Może morze wróci? O zagładzie Jeziora Aralskiego [FRAGMENTY KSIĄŻKI]

Wciąż widać je na wszystkich mapach. Możemy je znaleźć w atlasach i na globusach. W rzeczywistości jednak już go nie ma, umarło. Przez czterdzieści ostatnich lat Jezioro Aralskie, zwane przez miejscową ludność Morzem, niegdyś czwarte największe jezioro świata, zostało zamienione w jałową, bezkresną pustynię. Jak w ogóle mogło dojść do takiej katastrofy?
Przeczytaj u nas przed premierą obszerne fragmenty książki Bartka Sabeli "Może morze wróci"

Wyobraźmy sobie następującą historię. W latach 50. XX w., w ramach planu pięcioletniego, Komitet Centralny PZPR postanawia uczynić z Polski światową potęgę w produkcji... karpia. Karp, nasza ryba narodowa, zostaje wyniesiony do rangi symbolu państwowego. Produkcji karpia zostaje podporządkowane funkcjonowanie państwa oraz każdego obywatela. Polski karp ma być na stołach całego świata, od Chicago po Władywostok. Kłopot tylko jest jeden: nie mamy aż tak ogromnych hodowli. Ależ, jaki to kłopot?! Zrobimy je!

Jezioro na jedną czwartą kraju

Aby to osiągnąć, planiści postanawiają utworzyć wielkie sztuczne jezioro, specjalnie pod hodowlę karpia. Wybór pada na Mazury, bo tam już przecież trochę jezior jest - połączy się je w jedno duże. W tym celu z Wisły przekopany zostaje ogromny kanał doprowadzający wodę do Wielkiego Jeziora Mazurskiego im. Włodzimierza Lenina, którego brzeg ma być tuż za Warszawą, na wysokości Wyszkowa. Jezioro ma być nie byle jakie, bo o powierzchni... jednej czwartej kraju. W końcu, żeby zasypać cały świat karpiem, trzeba mieć go gdzie hodować.

Nikita Chruszczow uwielbia karpia *

Wspaniałemu pomysłowi oczywiście kibicuje Wielki Brat: ponoć idea wyszła z samego Kremla, bo Nikita Chruszczow uwielbia karpia - je go co najmniej trzy razy w tygodniu i zawsze pragnął mieć ogromne hodowle tej ryby. Wielkie Jezioro Mazurskie, zwane także Karpim, staje się oczkiem w głowie I sekretarza KC. Słuchy chodzą, że osobiście będzie doglądał budowy kanałów i produkcji narybku. Krzyku ekologów i mieszkańców nikt nie słucha, przecież budujemy Nowy Wspaniały Świat, problemy osobiste garstki ludzi (ot, kilku milionów) nie mają tu najmniejszego znaczenia. A piękne jeziora mazurskie? Cud natury na skalę światową? A lasy? A zwierzęta? Nieważne.

Pod wodą znikają kolejne miasta

Liczy się Karp. Świat nie interesuje się wielkim przedsięwzięciem, bo to przecież za żelazną kurtyną, co ich to obchodzi. Rusza ogromna budowa. Najpierw wysiedleni zostają pechowi mieszkańcy tej części Polski. Potem wjeżdżają buldożery. Wycięte zostają wszystkie lasy. Ginie kilkadziesiąt gatunków zwierząt. Po pięciu latach od rozpoczęcia budowy Kanałem Nikity Chruszczowa płynie już woda do Wielkiego Jeziora Mazurskiego. Pod wodą znikają kolejno Ciechanów, Ostrołęka, Łomża, Szczytno, Pisz. Tonie Olsztyn, toną Ełk i Giżycko. Woda zatrzymuje się dopiero pod Suwałkami, a na zachodzie sięga Elbląga. Następnie zaczyna się zarybianie nowego zbiornika.

ÜberKarp, co wszystko ma pod sobą

Głównymi ośrodkami przetwórstwa karpia stają się: Warszawa, Toruń, Grudziądz i Płock. Stąd nasz karp - świeży, mrożony, puszkowany, w oleju, w tomacie i w sosie własnym także - eksportowany jest na cały świat. Warszawa zmienia nawet godło, pozbywając się głupiej Syrenki i zastępując ją Karpiem, z mieczem i tarczą oczywiście. Karp jest na monetach, na banknotach, w herbach, godłach i nawet w hymnie. Oczywiście to nie może być normalny karp.

To musi być Karp na miarę Związku Radzieckiego, Karp ludu pracującego, Karp, jakiego nie ma nigdzie indziej na świecie, Karp wszystkich karpi, Karp, co inne karpie ma pod sobą, słowem - ÜberKarp. Wywrotkami więc sypie się do jeziora specjalne odżywki i substancje chemiczne. Karpie błyskawicznie osiągają monstrualne rozmiary, przy których ich krewni w Łazienkach Królewskich to ledwie narybek.

Cały naród łowi karpia

Karpie są teraz co najmniej dwumetrowe - wtedy dopiero wydajność z hektara jeziora jest odpowiednia i zgodna z założonym przez KC planem. Cały naród łowi karpia. A jak ktoś nie chce, to dostaje wezwanie i musi. Z wędkami siedzą zatem prawnicy, na trawlerach pracują lekarze, w przetwórniach naukowcy i nauczyciele. Dzieci łapią mniejsze karpie gołymi rękoma tam, gdzie płycej. W ciągu dwóch dekad Polska staje się największym eksporterem ryby na świecie. Marzenie się spełniło, Nikita Chruszczow jest zadowolony. Karp Polski, Polska Karpiem stojąca.

Nonsens? Takie rzeczy się nie dzieją, rzekłby każdy. A jednak! Taki scenariusz został już zrealizowany, to już się wydarzyło. Tylko w drugą stronę. Jezioro zostało wysuszone, a nie utworzone, karpiem zaś była bawełna. Poza tym prawie bez zmian.

Postsowiecko, bez emocji. I bawełna wszędzie

Nukus. Nie jest to miasto takie jak Samarkanda czy Buchara. Nukus jest na wskroś postsowiecki, bezduszny, wyprany z emocji. W tej bezduszności niestety nie ma nic ciekawego, to nie jest Taszkent. Geometryczna siatka ulic, najczęściej pustych, wielkie budynki rządowe porozrzucane swobodnie tu i tam, przemieszane z blokami z wielkiej płyty oraz chatami z dykty. Nukus jest przerażająco ponury. I tylko symbole bawełny porozwieszane niemal wszędzie: na mrugających ospale neonach ulicznych i plakatach. Białe kłębki są nawet na prywatnych balkonach i przystankach. Gdzieś w oddali majaczy posępny gmach hotelu Nukus.

Długo trwa znalezienie choćby sklepu spożywczego. Szwendamy się po uliczkach przylegających do hostelu. Wieje, gdzieś skrzypią niedomknięte drzwi, przejeżdża powolnie moskwicz, zostawiając za sobą tumany kurzu, krajobraz jak z psychodelicznego thrillera lub złego snu. Być może mieszkańcy miasta nie zgodziliby się z moją opinią, ale takie właśnie wrażenie robi Nukus na przyjezdnym.

(Nie)wesołe miasteczko

W samym centrum miasta, na głównym placu, ku naszemu ogromnemu zdziwieniu, stoi wesołe (jeśli można je tak określić) miasteczko. Przywieźli nawet diabelski młyn. I lekko zardzewiałą, skrzypiącą na każdym zakręcie kolejkę górską. Dokoła wygon, pojedyncze dzieci bawią się na zjeżdżalni przypominającej armatę. Wtem na plac wpada wycieczka szkolna. Dzieciaki w mundurkach wsiadają do wagoników, zajmują miejsca na karuzelach, słychać śmiechy i wrzaski. Nareszcie trochę życia.

Naturalna brama do Aralu

Do Nukusu przyjeżdżam, bo to naturalna brama do rejonu Morza Aralskiego. Od Nukusu zaczyna się rozległa delta Amu-darii. Tutaj szukam transportu nad Morze Aralskie, do którego mam jeszcze jakieś 300 km, choć kiedyś byłoby to tylko ok. 170 km. Po drodze udało mi się zwerbować dwie osoby chętne, by wybrać się na tę cokolwiek dziwną wycieczkę. To Clement i Katie. Sam nie byłbym w stanie wynająć auta terenowego i kierowcy przewodnika, które są niezbędne, by dotrzeć nad obecny brzeg Arala.

Kto wyciągnął korek i spuścił całą wodę?

Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną; abyście panowali nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi. [Rdz. 1, 28]

Co tu się wydarzyło? Dlaczego to wszystko tak wygląda? Kto wyciągnął korek i spuścił całą wodę?

Plany rozbudowy systemów melioracyjnych chodziły po głowach sowieckich decydentów już od lat 20. XX w. Wykorzystanie połaci terenów Azji Środkowej zawsze wydawało się kuszące. I miało dla Rosjan ogromną zaletę: eksperymentujemy nie u siebie, lecz u sąsiadów. Jednak ciężkie lata 30., a potem wojna odsunęły te pomysły na bliżej nieokreśloną przyszłość i jedynie nieznaczna część kanałów została zbudowana. W latach 50., po śmierci Stalina, kiedy władzę w sowieckim bloku przejął Nikita Chruszczow, te idee odżyły.

Sekretarz zna się na wszystkim

W 1959 r. Chruszczow wybrał się z wizytą do Stanów Zjednoczonych. Podróż ta, oprócz konsekwencji politycznych, miała również niespodziewane następstwa dla Azji Środkowej. Natchniony widokami niekończących się pól uprawnych kukurydzy i bawełny na rozległych obszarach rolniczych USA, Chruszczow zapragnął mieć takie same w ZSRR. Jak to możliwe, żeby u nas takich nie było? W 1961 r. niezbyt wykształcony, jak powszechnie wiadomo, Nikita Chruszczow ogłosił swój wiekopomny i brzemienny w skutkach program pod tytułem "Ziemie dziewicze".

Wiadomo, I sekretarz był wszechwiedzący, znał się na wszystkim, również na rolnictwie, uprawie bawełny i systemach irygacyjnych. Jako część szerszego planu pięcioletniego "Ziemie dziewicze" zakładały kolonizację stepów Azji Środkowej, zwłaszcza Kazachstanu, i uczynienie z nich ogromnych pól uprawnych dla całego bloku wschodniego. Wkrótce plan został rozszerzony o nowy pomysł: uprawy bawełny na niespotykaną dotąd skalę na terenach Uzbekistanu, Turkmenistanu i Kazachstanu. Według planu ZSRR w kilka lat miał się stać państwem samowystarczalnym. Był tylko jeden kłopot.

Suchy step? Nie szkodzi

Jak tu uprawiać te zboża i bawełnę, skoro Kazachstan to suche stepy, a Uzbekistan i Turkmenistan to nic więcej niż pustynia?Ale i o tym Nikita Chruszczow pomyślał w swym geniuszu. Wodę trzeba wziąć z Morza Aralskiego! Po co komu takie morze w środku pustyni? Lepiej zużyć tę wodę do nawadniania upraw! Zaprzęgnięta do pracy dialektyka marksistowska pozwoliła ogłosić Morze Aralskie "wybrykiem natury" (oczywiście pola bawełny i kanały były "naturalne") i skazać je na zagładę.

Smutne "tak"

Czy planiści zdawali sobie sprawę z powagi sytuacji? Czy wiedzieli, że to skończy się zniszczeniem rzek, osuszeniem jeziora i katastrofą ekologiczną? Czy byli świadomi, że zniszczą całe ekosystemy, dziesiątki gatunków zwierząt i życie kilkudziesięciu tysięcy ludzi? Odpowiedź jest smutna: tak. Sam Chruszczow miał ponoć przyjechać do Mujnaku, portu nad morzem, i spojrzawszy na ogrom błękitu, powiedzieć: "Nie wyschnie. A jeśli wyschnie, to trudno". Zresztą czy to jest ważne, kiedy w grę wchodzi tak ogromna stawka, jak bycie największym producentem bawełny na świecie i ambicje samego I sekretarza?

Niewinne puchate kuleczki, a wokół - szaleństwo i tragedia

Październik, pahta - pora zbiorów bawełny. W ciągu raptem 20 lat Uzbekistan stał się jednym z największych eksporterów bawełny na świecie. Jest nim do dzisiaj. Sąsiedni Turkmenistan plasuje się tuż za nim. Pochyleni ludzie zbierają niewinne puchate kuleczki. Biały puch lata w powietrzu jak babie lato. Tak jak w Polsce gdy jedzie się przez Śląsk, mija się hałdy węgla, tak tam mijamy od czasu do czasu wielkie kopce bawełny przypominające leżące na ziemi chmury.

Pahta to prawdziwe święto w Uzbekistanie. Święto, które jest jednak podszyte szaleństwem i tragedią. Na kilka tygodni zmienia się wszystko, liczy się tylko bawełna. Nawet autokary i autobusy miejskie są rekwirowane do przewozu białego złota, turyście trudno złapać autokar, spora liczba kursów międzymiastowych jest odwołana.

Cały naród zbiera białe złoto

Bawełna w Uzbekistanie zbierana jest ręcznie, nie za pomocą maszyn. To ponoć dlatego, że takie zbieranie gwarantuje lepszą jej jakość, czystość oraz to, że nie będzie zawierała resztek łodyg i liści. Obywatele, niezależnie od zawodu, dostają wezwanie na zbiory. Pospolite ruszenie. Cały naród zbiera białe złoto. Oczywiście, zarabiając przy tym grosze. Zgięci wpół, wdychając opary pestycydów, bawełnę zbierają lekarze, prawnicy, nauczyciele. Na pola dostają wezwanie studenci, pracownicy biurowi i naukowi. Każdy musi wyrobić odgórnie ustalane normy, np. 60 kg dziennie. Odmówić nie można. Ludzie kombinują więc, jak się wymigać od morderczej pracy w trzydziestostopniowym upale. Łatwo nie jest.

100 dolarów plus ryzyko

Zwolnienie lekarskie sprawy nie załatwia. Musisz przysłać kogoś na zastępstwo, a to oczywiście kosztuje (swemu zmiennikowi trzeba zapłacić około 100 dolarów, więc niemało) i jest obarczone ryzykiem. Bo czy aby na pewno ta osoba pójdzie zbierać bawełnę? Praca jest tak ciężka, że ucieczka ze 100 dolarami jest kusząca. A konsekwencje dla osób unikających zbierania bawełny są bezlitosne: kary finansowe, czasami utrata pracy. Na polach bawełny widać także dzieci, choć każdego roku budzi to oburzenie organizacji międzynarodowych zajmujących się prawami dziecka. Szacuje się, że nawet 450 000 dzieci jest zmuszanych do pracy na plantacjach.

H&M bojkotuje i coś się zmienia

Oczywiście oficjalnie proceder został zabroniony po tym, jak kilka korporacji, na czele z H&M, Adidasem i Tesco, zaczęło bojkotować uzbecką bawełnę. W praktyce jednak nic się nie zmienia. Władza próbuje nawet propagować zbieranie bawełny jako obowiązek każdego patrioty i świetną okazję do tego, by obywatel mógł się przyczynić do dobrobytu kraju. Przypomina to próby koncernu McDonald's, przekonującego o niepowtarzalnej okazji, jaką jest praca przy hamburgerach.

Albo uzbecką wersję wuja Sama: Isłam Karimow, w niebiesko-biało-zielonym kapeluszu, z surową miną i wyciągniętym palcem wskazującym pyta: "A Ty? Zebrałeś już swoją bawełnę?". Ciekawe jest to, że te przymusowe coroczne prace są nie tylko niezgodne z prawami człowieka, ale nawet z prawem pracy w samym Uzbekistanie. Nie zapominajmy jednak, że panuje tam dyktatura, sprzeciw może mieć zatem różne konsekwencje. I ludzie o tym wiedzą.

Piasek na ubraniach, aparacie, w ustach, wszędzie

Płasko. Nieskończenie płasko. I tak samo w każdą stronę, po horyzont. Jedziemy przez Ustiurt. Z Urgi nad brzeg południowo-zachodniego zbiornika jest około 150 km. Mercedes sunie przez księżycowy krajobraz, wzbijając tumany kurzu. Choć szyby mamy zamknięte, wszystko powoli pokrywa się warstwą pyłu. Piasek na ubraniach, piasek na aparacie, piasek w ustach. Z koszulki robię sobie osłonę na twarz. Czasami wydaje się, że jedziemy przez szarobrunatną chmurę i tylko przez małe kawałki szyby, przetartej właśnie wycieraczką, na chwilę ukazuje się jakiś widok. Ezoteryczny krajobraz przesuwa się nam za oknami. Jednostajny. Abstrakcyjny. Posępny. To chyba najlepsze słowo określające płaskowyż Ustiurt: posępny.

Wszystko tu jest martwe

Ziemia spalona, popękana od upalnego słońca i suszy. Dawno nie spadła tu kropla deszczu. Roślin nie ma, tylko jakieś karłowate krzaczki, sprawiające wrażenie martwych. Zresztą wszystko tu jest martwe. Nie ma owadów ani ptaków. Chmury zdają się być tuż nad nami, jeszcze chwila i przygniotą nas swym stalowym cielskiem. Tylko daleko na horyzoncie widać jakąś bliżej nieokreśloną prześwitującą przez skłębione obłoki jasność. Zaczyna lekko padać. Siedząc w terenówce, odczuwam narastającą grozę i bliżej nieokreślony niepokój. Może to lekka przesada, ale fakt faktem, czuję się dziwnie. Nie tylko zresztą ja. Patrzę na twarze Katie i Clementa. Też niezbyt wesołe. Przypomina mi się Jądro ciemności Josepha Conrada i oniryczna podróż Charlesa Marlowa. Co zastaniemy tam, na miejscu?

Zagrajmy w "kto pierwszy zobaczy morze"

Pamiętam, że w dzieciństwie jeżdżąc na wakacje nad Bałtyk, bawiliśmy się z siostrą w taką grę: kto pierwszy zobaczy morze. Siedzieliśmy w samochodzie, wiercąc się niecierpliwie, wzrokiem lustrując horyzont, w poszukiwaniu upragnionego błękitu. Widok morza zawsze był tak niesamowity, inny, uspokajający. Teraz widzę, że gramy w tę samą grę z Katie i Clementem. Ustiurt schodzi do Morza Aralskiego urwistymi klifami, kanionami, stromymi, dramatycznymi dolinami. Ni stąd, ni zowąd dojeżdżamy nad jeden z nich.

Stajemy obok auta, tuż przy krawędzi potężnej rozpadliny. Ustiurt zdaje się łamać na kawałki jak jabłecznik z kruszonką. Ogromne wąwozy, jary, głazy i białe ściany klifów spadają w kierunku suchego dna. Patrzymy na bezkres przestrzeni. Cały Aral zdaje się leżeć u stóp. Jest tam w dole, poniżej klifu. Tylko wody nie ma. Choć czasami wydaje się, że jednak jest. Czy to barwa nieba, czy specyficzny kolor morskiego dna sprawiają, że zdaje nam się, że w oddali majaczy coś niebieskiego. Na horyzoncie coś wyraźnie wydaje się połyskiwać, to na pewno woda.

- Aral? - wskazuję ręką w stronę horyzontu.

- Nie. Jeszcze nie tu.

100% bawełny

Morze. Jest coś dziwnego w tym spotkaniu. Jakbym widział przed sobą ogromne, piękne, konające zwierzę, wieloryba lub słonia. Już nic nie można zrobić, można tylko spojrzeć mu w oczy.

Coś chrupnęło mi pod nogami - to muszelki. Takie niewielkie, wszystkie takie same, białe, dość zwykłe. Ale za to jaka ilość. Tony. Leżą wszędzie dookoła na pomarańczowym piasku. Gdzieniegdzie między nimi szczątki innych żyjątek. Przez kilka metrów idę po samych muszlach. Potem ciemnopomarańczowy kolor przechodzi w biały. Sól. Sama sól. Gruba pokrywa twardej soli.

Gdy zbliżam się do wody, sól robi się coraz bardziej miękka, by w końcu przerodzić się w błotne grzęzawisko. Nie da się iść. Ciekawe, że zawsze, kiedy się jest nad morzem czy jeziorem, ma się ochotę dotknąć wody, choćby zanurzyć w niej rękę czy stopę. Zdejmuję buty, ściągam koszulkę. Patrzę na leżące na solnej skorupie ubrania, rzuca mi się w oczy metka z durnym w tych okolicznościach napisem "100% bawełny". Tak, faktycznie... 100%.

"Każdego dnia łowiliśmy tony ryb"

Niedaleko za hostelem jest wzgórze, a na nim osobliwy monument. Okazałych rozmiarów ostrosłup pochylony w jedną stronę, tak jakby chciał coś wskazać. Owszem, chce. Wskazuje morze. To pomnik Morza Aralskiego. Z jednej strony na ostrosłupie widnieje napis "Moynaq 1960" i wielka niebieska, rozlewająca się plama: mapka Arala z tamtego czasu. Po drugiej stronie napis "Moynaq 2011" i mała niebieska plamka na dużym białym tle.

Datę zmieniają co roku. Co roku przemalowują również niebieską plamkę Arala. Już za kilka lat będą mogli swobodnie pomalować całość na biało. Nawet tablice informacyjne postawiono - opis tragedii przedstawiony jest na kilku planszach wraz ze zdjęciami satelitarnymi. Tu musiało być jak w Karwi nad Bałtykiem - stoję na wzgórzu, które opada w kierunku wody stromymi klifami. Kiedyś zapewne stały tutaj kafejki, cukiernie, smażalnie ryb, dzieci biegały z watą cukrową, a ludzie, siedząc pod parasolami, patrzyli na fale...

Świadkowie katastrofy

Pod pomnikiem stoi starszy człowiek - oparty o barierkę, spogląda w pustynną dal. Zerka w moją stronę, w jego spojrzeniu widzę zaproszenie do rozmowy.

Sailau, bo tak ma na imię, jest Karakałpakiem, ale mówi po rosyjsku, a nawet trochę po angielsku. Dzięki temu udaje nam się w miarę swobodnie porozmawiać. Sailau ma około 70 lat i przez większość swego życia był rybakiem. Podobnie jak jego ojciec, dziadek i zapewne większość męskiej części rodziny. Był świadkiem życia i powolnego umierania morza. Widział każdy etap katastrofy.

"Kiedyś woda była tutaj"

- Widzisz tamten cypel? Tam mieliśmy port. Stamtąd wypływaliśmy naszą łodzią każdego ranka.

Patrzę we wskazanym kierunku. Dziś po porcie nie został nawet ślad. - Bardzo dużo ryb tu było. Każdego dnia łowiliśmy tony ryb.

- Bo woda kiedyś była tutaj - pokazuje laską w dół urwiska. - Jeszcze w 1970 roku. Tu, gdzie dziś stoją wraki, było pełno wody. Potem było już coraz gorzej. Nasz Aral zaczął odchodzić. W 1980 roku był już trzy kilometry stąd. Kutry odpływały coraz dalej i dalej, na głębsze wody, a w 1984 w ogóle przestały pływać, bo brzeg był za daleko. Te, co tu stoją, to tylko przybrzeżne kutry. Wszystkie duże statki zostały tam, daleko, na dnie. Stały się grobem Arala. Ale nawet je z czasem zabrali. Parę lat temu przyjechali Chińczycy i rozebrali na stal, pocięli na żyletki.

O książce "Może morze wróci" Bartka Sabeli

W kwietniu nakładem Wydawnictwa Bezdroża ukaże się publikacja "Może morze wróci" autorstwa Bartka Sabeli. Jej premiera odbędzie się na Festiwalu Trzy Żywioły w Krakowie - 7 kwietnia. Książka ta to opowieść o jednej z największych zbrodni dokonanych przez człowieka - o ludzkiej arogancji, niszczycielskiej sile naszych pomysłów. To opowieść fascynująca, ale przede wszystkim przerażająca. Autor, wędrując po Uzbekistanie, odkrywa przed nami owianą tajemnicą dramatyczną historię zanikającego morza i ludzi, którzy od wieków byli z nim związani. Zabiera czytelnika w poruszającą i wstrząsającą podróż do wyschniętego, spękanego dna morza, i każe zastanowić się nad tym, dokąd zmierzamy w swojej nieomylności i braku pokory.

Autor podczas podróży zbierał materiał filmowy, z którego powstał krótki dokument. Film pt. W poszukiwaniu zaginionego morza zdobył pierwszą nagrodę w konkursie OFF na Festiwalu Trzy Żywioły w Krakowie w 2012 r. oraz nagrodę publiczności w kategorii ShotDoc na Festiwalu Filmów Trzy Żywioły we Wrocławiu.

Kup książkę na stronie Wydawnictwa Bezdroża

* wszystkie śródtytuły pochodzą od redakcji