Kornwalia - do zakochania bez pamięci. Morze, plaże, tradycja i pyszne jedzenie [WIELKA BRYTANIA]

Wystarczyło kilka dni podróży, bym zakochał się w tym miejscu bez pamięci. Południowo-zachodni kraniec Wielkiej Brytanii oczarował mnie widokami, zabytkami, kuchnią, a przede wszystkim niezwykłą atmosferą.
"Kornwalia, piękny to kraj, kraj osobliwy. Romantyczny, staroświecki i wspaniały" - tymi słowami rozpoczynają się "Wspomnienia z Kornwalii 1947-1957" Zofii Kossak, która spędziła tu z mężem 10 trudnych powojennych lat. Zdania te mogą wydawać się nieco banalne, ale po zderzeniu z urodą tego miejsca szybko przekonamy się, że trudno jest uciec od pewnego patosu i mocnych sformułowań. Kornwalia wywiera ogromne wrażenie i nie pozostawia obojętnym.

Usadowiona na zachodnich rubieżach wyspy, jakby na uboczu codziennych wydarzeń, zachowała wiele dawnego uroku, a jej mieszkańcy z dumą podkreślają swoją odmienność. Obcemu trudno jest jednoznacznie zdefiniować, czym różni się "kornwalijskość" od "wyspiarskości", niemniej mieszkańcy hrabstwa, żeby ułatwić nieco sprawę, lubią przypominać, że mają własny język oraz nieco odmienne zwyczaje.

Kornwalia - niemal zawsze nad morzem

"Opiewany przez Żeromskiego wiatr od Morza Bałtyckiego to wątły powiew w porównaniu z oddechem atlantyckiego giganta. On precyzuje rzeźbę kraju, on daje szczególne piętno krajobrazowi" - pisze dalej w swoich wspomnieniach Zofia Kossak.

I rzeczywiście: w Kornwalii niemal zawsze jest się nad morzem, niemal zawsze szarpią nami silne podmuchy, czasami przynoszące również słoną bryzę. Z tego też powodu północne wybrzeże, smagane wiatrem bez litości i obmywane ogromnymi falami, jest jednym z najlepszych miejsc do surfowania na półkuli północnej. Plaże Newquay i okolic, posadowione wśród stromych, malowniczych klifów, zapełniają latem surferzy przybywający tu zarówno z całej Europy, jak i nawet z odległej Australii. Południe jest nieco spokojniejsze - osłonięte od wiatru lądem dało schronienie bezpiecznym portom. Także roślinność poddała się sile żywiołu. Bujna w głębi lądu, im bliżej brzegu, tym bardziej karłowata, przygarbiona, uległa.

Wszystko to ma zbawienne skutki dla krajobrazu i atrakcyjności Kornwalii, którą należy objeżdżać niespiesznie, najlepiej wzdłuż linii brzegowej. Tak też zrobiłem, poczynając od arturiańskiego Tintagel, przez Land's End, na Plymouth skończywszy.

Kornwalia - urok małych portów

Przemierzając hrabstwo, zatrzymywałem się w niewielkich rybackich miasteczkach, w których rytm życia wciąż, mimo presji cywilizacji, wyznacza morze. Oczarowały mnie Boscastle, Port Isaac, St. Ives, Porthleven, Fowey, a nade wszystko Padstow. Centralnym punktem tych miejscowości są oczywiście porty, od których odchodzą wąskie malownicze uliczki pełne bielonych domów z ciemnymi okiennicami i dachami. Zadbane, schludne, nietknięte - urocze. Kręcąc się wokół portów podczas odpływu, przyglądałem się stojącym na kilu kutrom i podglądałem rybaków naprawiających sieci albo porządkujących pułapki na kraby czy homary. Tuż obok mogłem uraczyć się świeżo złowioną rybą z frytkami, kanapką z dopiero co złapanego kraba albo ewentualnie Cornish pasty (pierogiem kornwalijskim). A potem wejść na chwilę do pubu, by odświeżyć się lokalnym ale lub lagerem z browaru z St. Austell.

Kornwalia - raj dla miłośników dobrego jedzenia

Bo Kornwalia jest rajem dla miłośników dobrego jedzenia, szczególnie ryb i owoców morza. Denerwują mnie wypowiedzi kulinarnych ignorantów na temat brytyjskiej kuchni, sprowadzające ją do - wypowiadanego z pogardą - fish and chips. Jakby było coś złego w świeżej, aromatycznej smażonej rybie w puszystym piwnym cieście, podanej z kruchymi kawałkami ziemniaków i purée groszkowym! Tyle że smakołyków jest tu dużo więcej.

Prawdziwa rewolucja kulinarna nadciągnęła do hrabstwa wraz ze znanym również w Polsce Rickiem Steinem, który otworzył w Padstow swoją pierwszą restaurację rybną. Zwrócił on uwagę miejscowych i przyjezdnych na skarby, jakie pływają w zimnych wodach opływających półwysep. W ślad za nim poszli następni i dziś - bez słowa przesady - w Kornwalii można świetnie zjeść niemal wszędzie.



Fish & Chips /Fot. Shutterstock

Kornwalia. Dzikie plaże pośród skał

Czarujące były też samotne plaże, których poszukiwanie - szczególnie na północy - jest atrakcją samą w sobie. Wygryzł je z czasem ocean, wdzierający się pomiędzy granitowe klify. Mają niezwykle miękki, drobny piasek i są niemal puste, opanowane najwyżej przez kilku surferów i spacerowiczów. Tak było przy Poldhu Cove, Pendower Beach i w licznych miejscach, które nawet na mapie trudno oznaczyć.

Do wielu cudownych plaż i urwistych klifów nie da się dojechać - trzeba do nich dojść. A Kornwalia jest wręcz stworzona dla spacerowiczów, pełna pieszych szlaków prowadzących od plaży do plaży, od portu do portu, od klifu do klifu. Trasy są dobrze oznakowane, niezbyt trudne, w sam raz na niespieszny trekking. Przemierzanie odludnych miejsc zachęca do kontemplacji przyrody oraz do myślenia o sprawach istotnych. W takiej scenerii na myśl przychodzą tylko optymistyczne konstatacje. I może w tym tkwi właśnie tajemnica tego nostalgicznego charakteru hrabstwa?

Ta niezwykła scenografia stworzona przez matkę naturę sprzyjała i wciąż sprzyja pisarzom i poetom. Zachęcała także przodków do snucia licznych legend. I rzeczywiście, wiele tu miejsc związanych na przykład z tradycją arturiańską, by wspomnieć jedynie narodziny króla w Tintagel, pobrane tam lekcje od Merlina, ale także przekonanie, że Pani Jeziora, dzięki której król Artur wszedł w posiadanie Ekskalibura, pojawiła się w Dozmary Pool niedaleko Bodmin. Równie baśniowo wyglądają stare zamki i pałace, ale nade wszystko megality, których w Kornwalii jest istne zatrzęsienie. Podróżując przez hrabstwo, co chwilę napotykałem dolmeny, kamienne kręgi bądź pojedyncze menhiry. Neolityczne skarby leżały na polach niczym zwykłe kamienie. Tak jakby Kornwalijczycy nie uważali za stosowne robić wielkiego halo z ich powodu. No cóż, przecież zawsze tu były, więc co w tym nadzwyczajnego...



Plaża Tolcarne /Fot. Shutterstock

Kornwalia. Tradycja jak codzienność

"Jakże piękną i bogatą byłaby kultura europejska - pisze dalej Zofia Kossak - gdyby co kilkadziesiąt lub kilkanaście lat nie zmywały jej fale wojen! Można to ocenić na przykładzie Anglii, gdzie namuł cywilizacyjny, ten sam, co na Kontynencie (latyńska, rzymska szczepiona na gruncie miejscowym), osadzał się wiekami spokojnie, ewolucyjnie, dokładając do starego nowe, nie burząc, nawarstwiając... Zazdrość ogarniająca Polaka zwiedzającego Oksford, jego przepiękne gmachy, atmosfera itd. Przecież my byliśmy starsi, krakowska akademia założona na kilka lat przed oksfordzką, tylko cóż, oni na wyspie, my na poligonie".

Ano właśnie. W Anglii, a już w Kornwalii w szczególności, czuć i widać na każdym kroku, że od 1066 r. nikt tej wyspy nie zdobył, nie spalił, nie zniszczył. Nie targał społeczeństwa rewolucyjnymi hasłami, tak łatwo przyjmowanymi na Starym Kontynencie od postępowych Francuzów. Każdy kamień, dom, zwyczaj - wszystko uświęcone jest szacunkiem dla tradycji i konserwatywną rozwagą. Przekonywałem się o tym wielokrotnie, gdy oddalałem się nieco od brzegu i wjeżdżałem w głąb półwyspu. Jeżdżąc wąskimi, krętymi, lokalnymi drogami, których granice wyznaczał stary mur porośnięty żywopłotem, co krok odnajdowałem kolonię wspaniałych domów, zaciszną wioskę z gotyckim kościołem, który od wieków służy lokalnej społeczności, stary młyn, dawną kopalnię cyny lub arystokratyczny manor. A wszystko zatopione w cudnej zieleni. Dla mnie, wychowanego w mieście zbudowanym na nowo po wojnie, jest coś fantastycznego w tym, co dla Brytyjczyków jest codziennością.



Fot. Shutterstock

Kornwalia - łagodny klimat i piękne ogrody

"Klimat nie znający zarówno wielkich mrozów, jak wielkich upałów, urodzajna ziemia, obfitość wilgoci czyniły wegetację oszołamiająco bogatą" - wspominała Zofia Kossak. I znów trafione w punkt. Brytyjczycy słusznie uważani są za najlepszych ogrodników na świecie, a w Kornwalii dostali dodatkowy oręż w postaci wspomnianego bardzo łagodnego klimatu. Trudno o piękniej wypielęgnowane trawniki czy bardziej zadbane ogrody, zarówno te prywatne, jak i publiczne.

Jakby tego wszystkiego było mało, Kornwalijczycy zafundowali sobie Eden Project, ogromny ogród botaniczny, w którym zgromadzono kilkanaście tysięcy gatunków roślin z kliku stref klimatycznych. Montując charakterystyczne kopuły, przywodzące na myśl stacje kosmiczne, stworzono warunki do uprawiania roślin wymagających klimatu tropikalnego, śródziemnomorskiego, ale także suchego. Rocznie Eden Project odwiedza ponad milion turystów.



Eden Project /Fot. Shutterstock

Tłumy odwiedzają także Padstow w czasie największego lokalnego święta - 'Obby 'Oss - odbywającego się co roku w pierwszy dzień maja. Zabawa mająca swoje korzenie prawdopodobnie w czasach pogańskich, zaczyna się nocą 30 kwietnia w pubie Golden Lion Inn od odśpiewania tradycyjnej "May Song". Miasto, odświętnie udekorowane flagami, staje się areną widowiska, w którym biorą udział dwie grupy tradycyjnie ubranych mieszkańców miasteczka, każda ze swoim lajkonikiem (człowiekiem przebranym za coś w rodzaju konia). Podążają za nimi orszaki śpiewających, bębniących i grających mieszkańców, którzy po całym dniu krążenia po mieście spotykają się w centralnym miejscu, by odbyć tradycyjny taniec. Nie muszę dodawać, że huczna impreza, traktowana ze zdrowym dystansem, jest okazją do spotkania, wypicia kilku pint piwa i zjedzenia Cornish pasty. Gdy dobiegała końca i nad portem zapadał zmierzch, kończył się również mój pobyt w hrabstwie.

"Kornwalia, patetyczna, romantyczna, piękna, osobliwa" - podsumowała Zofia Kossak, ponownie ocierając się o banał. Ale w Kornwalii właśnie to, co najprostsze, jest najważniejsze. I niech tak zostanie.

Kornwalia praktycznie:

Kornwalia

Powierzchnia: 3,5 tys. km2

Ludność: 500 tys. mieszkańców

Język: angielski

Waluta: funt brytyjski (GBP); 1 funt to ok. 5,2 zł

Podróż

Warianty są dwa: samochodem lub samolotem. Auto jest wyborem rozsądnym, gdy jedziemy w co najmniej 2 lub 3 osoby, lubimy długie podróże, a także mamy przynajmniej 10 dni na wyjazd. Z Warszawy do Padstow jest ok. 2 tys. km, co - dzięki autostradom - można przejechać w dwa dni. Najlepsza droga prowadzi przez Niemcy (fantastyczna autostrada A2), potem przez Holandię (okolice Eindhoven), Belgię (Antwerpia, Gandawa, Brugia) i Francję. Prom z Callais przewiezie nas do Dover, skąd kierujemy się na Londyn, a następnie - zależnie od upodobania - albo jedziemy autostradą na Bristol, albo A303 na Exeter. Pierwsza wersja jest zazwyczaj szybsza, ale nieco dłuższa i bardziej monotonna. Druga może zająć więcej czasu, ale jest krótsza i prowadzi przez atrakcyjniejsze tereny (tuż przy trasie znajduje się np. Stonehenge). Po drodze czekają nas opłaty drogowe (przejazd z Warszawy do Świecka to wydatek 76 zł w jedną stronę) oraz koszt promu (dwie osoby w aucie - ok. 400 zł w obie strony; ofert i okazji warto szukać np. na www.directferries.pl). Ci, którzy bardzo się spieszą, mogą skorzystać z Eurotunelu. Dojadą na miejsce w 45 min (a nie 1,5 godz.), ale zapłacą dwukrotnie więcej.

Samolotem możemy dolecieć albo do Londynu (tanimi liniami, przy odpowiednio wczesnej rezerwacji, 300-400 zł w obie strony od osoby), albo do Bristolu (z przesiadką, ok. 1 tys. zł od osoby), a następnie wypożyczyć samochód (130-150 funtów za tydzień). Podróż zajmie nam o dobę krócej niż autem.

Jazda na miejscu

Pamiętajmy, że w Anglii obowiązuje ruch lewostronny. Przyzwyczajenie się do niego zajmuje mało czasu, o ile jedziemy własnym autem. Ten z wypożyczalni ma nie tylko kierownicę z drugiej strony, lecz także skrzynię biegów... w tym samym miejscu i z takimi samymi ustawieniami, musimy zatem lewą ręką jedynkę wrzucać od siebie. Zabawa przednia. Zjeżdżając na boczne drogi, musimy liczyć się z piękną widokowo, ale stosunkowo wolną jazdą. Drogi boczne są kręte, porośnięte wysokimi żywopłotami, zazwyczaj na szerokość jednego auta. Mijanki nie są łatwe i spowalniają podróż. Ale ileż to ma uroku!



Fot. Shutterstock

Noclegi

Nie są niestety tanie, mimo że oferta jest ogromna. Polecam spać w tradycyjnych bed and breakfast lub w pokojach przy pubach (można korzystać z wyszukiwarek globalnych typu www.booking.com lub też szperać na lokalnych stronach). Za dwójkę trzeba zapłacić w takich miejscach co najmniej 50 funtów za noc, ale w zamian otrzymamy typowe brytyjskie wygody (wąskie schody i małe pokoje w wiktoriańskich domach, zimna woda oddzielnie, ciepła oddzielnie) oraz wspaniałe, sycące angielskie śniadanie składające się z bekonu, jajek, fasolki z pomidorami, tostu i smażonych ziemniaków oraz pieczarek.

Jedzenie

Wielka Brytania słynie ze wspaniałych mięs (wołowiny, jagnięciny), dlatego warto skusić się właśnie na nie. Ale pamiętajmy też, że jesteśmy nad wodą bogatą w ryby i owoce morza. Kornwalia słynie ze skorupiaków (krabów, homarów, muszli), które można dostać w portowych knajpkach (obiad w pubie lub knajpce: od kilkunastu funtów za osobę w górę). Doskonałe są także fish and chips - z grubego, mięsistego dorsza albo z łupacza. Wybornie smakują jedzone na nadbrzeżu wprost z papieru (ok. 8 funtów za dużą porcję). Nie można także zapomnieć o kornwalijskich pierogach, czyli Cornish pasty (2,5-3 funty za porcję). Wyborne dostaniecie w Ann's Pasty Shop w Lizard (na zdjęciu), pyszne są także te od Ricka Steina w Padstow. Do picia oczywiście lokalne piwo oraz cydr (2-3 funty za pintę).



Cornish pasty/ Fot. Shutterstock

Przewodniki

W Polsce trudno o dobry przewodnik po Kornwalii, dlatego polecam ściągnięcie rozdziału o regionie z Lonely Planet (3 funty), a na miejscu kupienie jednego z licznych lokalnych opracowań. Mnóstwo ciekawych informacji, pięknie podanych, znajdziecie na świetnej stronie www.visitcornwall.com.

Atrakcje Kornwalii

1. Padstow i inne stare porty

Padstow, położone malowniczo u ujścia rzeki Camel, jest bez wątpienia jednym z najpiękniejszych kornwalijskich miasteczek. W centrum znajduje się cichy port, z którego odchodzą wąskie, fotogeniczne uliczki pełne kolorowych, starych domów. Miasto rozsławił Rick Stein, kucharz-celebryta i podróżnik, który założył tu swoją restaurację (Seafood Restaurant, tuż obok portu; bardzo droga, konieczna wcześniejsza rezerwacja), a także kilka innych mniejszych punktów gastronomicznych. Choć Padstow jest z pewnością najbardziej znane, podobnych cudownych portów jest w Kornwalii wiele, jak choćby St. Ives, Port Isaac czy Porthleven.



Miasto St. Ives/ Fot. Shutterstock

2. St. Michael's Mount

Oto bohater kornwalijskich pocztówek. Dawne benedyktyńskie opactwo z XII w., położone na samotnej wyspie na wodach Mount's Bay, przyciąga tłumy gapiów i przywodzi na myśl bardziej znane francuskie Mont Saint-Michel. Historia tego miejsca sięga głęboko w mroki średniowiecza, kiedy to wydobywano tu cynę i miedź. Dawne opactwo wygląda na niedostępne (przez wieki pełniło też funkcje obronne), ale gdy tylko nadejdzie odpływ, z morza wyłania się kamienna grobla, dzięki której można dostać się suchą nogą z miejscowości Marazion na wyspę. A tam: baśniowe zabudowania, piękne ogrody, niezwykłe widoki. Zwiedzanie zamku i ogrodów: 10,50 funta.



St. Michael's Mount / Fot. Shutterstock

3. Land's End i jemu podobne

"This is the end, my only friend, the end" - mógłby zaśpiewać Jim Morrison, gdyby dotarł na skraj półwyspu Penwith. Bo to w istocie koniec świata, a przynajmniej najdalej na zachód wysunięty fragment Wielkiej Brytanii. Jak głoszą napisy: "Next stop - New York". Land's End jest dziś miłym punktem widokowym, targanym przez wichry i ocean skalistym skrawkiem lądu, z którego - przy dobrej pogodzie - można dojrzeć archipelag Scilly. Położenie i zainteresowanie turystów spowodowały, że miejsce trochę się skomercjalizowało, tracąc nieco ze swego uroku, ale i tak warto je odwiedzić. Szukającym pięknych widoków i skalistych klifów polecam równie piękne, a mniej oblegane Cape Cornwall, Mullion, Lizard Point czy Kynance Cove.



Land's End / Fot. Shutterstock

4. Skarby z neolitu

To niesamowite, ile megalitów znajduje się na półwyspie Penwith. W zasadzie gdzie by nie rzucić kamieniem, tam trafimy w dolmen albo kamienny krąg. Zostawione przez neolitycznych osadników między czwartym a drugim tysiącleciem przed Chrystusem działają na wyobraźnię i pobudzają do snucia fantastycznych opowieści. Co ciekawe, często znajdują się po prostu na czyimś polu, porośnięte trawą lub wrzosami, bez wyraźnego oznaczenia. Ich szukanie jest niezłą przygodą. Na wszystkie pewnie nie wystarczy czasu, więc skoncentrujcie się na dolmenach Lanyon i Chun, a także na kręgu Merry Maidens. Ciekawe są również osady z epoki żelaza: Chun Castle oraz Chysauster (do tej ostatniej wstęp płatny: 3,20 funta).



Dolmen Lanyon / Fot. Shutterstock

5. Tintagel

Malownicze ruiny średniowiecznego zamku związane są przede wszystkim z legendami o królu Arturze. Jak głoszą podania, to tu wychowywał się młody Artur, ucząc się pod okiem czarnoksiężnika Merlina sztuki walki i prawego, sprawiedliwego władania swoim ludem. To właśnie Tintagel i jego okolice miały być dla króla wzorcem przy budowie Camelot. Tintagel pojawia się także w historii Tristana i Izoldy. Tristan był bowiem bratankiem króla celtyckiego Marka, władcy tego magicznego miejsca. Historycy dowodzą, że osadnictwo na tych rubieżach Kornwalii sięga czasów rzymskich, po których miejsce to upodobali sobie władcy Celtów. Dziś jest to malownicze, tłumnie odwiedzane miejsce, z ruinami nad urwistym brzegiem. Zwiedzanie: 6,10 funta.



Ruiny zamku Tintagel / Fot. Shutterstock