Kuku na Rumuniu. Uroki zostały rzucone [MAGAZYN KONTYNENTY]

Zauroczenie, nazywane "diablim wzrokiem" albo "złym okiem", to codzienność. Dobrze rzucony urok grozi chorobą, która zetnie z nóg. Ten, kto ma niestrawność, niech lepiej sobie przypomni, z kim ostatnio rozmawiał. O przesądach, w które wierzą Rumuni, pisze Małgorzata Rejmer.
[...] Uroki zostały rzucone

Zdarzyło mi się onegdaj zanurkować w świat bukareszteńskiego luksusu, gdy znajomi zaprosili mnie na basen z sauną, siłownią i innymi przyległościami, gdzie nawet mydelniczki z miodowego drewna pasowały do miodowych desek sedesowych. Wokół krążyły osoby opalone i żywotne, szczupłe i wysportowane, a wśród nich uśmiechnięty z brzuszkiem pan.

- To nasz chiromanta - powiedziała Ania. - Wróży z rąk.

Spojrzałam na nią pytająco.

- Dla agencji ubezpieczeniowych - dodała Ania.

Interes wygląda następująco: agencje ubezpieczeniowe wysyłają zdjęcia rąk klientów, a pan chiromanta w ścieżkach linii życia dostrzega zgony, choroby i wypadki samochodowe. Na chleb jest i na basen też starcza.

Przyjęłam tę anegdotę ze spokojem, wszak i w Warszawie różdżkarze mogą godnie pożyć za pieniądze z urzędu miasta, gdy akurat pani burmistrz uzna za stosowne zbadanie energii szczególnie niebezpiecznych skrzyżowań. Ale czekały już na mnie kolejne opowieści.

- Z jakimi problemami przychodzą do ciebie najczęściej pacjenci? - zapytałam kiedyś znajomego psychoterapeutę, Alexandru.

- Różnie bywa - zastanawiał się Alexandru. - Ale głównie nie mogą sobie poradzić z tym, że ktoś rzucił na nich urok.

I wyjaśnił: nie chodzi o to, żeby terapeuta zdejmował z nich urok. Oni są z urokiem pogodzeni. Proszą tylko, żebym pomógł im nauczyć się z tym godnie żyć. A moja rola polega na tym, żeby ich przekonać, że żadnego uroku nie ma.


Starzy, młodzi - w Rumunii na urzeczenie musi uważać każdy / fot. Shutterstock

Nie jest to łatwe. Przesądy to gęsta, przezroczysta siatka nałożona na rzeczywistość rumuńską, która ciasno oplata wszystko i wydaje się wrośnięta w myślenie ludzi. Jest w tym coś pięknego. Czasem myślę, że to powrót do świata rządzonego przez magię, która zamienia się w poezję, będącą przeciwieństwem prozy życia. To, czego moje oczy nie widzą, rumuńskie oczy wyłapują jako pełne znaczenia. Równolegle do rzeczywistości analiz, dat i faktów biegnie rzeczywistość realizmu magicznego, przesądów i zabiegów, rytuałów i zaklęć. Oprócz zasad, jakie mamy wdrukowane, bo jesteśmy częścią społeczeństwa, istnieje szereg reguł przeznaczonych dla innego świata, których trzeba przestrzegać dla pomyślności i bezpieczeństwa.

Tak naprawdę chodzi o stworzenie wrażenia, że chaos można kontrolować, nawet jeśli przesądy komplikują życie.

Moja koleżanka Olga opowiadała, jak jej znajoma z pracy obwieściła akt kapitulacji pod lawiną problemów. Matka jej zachorowała. Synkiem niemowlakiem nie ma się kto zająć. W pracy być musi.

- Oddaj dziecko do żłobka - powiedziała trzeźwo Olga.

- Jedyny żłobek w dzielnicy jest po drugiej stronie rzeki - oświadczyła koleżanka.

- No i co z te go? - zapytała Olga.

- Jak to co? Przecież mały nie jest jeszcze ochrzczony!

Jest to poniekąd logiczne: dzieci nie mogą przekraczać rzeki, dopóki nie zostaną ochrzczone, bo inaczej grozi im ciężka choroba. Żaden trzeźwo myślący rodzic nie podejmie ryzyka igrania ze zdrowiem dziecka.

Myślenie magiczne nie wyklucza racjonalizmu, jedno dopełnia drugie. Mój kolega Octavian spotkał raz na ulicy znajomą z Wydziału Filozofii Uniwersytetu Bukareszteńskiego, która pracuje nad doktoratem o Heideggerze. A dokładnie o wpływie Nietzschego na filozofię Heideggera.

- I jak tam pisanie? - zagadnął.

- Ach, jakie tam pisanie - żachnęła się koleżanka. - Nie mam głowy do pisania. Straszne mamy teraz problemy z tym złotem.

- Ja kim złotem? - zdziwił się Octavian.


Za krótka noga? Zamiast wizyty u lekarza - trzeba przetopić złoto na but. Starsze pokolenie Rumunów wierzy, że to na pewno pomoże. Młodsze też... / fot. Shutterstock

I wtedy koleżanka opowiedziała o swoim nieszczęściu. Kilka miesięcy temu urodziła synka i zaraz po porodzie okazało się, że mały ma jedną nóżkę krótszą. Pojechali z chłopcem na wieś, żeby pokazać go rodzinie, a rodzina oznajmiła: trudno, damy radę, są na to sposoby. Według rumuńskiej legendy, jeśli jedna noga jest krótsza, trzeba obuć ją w pantofel ze złota, a noga się wydłuży. Złoto działa cuda, pocieszyli dziadkowie zbolałych rodziców. Tak więc ciotka z wujkiem, dziadek z babcią, mama z tatą zaczęli zbierać i kupować złoto, żeby przetopić je na but. Czasu trochę to zajmuje, a stopa dziecka rośnie.

- Nie zdajesz sobie sprawy, jakie są ceny złota. Nie wiem, kiedy się z tym uporamy. Nie ma mowy, żebym teraz pisała doktorat.

A potem ktoś mówi: jakie ma pani śliczne dziecko, i koniec, uroki zostały rzucone

W Rumunii proza życia często wiąże się z rytuałami magicznymi. Owo połączenie nie zwraca uwagi ani nie budzi wątpliwości. Uwagę zwraca natomiast nieprzestrzeganie reguł gry. Moja koleżanka Ania została wielokrotnie upomniana, że postępuje lekkomyślnie, nie ubierając swojej córki w nic czerwonego, ani w skarpetki, ani w bluzeczkę.

- Ona nie ma nawet czerwonej spinki - zauważyła zaniepokojona sąsiadka, pochylając się nad wózkiem.

A potem ktoś mówi: jakie ma pani śliczne dziecko, i koniec, uroki zostały rzucone.

Dlatego, jeśli ktoś troszczy się o bliską osobę, ofiarowuje jej czerwoną bransoletkę, która chroni przed byciem deocheat, zauroczonym. Dzięki niej poziom bezpieczeństwa w relacjach międzyludzkich znacząco wzrasta i wszystkie zagrożenia po wyjściu z domu na ulicę stają się mniej zagrażające.

Ryzyko bycia deocheat, dosłownie zaoczonym, czyli zarażonym urokiem za sprawą rzuconego spojrzenia, wzrasta w kontakcie z osobą o niebieskich oczach. Niebieskoocy rzuca ją uroki na prawo i lewo, nawet o tym nie wiedząc. Ryzykowne są też osoby z wadami fizjonomii, kaprawym oczkiem, nierówną wargą. Wysoka częstotliwość rzucania uroków występuje w przypadku dzieci, które zostały odstawione od piersi i przerzucone na butelkę, a potem znowu karmione piersią. W takich okolicznościach dziecko staje się maszyną do rzucania uroków. Dalej, tu sprawa się upraszcza, choć także komplikuje - uroki rzucać może każdy. Wszyscy są winni i wszyscy zagrożeni, nieustanne ryzyko epidemii uroków.

Opowiada mi o tym kolega, który skończył etnologię, a na koniec wyznaje: Sam mam z tym kłopot, bo moja trzydziestoletnia siostra twierdzi, że ludzie nic innego nie robią, tylko rzucają na nią uroki. A jest nauczycielką historii! O drugiej w nocy telefon: "Rozmawiałam z twoim kolegą Cyganem, pytał o ciebie, kazał cię pozdrowić, a dwie godziny później ścina mnie migrena. Zauroczył mnie ten łajdak!". I moja wina, że chamski kolega rzuca uroki. A potem siedzą z moją matką i odczyniają, drugi raz, trzeci.

Jak odróżnić zauroczenie od zwykłej niedyspozycji? Otóż należy wziąć szklankę z wodą, zapalić zapałkę, trzy razy zrobić nad nią znak krzyża i palącą się jeszcze zapałkę wrzucić do wody. Leci na dno - był urok. Trzeba więc urok odczynić i trzykrotnie odmówić modlitwę, powtarzając za każdym razem imię osoby zauroczonej. Jeśli ze chce nam się wtedy ziewnąć, nie wolno dać się zmylić, albowiem sam diabeł próbuje ziewnięciem przeszkodzić w oduroczeniu. Jest jeszcze "pierwsza pomoc urokowa" - jeśli istnieje ryzyko zauroczenia, trzeba dyskretnie odwrócić się bokiem i trzykrotnie symulować plucie, szybkie "tfu-tfu-tfu".

Być może bierze się to z przekonania, że każdy ma w sobie diabła, i jak ten diabeł wyjrzy przez okienko naszych oczu, to robi, co umie najlepiej, czyli coś diablęcego. Zauroczenie nazywane jest też "diablim wzrokiem" albo "złym okiem". Dobrze rzucony urok grozi chorobą, która zetnie z nóg. Ten, kto ma niestrawność, niech lepiej sobie przypomni, z kim ostatnio rozmawiał.

Moja kochana babcia miała zawsze kilka sposobów na kłopoty: modlitwę do św. Antoniego, patrona rzeczy zagubionych, pukanie w niemalowane drewno, najczęściej w blat ławy, i właśnie owo tfu-tfu, ograniczone do komunikatu werbalnego. Ja już nie stukam w drewno, choć czasem przychodzi mi do głowy, że szczęście należałoby odpukać.


Rumuni są bardzo przesądni, a wróżka w Rumunii to zawód społecznego zaufania / fot. Shutterstock

Zastanawiam się, jak żyć w społeczeństwie, w którym ciągle istnieje podwyższone ryzyko zauroczenia. Mój kolega wielokrotnie tłumaczył siostrze, że są ludzie, którzy nie znają zjawiska rzucania uroków i żyją w spokoju bez ich odczyniania. Ale siostra nie daje się przekonać. Rumuni też nie. Czerwone ubrania i dodatki dobrze się sprzedają.

Od 1 stycznia 2011 roku profesja wróżki i wróżbity znajduje się w oficjalnym rejestrze zawodów. Za ten śmiały pomysł sami zainteresowani grozili rządowi klątwą. Ale najgorsze groźby posypały się, gdy senatorowie zaproponowali, by wprowadzić kary dla wróżek za niespełnione przepowiednie. Czarownice wpuściły do Dunaju specjalną substancję, która miała odwieść rządzących od tego pomysłu. Projekt nie przeszedł. Wróżki zgodnie twierdziły, że za nietrafione wróżby należy obwiniać karty, a nie tych, którzy je czytają. [...]

Cały tekst do przeczytania w najnowszym numerze Magazynu "Kontynenty".

KUPISZ TUTAJ >>

Nowy numer już w sprzedaży!