RPA - wielkie emocje gwarantowane. Jak płakałam na Cape Point i patrzyłam w oczy skrzywdzonym szympansom

Jeszcze parę lat temu praktycznie nieobecne w katalogach biur podróży, dziś szybko wyrasta na najjaśniejszą gwiazdę wśród afrykańskich kierunków. Republika Południowej Afryki, bo o niej mowa, ma ku temu wszelkie podstawy - atrakcje, które czekają tu na turystę, mało co jest w stanie przebić. Nie tyle jednak chodzi o ich skalę (choć RPA może się pochwalić kilkoma światowymi ?naj?), lecz o silne emocje, jakie ten kraj wywoła w każdym, kto zechce się na niego otworzyć.
To nie będzie klasyczny przewodnik, przegląd turystycznych atrakcji, na ten poczekajcie jeszcze proszę. Podczas mojego dwutygodniowego pobytu w RPA nie zabrakło tego, co nazywamy po prostu porządną wycieczką (lub inaczej - tzw. "wiem, za co płacę"). Ale były też momenty wyjątkowe. I dzisiaj nieco o tym. Bo nie wiem, jak dla Was, dla mnie podróż to przede wszystkim emocje i uczucia, które się w nas budzą. Czasem zaskakujące swoją siłą rażenia.

Rycz mała rycz, płacz maleńka płacz

"Stoję na skale nad oceanem i czuję, jak do oczu napływają mi łzy, wielkie jak owoce maruli (z której w RPA robi się słodki likier o nazwie "Amarula")". Tak mogłoby się zacząć wyjątkowo tanie romansidło. Ale się nie zacznie, bo do tego potrzebna jest strata, a ja czułam, że nie tracę, tylko zyskuję: jedną z najpiękniejszych chwil w życiu. Cape Point, mały przylądek na południowym krańcu Półwyspu Przylądkowego, położony mniej więcej dwa kilometry na wschód od słynnego Przylądka Dobrej Nadziei (często bywają mylone), nie wzruszył mnie, on mnie dosłownie powalił. Starł z powierzchni wspomnień niemal wszystko, co widziałam wcześniej i nazywałam cudem. Gdy wjeżdżałam tutaj kolejką zębatą, a potem szłam w gorę stromą, krętą ścieżką, nie spodziewałam się, co mnie czeka. Ot, kolejny punkt widokowy - myślałam.

Ostre skały od pasa w dół tonęły w lodowatych falach, od pasa w górę - w delikatnej mgle. "Gdzieś w tej mgle próbuje znaleźć drogę Latający Holender" - pomyślałam ze współczuciem i wcale nie była to moja galopująca fantazja, legendarny statek rzeczywiście zaginął w tych wodach. Wyobraźni trzeba było jednak użyć, by dostrzec, co jeszcze kryje się za horyzontem: po prawej Ameryka Południowa, po lewej Australia, a daleko na południu - cienki biały pasek, Antarktyda. Odwróciłam się, by rzucić okiem na starą latarnię morską. Ta to widziała niejedno. Dzień był słoneczny, ale wiatr silny i porywisty, co pomogło wyobrazić sobie diabelskie sztormy, które regularnie nawiedzają te okolicę i sprowadziły na skały już niejeden okręt (szacuje się, że około 370). Nie wiem czemu, ale stałam tam i myślałam o nich wszystkich - śmiałkach wieki temu wyprawiających się na nieznane wody w poszukiwaniu nowego świata. Ci, którym bezpiecznie udało się zejść na ląd, musieli być przekonani, że znaleźli raj na Ziemi.

O początkach niepodległej Afryki przeczytaj też w książce Ryszarda Kapuścińskiego >>



Przylądek Dobrej Nadziei/ Fot. Paulina Dudek

Kiedy tacy wrażliwcy, jak ja, oddają się marzeniom, w pobliżu musi zjawić się ktoś konkretny i zaradny. Drobny cwaniaczek, spryciarz, hedonista. Korzystając z chwili zamieszania, naiwnych zachwytów turystów, szybko ogarnął parking. Potem usłyszeliśmy trzask zamykanych drzwi terenowego samochodu. Nie jego. Usiadł na miejscu pasażera, otworzył sobie paczkę chipsów, odkręcił butelkę soku pomarańczowego. W tym czasie właściciele auta krążyli wokół auta, bezradnie rozkładając ręce. Pojadł, popił, niespiesznie wysiadł i zgrabnie wbiegł na najbliższe drzewo. Słyszałam, że w RPA zdarzają się włamania do samochodów, ale tego się nie spodziewałam. Proszę spojrzeć na pawiana, co za małpa, proszę pana!

To Cape Point skradł moje serce, ale większość turystów przyjeżdża na południe RPA, by stanąć na Przylądku Dobrej Nadziei i sfotografować się przy słynnej drewnianej tablicy. Ciągle podjeżdżają tu autokary, więc do zdjęcia jest wieczna kolejka.

Cały teren znajduje się pod ochroną, kiedyś był tu rezerwat, dziś Park Narodowy Przylądka (w RPA więcej odwiedzających ściąga tylko Park Krugera). Ziemia jest piaszczysta, czerwona, porośnięta drobnym buszem zwanym fynbos, bez trudu można wypatrzyć dzikie zwierzęta: rzadkie gatunki antylop, górskie zebry, bonteboki, elandy. Na zboczu pasą się niewzruszone puchate góralki przylądkowe (są dzikie, ale towarzyskie, śmiało podchodzą pod sam obiektyw). Trzeba patrzeć pod nogi - to już wymaga sporo (nie)szczęścia, ale można stanąć oko w oko z jadowitą, czarno-żółtą kobrą. Tu spotykają się dwa prądy morskie: ciepły Mozambicki i zimny Benguelski, co sprawia, że przy pełnym słońcu woda mieni się różnymi kolorami.



Przylądek Dobrej Nadziei/ Fot. Paulina Dudek

Przylądek Dobrej Nadziei najlepiej odwiedzać po południu, ale przed zachodem słońca. Wcześniej można wybrać się na rejs statkiem z Hout Bay na Duiker Island - wyspę fok (podpływa się naprawdę blisko). Z Kapsztadu jedzie się wzdłuż najpiękniejszych atlantyckich plaż: Clifton Beach i Camps Bay. Dalej trasa jest jeszcze bardziej spektakularna. 10-kilometrowy fragment drogi Chapmans's Peak został wykuty w skale i robi ogromne wrażenie. Zewnętrzny odcinek to imponujące przepaście i widok na trzy zatoki: Sentinel, Chapman i Hout

Droga powrotna do Kapsztadu biegnie wzdłuż wschodniego wybrzeża przylądka, wokół zatoki Fałszywej. Wiosną (od sierpnia do grudnia) w wodzie wypatrujcie bawiących się wielorybów.




Wyspa Fok/ Fot. Paulina Dudek

Kto by nie chciał mieć szympansa?

Poniższa historia też dotyczy "atrakcji turystycznej", ale jej odwiedzenie to raczej test na wrażliwość. Mówi wiele nie tylko o naturze zwierząt, chyba więcej o naturze człowieka. Polecam wizytę w tym miejscu i refleksję, bo na wakacjach - tak samo, jak na co dzień - warto być świadomym.

Umięśnione ramiona, wąskie biodra i siła sześciorga ludzi razem wziętych. Jak rzuca gałęzią, klękajcie narody (jak rzuca skorupkami makadamii, klękam i chowam je do kieszeni). Jego zdjęcie mogłoby wisieć na siłowni. O tak, Cozy jest wyjątkowy. Z owłosionymi łapami, groźnym wyrazem twarzy, miednicą zniekształconą przez za ciasne jeansy i zbyt agresywny mimo kastracji. Cosy jest szympansem ze smutną historią. Oprócz niego w Instytucie Jane Goodall w Mpumalandze mieszkają jeszcze 33 podobne, choć zupełnie inne szympansy. Przywiezione z cyrków, nocnych klubów, laboratoriów, prywatnych domów, gdzie zarabiały, testowały dziwne leki lub były zabawkami, dopóki nie zaczęły dorastać i sprawiać problemów. Do kupienia na targu za 50 dolarów. W Sudanie, Kongu, Dubaju, we Włoszech. Przypalane papierosami, z usuniętymi paznokciami, bez włosów, z uszkodzeniami mózgu, uzależnione od alkoholu i papierosów, przemycane przez granicę nie wiadomo jak. By dojść do siebie pod opieką ludzi, od których tak niewiele się różnią, potrzebują pół roku odkarmiania, leczenia, a przede wszystkim spokoju. Niektóre nigdy nie odzyskają pełni sił i radości życia, poza tym nigdy już nie wrócą do naturalnego środowiska.



Charles w Jane Goodall Institute/ Fot. CC BY 2.0/ Africa Force/ Flickr.com

Mimo, że ludzi od szympansów w sanktuarium w Mpumalandze oddziela ogrodzenie i druty pod napięciem, wydają się bliskie jak nigdy. Wzbudzają zachwyt i respekt. Turlają się po ziemi, wrzeszczą, cieszą się, płaczą, okładają pięściami, łapią bez wysiłku lecące kawałki owoców i wyjadają sobie brud spomiędzy palców. Wygląda na to, że rozumieją doskonale wszystko, co się do nich mówi. Można na nie patrzeć godzinami. Kto by nie chciał mieć szympansa?



Szympans w Jane Goodall Institute/ Fot. Paulina Dudek

Cosy'emu, Jessice, Charlesowi i innym szympansom z Mpumalangi można pomóc tutaj:

http://www.janegoodall.co.za/how-to-help.htm

Polecam też film dokumentalny "Projekt Nim".

Podziękowania dla biura podróży Rainbow Tours za pomoc w realizacji materiału (i wielkie emocje).