Zastanawiasz się nad wycieczką na safari w Afryce? To najlepiej wydane pieniądze - sprawdziliśmy [FOTORELACJA]

Siedzi okrakiem na lwie, unosi głowę lamparta, pozuje przy nosorożcu. To Kendal Jones, nastolatka z Teksasu, niedawna gwiazdka serwisów informacyjnych. Wszystkie zwierzęta są martwe, niektóre z nich dziewczyna upolowała osobiście. To sprawia, że dziś uważana jest za ?najbardziej znienawidzoną osobę w internecie?. Nie będę ukrywać - też jej nie lubię. Po dniu na safari w Południowej Afryce chyba nikt by nie lubił.
Nie martwcie się, ten tekst nie będzie o Jones. Szkoda miejsca na kolejną postać, która aspiruje do świata kolorowych magazynów i fotografowania się na ściance z logotypem wody mineralnej. Grunt to znaleźć na to sposób, ale ostatecznie ludzie są tacy przewidywalni ("W 2015 roku chciałabym być gospodynią programu telewizyjnego" - napisała Kendal na swoim koncie na Twitterze). Nie to, co zwierzęta.

Bo było tak.

Miejsce: Park Krugera w Republice Południowej Afryki, jeden z największych i najbardziej prestiżowych` rezerwatów dzikich zwierząt na naszej planecie. Maj, czyli w południowej Afryce astronomiczna zima. Godzina 4 rano, jeszcze nie wzeszło słońce. Ubieram się (luźne spodnie, które można podwinąć, cienka koszula z długim rękawem, a na to ciepła bluza z kapturem i zasłaniająca czoło chustka - rano w buszu jest bardzo zimno, w ciągu dnia za to robi się upalnie, a głowa przez wiele godzin jazdy jest narażona na chłodne podmuchy i potem może bardzo boleć) z jednym okiem jeszcze sklejonym snem. 4:35 - filiżanka herbaty roiboos (tutejsza specjalność). O 6 mam już nowego siniaka na nodze od wchodzenia do wysokiego jeepa.

Cel: zobaczyć wielką afrykańską piątkę (w przewodnikach czytam, że nie ma do tego lepszego miejsca niż RPA). Cel realny: zobaczyć jakiekolwiek zwierzę, nawdychać się zapachu buszu i dojrzeć gdzieś na szutrze lub asfalcie żuka Bogusława, który - jak głosi internetowy mem - "cieszy się z byle gówna". Nie udało się tylko ostatnie.



Park Krugera o wschodzie słońca/ Fot. Paulina Dudek



Zwierzęta w Parku Krugera ciekawie patrzą na człowieka, ale to nie jest zoo - żadne z nich nic nie straciło ze swojej dzikości/ Fot. Paulina Dudek

Jak dużo zależy od rangera

Mózgiem safari, a często miarą jego powodzenia (mierzonego w okrzykach zachwytu turystów) jest ranger, czyli kierowca i przewodnik jeepa. Rangera trzeba słuchać - od niego zależy nasze bezpieczeństwo (istotna kwestia, gdy jedziesz odkrytym, nijak nie chronionym samochodem, a parę metrów dalej przechadza się stado bawołów lub słoni), a poza tym zwykle opowiada niesamowite rzeczy. Ranger potrafi znaleźć w okolicy lwa, wypatrzeć w zarośniętym trawą rowie serwala ("małego geparda"), wyjaśnić, czemu lepiej nie spotkać na ścieżce hipopotama ("bo to nerwowe zwierzęta, które komfortowo czują się tylko w wodzie, a przyłapane poza zbiornikiem zachowują się jak ktoś, na kogo skoczył paparazzi"), zahamować z piskiem opon tuż przed nosem idącego przez drogę kameleona (uwaga na zebry, TE zebry).

Ranger musi też powiedzieć sakramentalne słowa: "Ten park ma ponad dwa miliony hektarów powierzchni na terenie kilku krajów, zwierzęta chodzą swobodnie, nie dajemy gwarancji, że zobaczycie jakiegokolwiek przedstawiciela wielkiej piątki" (w jej skład wchodzi: słoń, nosorożec czarny, lampart, lew i bawół afrykański - przyp. podekscytowana ja). Potem może też dodać: "Ale będzie cała masa antylop", żebyśmy nie robili sobie wielkich nadziei, ale jednak nie byli smutni (wierzcie mi, turyści na safari są jak dzieci).

Nasz ranger - zgodnie z oczekiwaniami - mówi oczywiście to wszystko. Rozdaje miękkie koce i w promieniach wschodzącego słońca przekracza bramę parku.



Park Krugera - każda droga może być scenerią niezapomnianego spotkania/ Fot. Paulina Dudek

Mój pierwszy dziki słoń

A on już tam jest.

Stoi na ścieżce, zajada się wysokim buszem (o tej porze roku trawa wybujała) i wachluje uszami. MÓJ PIERWSZY SŁOŃ.



Cudo - mój pierwszy słoń/ Fot. Paulina Dudek

Napotkane kawałek dalej śliczne impale podsuwają mi myśl, że do suchego prowiantu przydałaby się kawa - mają umaszczenie jak cafe latte. Jedziemy i hamujemy - kameleon. Idzie. Ranger wnosi go do jeepa, a ten z żarówiastej zieleni na naszych oczach robi się czarny i tylko łypie nieufnie ("wkurzony jest"). Poprawia mu się na gałęzi, teraz już nie da rady odróżnić go od liścia.



Kameleon wkurzony..../ Fot. Paulina Dudek



... i wyluzowany/ Fot. Paulina Dudek

Potem jest zebra, czyli "osioł w piżamce" (to wszystko cytaty z naszego rangera). NOSOROŻCE! Znowu słonie, dziesiątki antylop, krokodyl, gnu, kudu, kolejne słonie. Żyrafy, istny "Żurafik Park". Bawoły, kolejne białe nosorożce, przepiękne rajskie ptaki. Kolega dostrzega dudka (a ja nie, umieram z zazdrości). Przed lunchem do wielkiej piątki (z której zrobiła się dziewiątka, bo uznaliśmy, że innym zwierzętom też należą się tytuły) brakuje nam tylko lwa i lamparta.

Uważaj na lwa!

Niebieskowłosy chłopak w prywatnym samochodzie (można nimi wjeżdżać na teren parku, ale nie wolno wysiadać z aut) na pytanie naszego rangera "czy coś tam jest?", kręci z niezadowoleniem głową. Ale tam ma być lew, więc kierując się intuicją (rangera) jedziemy. I jest. Ogromna, piękna lwica skrada się bezszelestnie do jedzącej nieopodal trawę impali. Nie wierzymy własnym oczom, strzelamy foty, gapimy się jak wryci. Lew w międzyczasie gdzieś zniknął, teraz impala nie spuszcza z nas wzroku. Z wszystkich sił wysyłam jej sygnały: uważaj na lwicę (a sama nie wiem, gdzie ona może być!). Odjeżdżamy kawałek dalej.

Potem wszystko dzieje się tak szybko, jak w sensacyjnym filmie: lwica daje susa tuż koło nas prosto na pierzchające stado antylop, jedna przewraca się i prawie łamie nogę. Na setną sekundy staje mi serce, staję się tą impalą i prawie zaczynam płakać. Ale lwica pobiegła w inną stronę, młodej udaje się uciec. Piękny kot kładzie się w krzakach i spokojnie czeka, a my wyrywamy sobie z rąk lornetkę. Emocje sięgają zenitu, są tak duże, że z nerwów dostajemy ataku śmiechu. Ranger oznajmia, że pora na lunch. Nie chcemy lunchu! W końcu musimy jechać, lwica wciąż leży może piętnaście, może dwadzieścia metrów od nas.



Lwica odpoczywająca po nieudanym polowaniu/ Fot. Paulina Dudek

Jemy pospiesznie, nie mogąc się doczekać powrotu do samochodu. Do końca dnia oglądamy jeszcze dziesiątki wspaniałych afrykańskich zwierząt (i oczywiście mnóstwo akacji, ikon tego miejsca). Wzrok, który początkowo nie widział nic w zielonym gąszczu, dawno przestawił się na tryb tropienia. Czasem faktycznie wypatrujemy, kiedy indziej zwierzęta są podane jak na tacy.

Gdy spotykamy się z drugą grupą, okazuje się, że widzieli zupełnie co innego. Bo safari to nie tylko zwierzęta, lecz przede wszystkim sytuacje. Cały ten ukryty, niedostępny świat, który nagle w swej bujności rozgrywa się na naszych oczach. Uświadamiam sobie, dlaczego safari jest tym, co warto przeżyć wielokrotnie - bo tutaj każda chwila jest inna i zaskakująca, nic dwa razy się nie powtórzy. Ale to, co widziałam i jak to było absolutnie wspaniałe, dociera do mnie dopiero po wielu, wielu dniach.

Informacje praktyczne

Park Narodowy Krugera to jeden z największych i najważniejszych rezerwatów dzikich zwierząt na świecie, a tym samym jedna z największych atrakcji turystycznych Republiki Południowej Afryki. Uznawany jest za jedno z najlepszych miejsc na naszej planecie, by stanąć oko w oko z przedstawicielami "wielkiej piątki" - słoniem, nosorożcem czarnym, lampartem, lwem i bawołem afrykańskim. To oczywiście nie wszystko. W Parku Krugera żyje ok. 150 gatunków ssaków (drugie miejsce wśród afrykańskich parków narodowych), ponad 500 gatunków ptaków (w tym gatunki będące rzadkością poza obszarami chronionymi, jak dzioboróg kafaryjski czy drop olbrzymi) i ok. 150 gatunków płazów i gadów.

Park został utworzony w 1898 roku przez ówczesnego prezydenta Transwalu, Paula Krugera, który chciał powstrzymać masowe polowania na dzikie zwierzęta, trwające w okresie gorączki złota. Pierwotny rezerwat Sabie (od nazwy przepływającej przez niego rzeki) rozrósł się do gigantycznych rozmiarów - dziś park zajmuje powierzchnię ponad 2 milionów hektarów.



Fot. Paulina Dudek

Park Krugera można podzielić na trzy części: południową, pokrywającą się z historycznym rezerwatem Sabie (charakterystyczne są tu białe nosorożce, lamparty i likaony oraz krajobraz zdominowany przez drzewa akacjowe), centralną (rozległe trawiaste równiny poprzecinane rzekami Olifant i Letaba, z dużą populacją słoni, pawianów, żyraf i krokodyli) i północną (najbardziej dziką i najrzadziej odwiedzaną przez turystów, królestwo ptaków, sporo hipopotamów i lampartów).

Park można zwiedzać w grupie i samodzielnie bez przewodnika - gęsta sieć asfaltowych dróg umożliwia wjazd prywatnym samochodem bez napędu na cztery koła, a nawet autokarem. Oczywiście najwięcej można zobaczyć wjeżdżając na safari jeepem kierowanym przez profesjonalnego rangera. Park jest otwierany przed wschodem słońca i zamykany o zachodzie - zostanie w parku na noc jest nie tylko niebezpiecznie, ale grożą też za to bardzo wysokie kary, dlatego jadąc tam samodzielnie trzeba dobrze oszacować czas potrzebny na dotarcie do bramy wyjazdowej (park jest świetnie oznaczony, ale i tak nietrudno się w nim zgubić z uwagi na olbrzymi obszar). Oczywiście pod żadnym pozorem nie wolno opuszczać samochodu, obowiązuje też ścisłe ograniczenie prędkości - do 40 km/godz. na drogach gruntowych i 50 km/godz. na drogach utwardzanych. Ma to zapobiec wypadkom z udziałem zwierząt (w każdej chwili mogą pojawić się na drodze pojedynczo i całymi stadami), ponadto przy dużej prędkości trudno dostrzec zwierzęta, które kryją się w zaroślach.



Fot. Paulina Dudek

Każda pora roku jest dobra na odwiedzenie Parku Krugera. Południowoafrykańczycy wybierają zwykle zimę (czyli polską astronomiczną wiosnę), kiedy jest sucho, a upały nie dokuczają. Aura jest wówczas rzeczywiście bardzo przyjemna, za to trawa najwyższa i najtrudniej wypatrzyć zwierzęta. Najlepsze do podglądania zwierząt są godziny poranne (mniej więcej do 10 rano, o świcie drapieżniki są najaktywniejsze) oraz późne popołudnie, w ciągu dnia trzeba mieć dużo szczęścia, by trafić na polującego lwa lub geparda. Firmy turystyczne oferują też udział w tzw. nocnym safari oraz safari piesze, w towarzystwie uzbrojonego rangera (niestety nie miałam okazji w nim uczestniczyć, ale sądzę, że jest doskonałym uzupełnieniem dla safari jeepem). Najwięcej turystów odwiedza Park Krugera w porze upalnej i mokrej, tj. między październikiem i kwietniem.

Na terenie parku istnieje świetnie rozbudowana infrastruktura - jest gdzie zatrzymać się na odpoczynek, na jedzenie i zrobić zakupy.

Podziękowania dla biura podróży Rainbow Tours za pomoc w realizacji materiału.



Więcej o safari i innych sposobach na odkrywanie RPA przeczytasz w serwisie Podróże.gazeta.pl