Jaka jest współczesna Europa? Jak wielkie lotnisko [KONTYNENTY]

Europa jak wielkie lotnisko co dzień przyjmuje nowych przyjezdnych uwięzionych w pół drogi między utratą a nadzieją. Coraz mniej jest domem, coraz bardziej - ziemią niczyją.
Europejska wielokulturowość

Kwadrans przed zachodem słońca na schodach przy Piazza di Spagna panuje ścisk. Zmęczeni turyści przysiadają, czekając na nagrodę za długi dzień dreptania po rzymskich ulicach. Rozbawione dzieci zlizują z dłoni roztopione pistacjowe lody. Zdyszane matki wachlują się, szukając ulgi w gęstniejącym upale. Błyskają flesze. Na schodach siada para zakochanych, którzy przyszli tu, by romantyczną chwilą zakończyć dzień.

Ale tę pocztówkową intymność, perfekcyjną chwilę, którą chcieliby zabrać jako wspomnienie z wakacji, psuje im indyjski handlarz. Przeciska się w dekatyzowanych dżinsach i tanich półbutach, podtyka pod nos butelki wody i fanty, i powtarza: "One euro". Chodzi w tę i z powrotem z reklamówką pełną napojów. Odpędzany jak irytujące zakłócenie po chwili wraca z tą samą propozycją - napojem oferowanym po niskiej cenie w dzielnicy należącej do Prady i Diora. Cierpliwie znosi odmowy, nieustannie krąży i zachowuje się, jakby nie rywalizował z kilkoma innymi handlarzami. Tak jak w indyjskich pociągach sprzedawcy tych samych produktów trzymają się razem. Także dlatego, że teraz od klientów dzieli ich niewidoczna, ale wyraźna linia. Handlarze są tu, bo muszą. To inni przyszli dla przyjemności.

W tym idyllicznym rzymskim pejzażu indyjscy sprzedawcy są najbardziej zdumiewającym i niepasującym elementem. Nie komponują się ze wspaniałością momentu i otoczenia. Reprezentują coś, czego nikt nie chce: biedę, konieczność, determinację, taniochę. I to w chwili, gdy wszyscy wokół marzą o kieliszku schłodzonego proseco i miłości bez końca.

Ciemnoskórzy przybysze trwają tu, ponieważ zdołali wymyślić pretekst dla swej obecności. Znaleźli punkt zaczepienia i zostaną, choć nie są niezbędni - w pobliżu jest przecież dość sklepów z napojami i mało komu przeszkadzają horrendalne ceny.

Zdumiewające uzasadnienie swojej obecności znajdują też inni imigranci. Choćby ci w różnych miastach Europy rzucający na asfalt kulkę w kształcie świnki. Otoczona cienką gumą i wypełniona żelem postać na moment zabawnie się rozpłaszcza, poczym odzyskuje kształt. Można tak rzucać godzinami. Sprzedawcy robią to bez przerwy, powtarzając: "one euro!". Nonsensowna zabawka, kiczowata igraszka staje się powodem czyjegoś istnienia, dowodem jego przydatności, całodziennym zajęciem, kwestią przetrwania. Po jednej stronie jest chwilowa zachcianka kupującego, nic nieznacząca moneta, a po drugiej - trudny los, czyjeś być albo nie być w Europie.

Europa. Ale to już było

Nawet najlepsza gospodyni czuje się zagubiona, gdy w jej salonie nagle zjawia się zbyt wielu gości. Wchodzą z torbami, tobołkami i walizkami, z których unosi się zapach dalekiej ziemi. Pchają się do środka, przysiadają. Zajęli już sofę, wszystkie krzesła i pufy, a teraz kucają na podłodze, siadają na parapetach i oparciach foteli. Wypakowują swoje curry, pity, liście winogron i pikantne sosy. Dobierają się w kręgi i jedzą, nie zwracając uwagi na pozostałych. Milczą uporczywie albo mówią głośno w obcych językach, wykonują nieczytelne gesty, o coś proszą, za coś dziękują, komuś wygrażają. Nie wiadomo, czego chcą. Poza jed nym: być tu, zostać.

Drzwi wciąż się uchylają, przybywają kolejni. Gospodyni donosi prześcieradła, ręczniki, czyste talerze. Wszystkiego ma za mało. Każdemu po kolei tłumaczy, jak włączyć ciepłą wodę, gdzie stoi cukier i którędy na pocztę. Patrzą, słuchają, a potem wracają do swoich zajęć. Choćby oddała ostatmią koszulę - nie dowie się, czy teraz są już szczęśliwi, czy o to im chodziło. Wreszcie kapituluje. Wycofuje się do kuchni, unika kontaktu i pilnuje resztek swojego terytorium w nadziei, że przynajmniej tu - między zlewem a kuchenką - wszystko zostanie po staremu. Tam, w salonie i zatłoczonym korytarzu, panują już nowe reguły. To obszar wspólny i niczyj zarazem, ona utraciła wpływy. Nie czuje się ani jego właścicielką, ani gospodynią - co najwyżej gościem w świecie, który kiedyś był jej domem.

W takiej sytuacji jest dziś Europa - ciut wyniosła, ale gościnna starsza pani, której przyszło zapłacić rachunek za dawną ekspansję. Przez kilka stuleci udowadniała światu swoją wyższość tak skutecznie, że teraz świat zjawił się u jej drzwi - chce udziału w splendorze, postępie i bogactwie. Przytłoczona nadmiarem oczekiwań, odsłania swe słabości. Na próbę wystawiony jest nie tylko jej potencjał ekonomiczny, ład społeczny i demokratyczne wartości, ale także najgłębiej rozumiana tożsamość. W natłoku wielokulturowości odpowiedź na pytanie: "Czym jest Europa?" coraz bardziej się wymyka. Stary Kontynent cierpi na coś w rodzaju zaniku osobowości.

Tymczasem goście próbują się u niej jakoś urządzić. Nie zadomowić - ich domy na zawsze zostaną tam, gdzie w dzieciństwie wąchali przesiąknięte zapachem curry zasłony, słuchali nawoływań muezina i obserwowali wirujący w słońcu pył. W Europie, do której przyjechali z torbami pełnymi oczekiwań, będą się przede wszystkim urządzać - lepiej, wygodniej, swobodniej, dostatniej. Takie jest marzenie. Dla większości pozostanie na zawsze niespełnione. Europa pęcznieje od ich pragnień, frustracji i roszczeń. Jej globalny image działa jak magnes na ambitnych, obrotnych, ubogich, zrozpaczonych, prześladowanych, ale głównie na miliony gnanych niezdefiniowaną chęcią poprawy życia. Wielu ludzi jest dziś na walizkach nie dlatego, że są do tego zmuszeni, ale ponieważ mają taką możliwość.

Gonią zjawę. Do Europy, którą sobie wyobrazili, nie da się przyjechać. Ona nie istnieje. Starzejący się demograficznie kontynent jest dziś ofiarą swej legendy, rozdartą między zapotrzebowaniem na imigrantów wspomagających ekonomię a rosnącą obawą, że wielokulturowy tłum ją unicestwi.

Przez blisko pięć stuleci podróżowanie było domeną Europejczyków - to my odkrywaliśmy świat, nadawaliśmy mu kontury, nazwy. Decydowaliśmy o znaczeniu różnych obszarów. Ustalaliśmy reguły gry i pisaliśmy nowożytną historię świata po swojemu. Pod koniec XX wieku migracje "zwrotne" zaskoczyły nas nagłością i skalą. Masowe przeprowadzki "stamtąd" do "tutaj", coraz trudniej poddające się regulacji, coraz bardziej nie odparte, nieuchronne. W zglobalizowanej gospodarce Europa nie może już jednostronnie regulować relacji ze światem. Traktaty unijne, mające budować ekonomiczną jedność i konkurencyjność Europy, dodatkowo zwiększyły jej atrakcyjność w oczach imigrantów. Zniesienie granic państwowych znaczyło, że wystarczy pokonać jedną, by znaleźć się w raju. Ponowne ich zamknięcie wydaje się niemożliwe - oznaczałoby upadek jednej z najważniejszych europejskich idei, cofałoby nas w przeszłość, przeczyło opowieści o zjednoczeniu. Pozostaje więc znosić niechcianych gości, ograniczać ich swobody, nie narażając się na polityczne ataki, i robić dobrą minę do złej gry. Ale im dłużej Europa znajduje się w stanie przeciążenia zewnętrznymi wpływami, w tym większą liczbę konfliktów wewnętrznych popada i z tym większym trudem rozpoznaje samą siebie.

Jej rola w światowym pejzażu dramatycznie się zmieniła. Puls współczesności bije gdzie indziej - w emancypującej się Azji, przebudzonej Ameryce Ła cińskiej. W Pekinie, Caracas, Mumbaju i Rio de Janeiro widać przyszłość. W Rzymie, Paryżu i Londynie - przeszłość, wykorzystywaną dziś jako miejsce akcji globalnego spektaklu. Europa z pępka świata stała się przestrzenią użytkową - niemal każdy ma prawo sięgać po jej dobrodziejstwa. Przyjechać, rozpakować walizki i tutaj, w umiarkowanym i sprzyjającym klim cie, robić swoje.

Europa. Ale tego nie ma

Bracia Wasim i Osama wprowadzili się do sutereny przy londyńskiej hali Earl's Court, choć nie było ich na nią stać. Jeden z dwóch pokoi wynajmowali po cichu innym przyjezdnym - Polkom, Ukrainkom. Dwaj subtelni i nieśmiali Libańczycy liczyli, że może któraś z lokatorek, po trzykrotnych namowach (taka jest tradycja) wreszcie przyjmie oświadczyny. Ich mama w każdej rozmowie telefonicznej po 22.00 (wtedy połączenia były najtańsze) pytała, kiedy wreszcie się ożenią. A wujek Khalil, mieszkający niedaleko, pilnował, by nie zeszli na złą drogę.

Wielkie, wieloetniczne miasto wystawia na wiele pokus. Khalil marszczył czoło, gdy wypominał im piątkowe nieobecności w meczecie. Ale naprawdę martwił się o to, czy aby nie piją alkoholu. Był patronem lokalnej libańskiej społeczności mieszkającej wzdłuż ulic Earl's Court i Fulham. Potężny, zwalisty mężczyzna po sześćdziesiątce miał tam niezwykłą renomę. W Libanie był ponoć wpływowym sędzią, ale po kilku zamachach na jego życie został przez przyjaciół tymczasowo przeniesiony do Londynu. Pełnił rolę mędrca i przewodnika dla innych Libańczyków, pomagał rozwiązywać konflikty, negocjował w imieniu zwaśnionych stron. Ale utrzymywał się z zajęć dziwnie odległych od swej legendarnej profesji - sprzedawał karty pre-paid do telefonów, kupony loterii, skórzane paski, a nawet robił masaże. Przystojny, mocarny gigant w skarlałych okolicznościach. A może hochsztapler o zmyślonej biografii. Wystawiony na te same pokusy, przed którymi przestrzegał - niespodziewanie w jego maleńkim mieszkaniu zjawiała się meksykańska "przyjaciółka z przeszłości" albo kobieta szukająca pocieszenia po rozwodzie.

Wasim i Osama, nad którymi sprawował opiekę, znaleźli się w Europie z mniej naglących i dramatycznych powodów. Właściwie - nie z konieczności, ale z wyboru. Ich starsza siostra mieszkała już z rodziną w Belgii, dalsi krewni byli rozproszeni w różnych londyńskich dzielnicach. Bracia codziennie wspominali Liban, zachwalali piękne wybrzeże, uroki życia w słonecznym kraju. Pochodzili z umiarkowanie zamożnej rodziny. Do Anglii przyjechali pchani siłą emigranckiej tradycji, dziedziczonym przekonaniem, że na Zachodzie żyje się lepiej. Ale snuli się smutni pomiędzy szukaniem pracy, kończeniem kursów doszkalających a knajpami z bilardem, gdzie przesiadywali z libańskimi kumplami. Z europejskich uroków i komfortów nie korzystali. W pobliskim Tesco kupowali pity i humus, na śniadanie jedli jajecznicę, jak w domu - przyprawioną ostrą papryką. Wasim marzył o pracy informatyka, Osama zarabiał w zakładzie fryzjerskim, a po godzinach strzygł dzieci znajomych w ciasnej kuchni. Mali arabscy chłopcy płakali i piszczeli, gdy ich czarne włosy lądowały na podłodze wyłożonej linoleum.

Krótko po zamachach na World Trade Center Wasim mówił, że życie w Londynie stało się nieznośne. A właściciel mieszkania jeszcze bardziej nieprzyjemny niż dotąd. Osama zaczął się przedstawiać jako Sam. Gdziekolwiek są dzisiaj, Europy, na którą liczyli, nie znaleźli.

Europa. Ale to ma być

Jej dwoistość - ziemi wyobrażonej i realnej - jest uderzająca. Przyjezdni lgną do niej zahipnotyzowani obietnicą i odległym wdziękiem, ale gdy docierają na miejsce, tracą nią zainteresowanie. Żyją nie w niej, nie z nią, ale obok. Tworzą równoległe światy. Europa może się wdzięczyć, prezentować swe imponujące budowle, oszałamiające zbiory sztuki, wypielęgnowane trawniki, tradycje debat parlamentarnych i spektakularne festiwale, ale przecież z zupełnie innych powodów ciągnie ku niej międzynarodowy korowód.

Ona chciałaby wciąż uwodzić świat swym cywilizacyjnym dorobkiem, oni natomiast interesują się świadczeniami, zasiłkami, wygodnym mieszkaniem, polityczno-społecznym porządkiem, niskim poziomem przestępczości i szybkimi połączeniami z innymi portami lotniczymi. Bo tym właśnie - portem - jest dziś Europa ponad wszystko. Pomieszkujący w niej goście zachowują się jak klienci, którzy tymczasowo (nawet jeśli oznacza to większość ich życia) wynajmują tutejszą przestrzeń, pożyczają kody kulturowe, procedury biznesowe i inne użyteczne elementy lokalnej rzeczywistości. Sami decydują, w jakim stopniu skorzystają z Europy. Bardzo wielu ogranicza ten kontakt do sfery pragmatycznej i praktycznej, zaś w kwestiach bardziej abstrakcyjnych, dotyczących wartości, nigdy nie "wyjeżdżają" z ojczyzny. W europejskiej strefie przesiadkowej rekonstruują swój wewnętrzny świat: stawiają świątynie, restauracje z egzotyczną kuchnią, sprowadzają ulubione owoce, przyprawy i materiały, urządzają tradycyjne ceremonie ślubne, obchodzą swoje święta. Ich ciała są tu z powodu komfortu i opłacalności, ich serca zostały daleko. To jedna z najważniejszych przyczyn słabnięcia Europy - przyjezdni nie inwestują tu swych emocji, przywiąza nia. Zaś rdzenni mieszkańcy czują się nieswojo, chowają się w drugim planie. Europa jest jak lotnisko: zawsze zatłoczona, ale niekochana. Neutralna, więc niczyja. [ ]

Europa. Nie ma ale

Mówi dużo, a w przerwach jeździ nerwowo językiem po wybielonych górnych jedynkach. Wyjaśnia, że indyjski dentysta spartolił robotę. Polski na pewno lepiej by sobie poradził. Londyński pub przy Leicester Square czasy świetności dawno ma za sobą, cuchnie jeszcze dymem papierosowym, choć od dawna pali się tylko na zewnątrz. Przybiegła zdyszana, z rozrzuconymi włosami blond, w kremowym kożuszku. Wybrała to miejsce, bo nigdzie indziej w piątkowy wieczór nie znalazłybyśmy ani pół krzesła. Coś o tym wie - od ośmiu lat jest menedżerką w ekskluzywnym klubie. Przyjechała z Polski jeszcze przed legalną falą, zaczynała na czarno, czyli zalicza się do twardzieli. Pracę ma niezłą, z pozycją. Tylko studiów nie skończyła i teraz, choć od ponad roku myśli o powrocie, to ją hamuje. - Przecież nie mam co do CV wpisać. A chętnie bym się przeniosła z powrotem, bo jak przyjeżdżam na święta, to mam wrażenie, że tam jest Ameryka! - sama śmieje się z tego porównania, ale pod żartem skrywa gorycz. Bo ten wyjazd okazał się siekierką za kijek. Ci, którzy wrócili po roku lub dwóch latach, już się w Polsce urządzili. Zaś ona tkwi w zawieszeniu, w mieście, w którym nie można się doprosić fachowca do ze psutego prysznica, a inni emigranci puszczają dzielnice z dymem. Wróci, ale nieprędko. Ma otwarte karty kredytowe, bo z tego stresu coraz więcej kupuje. W internecie. Klika i to ją trochę uspokaja.

Europa przynosi rozczarowania i rdzennym mieszkańcom, i przyjezdnym. Ale podczas gdy ci drudzy są wytrwali, my tracimy cierpliwość, narzekamy. Imigranci z innych kontynentów walczą o to, by pozostać na progu na dziei. Wolą być zakładnikami nadziei, niż skapitulować. Natomiast Europejczycy manifestują niezadowolenie. Obietnice stabilnego rozwoju pod patronatem Brukseli właśnie się kruszą, na pogorszenie sytuacji życiowej (co do zasady - nieporównanie lepszej z losem wielu imigrantów) odpowiadamy roszczeniami. Pogrążona w kłopotach strefa euro jest wcieleniem Europy, do jakiej nie chcemy się przy znać. Ten kryzys jest niczyj. Państwa Unii Europejskiej i ich społeczeństwa przerzucają się odpowiedzialnością, odsłaniają słabość integracji. A miliony imigrantów milczą i są w rozmowach pomijane, jak gdyby trudności finansowe Unii nie miały wpływu na ich los. I jak gdyby budowanie przyszłości bez nich było w ogóle możliwe.

Europa, ta ukrywająca się w kuchni własnego domu staruszka, będzie musiała podjąć nową próbę porozumienia z gośćmi, którzy tłoczą się w korytarzu i salonie. Nie odejdą. I choć wiele się zmieniło, nikt nie zwolnił jej z roli gospodyni.

***

Autorka

Paulina Wilk - Dziennikarka prasowa, reportażystka, recenzentka i felietonistka. Pracowała m.in. w Indiach, Chinach, Kenii, Brazylii i Izraelu.

Cały tekst pt. "Uśpione walizki" przeczytasz w magazynie Kontynenty.



Komentarze (6)
Jaka jest współczesna Europa? Jak wielkie lotnisko [KONTYNENTY]
Zaloguj się
  • Gość: seteczka

    Oceniono 16 razy 10

    Zgadzam sie z autorká, sama mieszkam w Uk, ale nie przyjechalam tu tylko za praca, zawsze bylam zajarana kultura wyspy. Jest duze wyobciowanie. ludzie doja system i ani mysla go budowac. Ale to zjawisko dotyczy wszystkich przyjezdnych, ciapakow, polakow i innych.
    Tylko brytyjczycy jacys tacy smutni czemu sie nei dziwie, bo gdyby Polska byla tak zasmiecona przypadkowymi ludzmi, plakalabym ciezko.

  • Gość: Form_Overseas

    Oceniono 3 razy 3

    Delikatnie potraktowany i dobrze opisany temat. Podoba mi sie ten tekst tylko szkoda ze takie informacjie nie trafiaja w odpowiednie rece.
    Od jakiegos czasu mieszkam w Australii, mam dobra prace - nie naleze do ludzi walesajacych sie od baru do baru pytajac o naczynia do zmywania a mimo to szczerze mowiac teraz Europa wydaje mi sie ta ziemia obiecana i jestem pewny ze wroce do Polski. Mam nadzieje ze Europa nie utraci swojej tozsamosci i zawsze bedzie miala swoje zdanie. Imagrcji nie mozemy powiedziec "NIE" (My EUROPEJCZCY). Musimy powiedziec "TAK" a powinnismy powiedziec "TAK, ALE...". Jezeli decydujesz sie na imigracjie do Europy, wpisz sie w jakims stopniu w nasze zasady i regoly, szanuj nasza kulture i nie nazekaj jezeli tu jestes. Jezeli nie pracujesz, wracaj... Dlaczego ludzie ktorzy pracowali tyle lat na to zeby w ich krajach zylo sie dobrze maja teraz utrzymywac w duzej czesci nie przystosowanych, roszczeniowych imigrantow ktorym "sie tu nie podoba" a pracowac nie beda bo ni nie umieja a zasilek wystarcza? To podejscie troche zaprzecza idei tolerancji ale MY NIE MOZEMY BYC JEDNYMI KTORZY TOLERUJA. W krajach nie nalezacych do kultury "zachodu" to my mamy sie dostosowac do tamtejszej kultury. Dlaczego nam zabronbiono tego wymagac???? Dlaczego? Dlaczego jezeli my mowimy STOP to musimy sie bac ze dostaniemy kamieniem?

  • Gość: Abdullah.

    Oceniono 5 razy 1

    Ja wiem jaka będzie. Będzie wolna, muzułmańska gdzie będzie obowiązywało prawo szariat, a w każdej dzielnicy będzie po kilka meczetów stało.A język arabski będzie językiem europejskim:-))

  • Gość: United Colors

    Oceniono 25 razy -7

    Jestem szczesliwy i spelniony, ze moge zyc , pracowac, i odpoczywac, w wielkim miescie wspolnie z ludzmi z ponad 180 krajow .
    Niech zyje Multi-Kulti !

  • Gość: kas

    Oceniono 24 razy -12

    Nie podzielam niepokoju autorki i tak jak poprzednik jestem dumna, że stajemy się mniej zamknięci i nietolerancyjni na inne narody oraz kultury.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX