Kapadocja - jedyne takie miejsce na świecie [TURCJA]

Opowieści pierwszych europejskich podróżników opisujących krajobrazy Kapadocji przyjmowano z niedowierzaniem. Trudno było pojąć, że kraina tak niewiarygodna może istnieć naprawdę.
By zrozumieć fenomen tego miejsca, potrzebna jest krótka lekcja geologii. Kilka milionów lat temu pobliski wulkan Erciyes Dagi (wsparty przez kilka pomniejszych) miał fantazję, by w spektakularny sposób wyrzucić z siebie lawę i popiół, które pokryły okolicę. Potem natura zafundowała Kapadocji zabiegi upiększające: wiatr, śnieg i deszcz pracowicie żłobiły labirynty dolin. Współczesnych turystów jej krajobraz zdumiewa nie mniej niż pierwszych odkrywców. Nazywany jest często księżycowym, a dominują w nim niezwykłe formy skalne przypominające to sterczące w niebo fallusy, to domki elfów, to znowu skalne stożki przykryte fantazyjnymi czubami. Jedne są samotnymi ostańcami pnącymi się ku górze, inne tworzą zwarte szeregi. Według jednej z legend to dawni mieszkańcy Kapadocji, którzy podczas oblężenia przez wrogów ubłagali Allaha, by zamienił ich w kamienie.

Tekst pochodzi z magazynu



Kapadocja. Podziemne i święte miasta

Miękki tuf, z którego zbudowane są skalne twory, okazał się prawdziwym błogosławieństwem dla mieszkających tu ludzi. Drążyli oni skały, budując mieszkania, a nawet całe podziemne miasta (w czasach wojen i najazdów służyły one za podstawowe schronienie). W Kaymakli - jednym z najbardziej znanych takich miejsc - przewodnik prowadzi mnie podziemnym labiryntem. W pewnym momencie napotykamy wielkie koła młyńskie, ale stojące pionowo. - To był najskuteczniejszy sposób odcięcia drogi: gdy wróg zszedł pod ziemię, wystarczyło takim kołem zablokować przejście, by zyskać czas na ucieczkę - tłumaczy mi Orhan, który zna tu każdy kamień. - A wiesz co było najtrudniejsze? Zrobić wyprowadzenie dymu o wiele kilometrów dalej, by obcy nie znaleźli wejścia do podziemnego miasta - opowiada. Usiłuję sobie wyobrazić życie tych przymusowych jaskiniowców, żyjących pod ziemią podziurawioną przejściami niczym ser. Są tu spichlerze, kuchnie, a nawet kościółek! Tyle że my zwiedzamy to wszystko w świetle żarówek, a oni używali tylko pochodni. Musieli mieć nie lada orientację, by nie zgubić się w tym labiryncie.

Z Kaymakli jedziemy do Göreme. Zaledwie kilka kilometrów od miasteczka czeka świat zastygły w skale niczym owad w bursztynie. To dawna osada mnichów zainspirowanych naukami św. Bazylego. Dla siebie drążyli oni cele, a dla chwały bożej - kościoły. Tutejsze skalne monastery powstały w VII w. i są fenomenem na skalę światową, bo na niewielkiej powierzchni stworzono ponad 300 kościołów i kapliczek. Wchodzimy do wnętrza tzw. Ciemnego Kościoła (KaranlikKilise). Brak słonecznego światła sprawił, że freski wewnątrz przetrwały w doskonałym stanie. Niemała w tym też zasługa konserwatorów, którzy przez 14 lat czyścili ściany z ptasich odchodów (do lat 50. XX w. wewnątrz kościoła był... gołębnik). Efekt jest oszałamiający. Każdy centymetr ścian pokrywają ponadtysiącletnie malunki, dzięki którym na chwilę przenosimy się do bizantyjskiego nieba. Z kopuły spogląda na nas Chrystus Pantokrator, wokół unoszą się skrzydlate anioły, a brodaci święci zatopieni są w modlitwie.

Kapadocja. Stracić głowę i serce

Po Kapadocji przyjemnie się też po prostu wędruje, podziwiając fantazyjne formy skalne. W Rose Valley pomiędzy nimi odnajdujemy winnice (spadek po rzymskich legionistach), kościoły i jaskinie. W jednej z nich sprzedawca proponuje sok wyciskany z granatów (pyszny) i, naśladując Freda Flinstone'az popularnej kreskówki, pokazuje swoją restauracyjkę. Zamiast sufitu jest w niej skała wydrążona na kilka pięter. Cóż, dawni architekci nie planowali zapewne, że ich budowle przetrwają stulecia i po jakimś czasie niektóre ze skał odpadły, ukazując wzniesione w nich domostwa, albo - tak jak tutaj - wielkie puste przestrzenie. W Dolinie Miłości z kolei czeka widok tak niesamowity, że nie sposób się nie uśmiechnąć. Oto bowiem sterczą dumnie wielkie, samotne skały. W kształcie bardzo przypominają fallusy. I już wiadomo, dlaczego każda wycieczka musi tu dotrzeć i zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. Drugiego takiego krajobrazu nigdzie nie znajdziecie.

Ostatniego dnia naszej podróży mam cały ten fantastyczny świat u swych stóp. Lot balonem jest atrakcją, która na zawsze pozostaje w pamięci. W ciemności przedświtu dziesiątki gigantycznych lampionów powoli wznoszą się do góry. W dole mijamy skalne grzyby i baśniowy krajobraz. Balony lecą to w górę, to suną tuż obok postrzępionych skał. Mam wrażenie istnienia poza czasem, poza światem. Słońce powoli wyłania się zza horyzontu, zalewając ziemię złotym światłem, a ja zaczynam rozumieć, dlaczego uprzedzano mnie, że przyjazd tutaj to spore ryzyko. Dla Kapadocji straciłam głowę i serce, a o tej cenie nie wspominają żadne biura podróży. Ale nie żałuję.