyczny moment, a odwodnienie potrafi przyjść znienacka i eliminuje z gry. W namiocie lekarskim ktoś już leży pod kroplówką. Trzęsie się niemiłosiernie. Kiepsko z nim - dalej nie pobiegnie. Na szczęście lekarze zawsze są blisko, a co 10 km punkty kontrolne. Wbiegam w odpowiednią bramkę (zgodną z moim numerem startowym), a sędziowie zapisują moje przybycie. Na szyi mam najważniejszy dokument - kartę kontroli wody. Podaję ją do przedziurkowania i odbieram przydział 1,5 litra. Przelewam wodę do dwóch bidonów przymocowanych rzepami do plecaka. I wciąż kalkuluję: jeszcze cztery minuty i sobie łyknę. A na tej górce mogę skończyć pierwszy bidon i zacząć drugi. A może lepiej dopiero za tą drugą wydmą? Wytrzymam. Byle nie zabrakło do kolejnego punktu.

Na punkcie kontrolnym lekarz spojrzy mi głęboko w oczy i spyta, czy wszystko w porządku. Każdy odpowiada, że jest świetnie, ale wzrok nie kłamie. Czasem trzeba kogoś zdjąć z trasy na siłę. Dla jego dobra.

Każda butelka wody (korek też) oznakowana jest numerem zawodnika. Wszystko po to, żeby puste butelki wrzucać tylko do specjalnej skrzyni na punkcie kontrolnym. Znaleziona przez sędziów na trasie butelka kosztuje pół godziny kary. Recydywa oznacza dyskwalifikację. Ma być czysto i ekologicznie. A nie jest to łatwe zadanie. Łącznie z organizatorami, lekarzami, kierowcami, obsługą logistyczną jest nas ponad 1000 osób, 80 samochodów terenowych i dwa śmigłowce. Małe miasteczko przemieszczające się po Saharze. Na mecie etapu wody jest trochę więcej. Każdy dostaje trzy półtoralitrowe butelki. Do pierwszej wsypuję odżywki i szybko wypijam. Drugą zużyję do ugotowania obiadu, a trzecią - do wyprania skarpetek, umycia zębów i jeszcze coś zostanie na rano. Wykąpię się za tydzień.



Zasada trzecia: wytrzepuj piach z butów

Są różne sposoby ochrony stóp przed piachem: ochraniacze na butach, plastry, bandaże, a nawet torebki foliowe. Żaden nie jest skuteczny. Drobinki piasku zawsze znajdą drogę do środka buta i nieszczęście gotowe. Pierwszego dnia nie czułem nic złego. Dopiero na mecie etapu stwierdziłem ze zgrozą, że mam na stopach bąble. W warunkach pustynnych i przy codziennym biegu - nie do wyleczenia. Z każdym dniem gorzej. Ból pękających pęcherzy wyciska łzy. Na trzecim etapie przeżywam kryzys i myślę o wycofaniu się. Ale znalazłem lekarstwo - nazywam je "non-stop" - zmuszam się do marszu bez zatrzymania. Wtedy mniej boli. Problem powraca ze zdwojoną siłą dopiero na mecie etapu. Ale tam czekają lekarze, którzy przemywają, dezynfekują, wycinają, opatrują. Namiot-klinika oblegany jest codziennie do późnej nocy. Rano na wielu twarzach grymasy bólu i zwątpienie. Ale na linii startu następuje metamorfoza - dyrektor imprezy Patrick Bauer energetycznym krzykiem wita wszystkich przez megafon, potem wielkie odliczanie, sygnał startu, chwila bólu, piekielnie trudne pierwsze metry, a potem... jakoś idzie (lub biegnie). Najdłuższy etap (82 km) pokonuję bez zatrzymania w ciągu 17 godzin. Aż mi trudno uwierzyć! Na punktach kontrolnych napełniam bidony, wciąż maszerując w miejscu. Wszystko po to, żeby nie odzwyczaić stóp od ciągłej pracy, żeby nie spuchły zbytnio. Ostatni kilometr pokonuję biegiem, ramię w ramię z Marokańczykiem Karimem.

Na mecie każdego etapu jest niesamowicie, szczególnie dla tych, którzy zamykają stawkę. Pozostali wychodzą z namiotów, landrovery tworzą szpaler, migają światła, trąbią klaksony. Gdy linię mety przekracza ostatni zawodnik, rozlegają się brawa, okrzyki i gwizdy. Warto być ostatnim dla takich chwil!



Zasada czwarta: bądź gotów na... zimno

Śpimy niemal na gołej ziemi. Pod nami tylko cienki berberyjski dywan, a śpiwory jak najmniejsze i najlżejsze, czyli cienkie. Budzę się już któryś raz. Strasznie niewygodnie. I bardzo zimno. Wczoraj wczesnym popołudniem było 49,9 st. C, a nocą temperatura spada do dolnej strefy stanów jednocyfrowych. Mam na sobie stare bawełniane kalesony i cienki polar. Złościłem się, że zajmują tyle miejsca w plecaku, a teraz co noc marzę o puchowej kurtce. Z tego samego powodu ciężko się wstaje. Składanie namiotów zaczyna się o 6 rano, przed wschodem słońca. Ekipa Berberów nadchodzi z brutalną punktualnością i zrywa płachty namiotów znad głów. Dygoczemy. Trzeba szybko ugotować coś ciepłego.



Zasada piąta: chroń się przed słońcem

Obowiązkowo dobre okulary oraz czapka z dużym daszkiem i karczkiem. Ale przede wszystkim krem z filtrem - używałem sześćdziesiątki. Rano trzeba dokładnie nasmarować wszystkie odkryte części ciała. Podczas biegu też, nawet kilka razy, bo krem spływa wraz z potem. Przejąłem się tym tak bardzo, że wcale się nie opaliłem. Znajomi nie mogli uwierzyć, że wróciłem z Sahary. Ale i na trasie miałem z tego powodu kłopoty - jeden z lekarzy chciał mnie zdjąć z trasy, widząc, jak niewiarygodnie jestem blady.

Informacje, formularz zgłoszenia itp.: http://www.darbaroud.com