Trobriandy czekają na chaos [KONTYNENTY]

90 lat po publikacji książki Bronisława Malinowskiego ?Życie seksualne dzikich? potomkowie jej bohaterów opowiadają o życiu seksualnym antropologów.
Czarno-białe w kolorze

Kiedy przyleciałam na Kiriwinę, nagle znalazłam się w środku czarno-białego zdjęcia Bronisława Malinowskiego sprzed niemal stu lat. Tyle że wszystko było w kolorze. - Malinowski rozsławił Kiriwinę na cały świat - Pulayasi Daniel, naczelny wódz Wysp Trobrianda, nie ma co do tego wątpliwości. Wyciąga zalaminowaną kserokopię zdjęcia, na którym wódz Touluwa na początku XX w. stoi przed chatą pełną jego synów i siostrzeńców. A brat wodza Joseph Daniel przytakuje: - Bardzo sprytnie wymyślił tytuł. "Życie seksualne dzikich" przyciągnęło uwagę, a w środku było nie tylko o seksie.

Bronisław Malinowski miał 31 lat, kiedy po raz pierwszy przypłynął na Kiriwinę w 1915 r. Obywatel Austro-Węgier, Polak z Krakowa, antropolog z London School of Economics, po wybuchu I wojny światowej dla władz australijskich stał się oficjalnie wrogiem. Łaskawie pozwolono mu prowadzić badania na bardzo ograniczonym terenie. Na szczęście dla współczesnej antropologii kulturowej, społecznej i socjologii. Do 1918 r. łącznie na wyspie spędził półtora roku. O Trobriandczykach napisał cztery opasłe tomy i liczne krótsze prace. Na stałe wpisał się w historię nauk społecznych.

Wyjeżdżając z Londynu, pakował się tak, żeby być samowystarczalny. Zabrał 60 pudeł i skrzyń. Zapasy jedzenia: mnóstwo puszek (potrawka z zająca, pieczony indyk, szynka, mięsa, warzywa), keczup, musztardę, buraczki holenderskie, plastry bekonu, makrelę, czekoladę waniliową, fasolkę w sosie pomidorowym, kawior z dorsza. Mleko zagęszczone, herbatę. Alkohole. Pięć tysięcy różnych tabletek i kapsułek. Wyposażenie: namiot, łóżko polowe, prześcieradła, poduszki, menażki, dywan podróżny, brezentową wannę i umywalkę z toaletką. Ubranie: hełm korkowy, brezentowe getry, kolonialne buty z cholewami. Nie było mowy o spacerach bez koszuli, choć "krajowcy", jak określał miejscowych, zasłaniali tylko przyrodzenie, a kobiety nosiły krótkie spódniczki z trawy. Urzędnicy australijscy uważali, że "zrezygnowanie ze skarpetek prowadzi na plażę i do przepaski na biodrach", czyli do zdziczenia. Trzymanie fasonu było egzekwowanym przez urzędników obowiązkiem wobec imperium brytyjskiego.

Malinowski uznał, że aby skutecznie prowadzić badania, musi zamieszkać we wsi i żyć życiem jej mieszkańców, odgrodzić się od misjonarzy, władz kolonialnych, handlarzy. Nauczył się miejscowego języka - kiliwila. Choć życie we wsi przysparzało mu tylu frustracji, rzeczywistych i wyimaginowanych dolegliwości, że wielokrotnie przeklinał miejscowych, to pod koniec pobytu pisał: "Wyraz » dziki «wydaje mi się teraz bardzo zabawny w zastosowaniu do tych ludzi, których przyzwyczaiłem się traktować mniej więcej jak dobrych znajomych. Niektórzy z nich są zupełnie przyzwoici i sympatyczni".

Mój przodek Malinowski

- Tam możesz zamieszkać - wódz Pulayasi zasugerował w sposób nieznoszący sprzeciwu niewielki domek 20-latka wybudowany dokładnie w miejscu, gdzie stał namiot Malinowskiego. Wódz nie ma wątpliwości co do lokalizacji namiotu. Przez lata w tym miejscu stał stalaktyt z koralowej jaskini i palma, a teraz jest tablica po polsku i angielsku. "Toboma Miskabati Bronisław Malinowski" - brat wodza wyjaśnia, że "toboma" wyraża szacunek. "Wielki uczony, syn narodu polskiego, twórca nowoczesnej antropologii społecznej, przyjaciel ludów Wysp Trobrianda oraz popularyzator ich kultury". Z tablicą ufundowaną przez uniwersytety Jagielloński i Szczeciński przypłynęło małżeństwo polskich żeglarzy Monika Bronicka i Maciej Delgas. Teraz dzieci przyozdabiają tablicę czerwonymi kwiatami hibiskusa. Jestem z Polski, więc - rozumie się - z klanu Malinowskiego. 20-latek przeprowadza się do domu siostry po sąsiedzku. Kiedy siedzę na progu chaty i opieram stopy o tablicę pamiątkową, czuję na karku spuściznę nie tylko Malinowskiego, ale i Ryszarda Kapuścińskiego, dla którego Trobriandy były ostatnim, niezrealizowanym celem podróży. Kiedy jeden z włoskich dziennikarzy zapytał go, co jeszcze pozostało do poznania na świecie przebadanym pod każdym kątem, odpowiedział: "bardzo ważna rzecz: przemiana".

Ta przemiana uderzyła mnie, kiedy pierwszy raz siedziałam na betonowym tarasie naczelnego wodza Wysp Trobrianda, patrząc na strzechy domów z liści pandanusa. Tak wiele się tu zmieniło, a jednocześnie tak niedużo. Z 8,5 tys. liczba mieszkańców wzrosła do niemal 40 tys., ale wciąż 95 proc. utrzymuje się z tego, co wyhoduje w ogrodzie. Nie zarabiają pieniędzy. [ ]

Blacha pod strzechy

Na targu wokół mężczyzny z generatorem tłoczy się grupka z telefonami komórkowymi - za równowartość trzech złotych mogą je sobie naładować. Trzy lata temu, gdy przyjechałam tu po raz pierwszy, były tylko trzy telefony stacjonarne na całej wyspie, i do tego akurat się ze psuły. Kiedy jadę do placówki na zakupy, na przestrzeni piętnastu kilometrów mijamy jedenaście samochodów. Jadę pick-upem wodza. Trzy lata temu wódz samochodu nie miał. Wtedy jedyną chatą we wsi z blaszanym dachem była chata wodza. "Nowoczesny dom" - mówili o nim - wybudowany wodzowi przez syna parlamentarzystę. Teraz mnóstwo domów ma blaszane dachy. Skutek kampanii przed wyborczej - program zapewniania trwałych dachów, które wyglądają paskudnie, ale mieszkańcy są zachwyceni.

Następnym razem jak przyjadę, to we wsi będzie McDo nald - żartuję w rozmowie z katolicką siostrą Valentiną, która na wyspie mieszka od siedmiu lat. - To nie jest rozwój. To jest zmiana - siostra jest sceptyczna. - Tutaj zmiany pojawiają się na zasadzie sinusoidy: raz jest lepiej, raz gorzej. Jak samochód działa, jest dobrze. Jak się zepsuje, zostaje na wyspie, bo nikogo nie stać na części i nie ma go kto naprawić. A co zrobią, jak dachy przeżre rdza? Nie będą mieli pieniędzy, żeby je wymienić. Tak się stało z bieżącą wodą. W 1998 r. do Omarakany została pociągnięta rura doprowadzająca wodę z jaskini przy plaży dwa kilometry od wsi. - Jak woda płynie, człowiek myśli szybko. Jak stoi, człowiek myśli wolno, nie jest bystry - tłumaczył mi Joseph.

Tabalu mogą pić tylko wodę ze źródła, z rzeki albo deszczówkę. Z kurka sterczącego z rury za chatą jednego z braci wodza woda nie płynie już od 2002 r. i kobiety znów maszerują te 2 km z garnkami na głowie. Rury zardzewiały, bo administracja wyspy nie uznała za konieczne ich konserwować. Unia Europejska, fundator instalacji, oczekiwała, że mieszkańcy dołożą się do naprawy. Ale przecież wieś nie ma pieniędzy. Na całej wyspie pracuje za pieniądze góra 5 proc. ludzi. Reszta utrzymuje się z tego, co wyhoduje w ogrodzie albo złowi w morzu.

Bóg dał nam magię

Wódz rozłupuje kolejny orzech betelowy i traci cierpliwość. - Dlaczego dzieci nie bawią się już w te zabawy, w jakie myśmy się bawili? Dlaczego po zachodzie słońca główny plac jest pusty? Przez chrześcijaństwo - wódz nie ma wątpliwości. - Dzieci wolny czas spędzają w kościele. Starsi jedzą kolację, a w kościele biją w dzwon na mszę dla dzieci. To nie grzeczne.

W wodzu, na co dzień uosobieniu spokoju, jakby puściła tama powstrzymująca napór tłumionych żali. - Tych chrześcijańskich dziewcząt nie wyślesz na katuyausi, wyprawę, podczas której chodzą od wsi do wsi w poszukiwaniu chłopców. Dlaczego nie buduje się tradycyjnych łodzi? Dlaczego chrześcijanie mówili: jak założysz spódniczkę z trawy, przestaniesz być chrześcijanką? Z czym będziecie żyli, jak nie będziecie mieli kultury?

Kościoły metodystów, najpopularniejsze na wyspie, zakazują tradycyjnych tańców, zakazują tradycyjnych strojów. - Wy, chrześcijanie, widzicie coś i jesteście wodzeni na pokuszenie. Módlcie się więcej. To wy, ludzie, tworzycie szatana. Wasze słowa, zachowania, umysły. Nie nasze krótkie spódniczki i nagie piersi. Wódz nie ma nic przeciwko Bogu chrześcijańskiemu, przecież jego też wychowywali nauczyciele chrześcijanie. Żona co niedzielę chodzi do kościoła. - Nie zaprzeczamy istnieniu Boga. Stworzył świat i wybrał nas, Tabalu, żebyśmy światem się opiekowali. Dał nam magię.

Życie seksualne antropologów

- Jesteś Bwita? - zaczepia mnie w kiliwila starsza kobieta, pięć kilometrów od Omarakana. W kiliwila nie mówię, ale po trzech tygodniach potrafię już odpowiedzieć na pytania: Dokąd idziesz? Skąd idziesz? U kogo mieszkasz? Jak się nazywasz? Gdzie indziej kobieta ciągnie mnie za rękę: - Jesteś studentką? Chcesz się czegoś dowiedzieć o naszej kulturze? U mnie kiedyś mieszkali studenci. Wszystko im mówiłam, o co tylko zapytali. - Prowadzisz badania? - pyta kto inny. - Wiem bardzo wiele na temat kultury. U mnie nie musisz płacić, wystarczy, że dasz na rybę od czasu do czasu.

Miejscowi nauczyli się żyć z antropologów. Już Malinowski opłacał swoich informatorów. 20 proc. jego budżetu na badania stanowił tytoń, który rozdawał podczas rozmów. Miejscowi chętnie plotkują o antropologach, którzy od czasów Malinowskiego stali się stałym elementem krajobrazu na Kiriwinie. Jeden to zawsze chodził obładowany kiściami orzechów betelowych za kobietami do ogrodów. Mnóstwo pieniędzy wydawał na kobiety. Inny załatwiał swoje potrzeby obok domu, zamiast pójść do buszu. Kolejny, jego cenią najbardziej, został przyjęty do klanu wodza. Stał się Tabalu i jako Tabalu jest tak hojny, że co tydzień rozdaje sól, cukier, ryż i mąkę wszystkim kobietom we wsi. Katolicki misjonarz z lat 30. XX w. zanotował, że "krajowcy zapamiętali [Malinowskiego] jako wielkiego osła, za dającego strasznie głupie pytania, na przy kład: czysadzisz bulwy korzeniem, czy kiełkiem do dołu?".

W jednej ze wsi śmiali się z niego, że jest - jak dziś by młodzi powiedzieli - wannabie. Starał się mocno, żeby mówić i zachowywać się jak miejscowy. Do dziś wódz docenia, że mieszkał wśród miejscowych, że ostatecznienie uszczuplił za dużo zapasów przywiezionych puszek, bo zdał się na kuchnię miejscowych kobiet. Że był hojny, rozdawał mnóstwo tytoniu. Że uprawiał seks z miejscowymi ko bietami, czemu akurat biograf Malinowskiego, pomimo rozpowszechnionej legendy, nie do wierza. Za wieloma kolejnymi antropologami ciągną się plotki, że wciągnęli się w kulturę wolnego seksu. Że jedna antropolożka po nocnych łowach publicznie narzekała na marnych kochanków, a wychwalała tych lepszych. Że inna miała miejscowego męża.

Ale niektórzy mają też do Malinowskiego pretensje. - Wystawił nasze tajemnice na widok publiczny. Wystawił naszą kulturę. Zaklęcia - rzucał niezadowolony lider wsi Teyava oddalonej o cztery godzi ny marszu od Omarakany. Po chwili rozmowy okazuje się, że w ten sposób student antropologii chciał przekonać lidera Teyavy, żeby nie pozwalał nikomu oprócz niemu na badania w tym miejscu. Antropolodzy na Trobriandach są terytorialni. Bronią dostępu do "swoich" wsi przed innymi antropologami. Bywa, że w tym samym czasie w różnych częściach wyspy pracuje i trzech antropologów. W Omarakanie mówią mi, że to dzięki antropologowi coraz lepiej poznają swoją kulturę. Bo o niej rozmawiają. I jest szansa, że kiedy wódz Pulayasi umrze, jego następca będzie potrafił sprawować władzę nad całą wyspą. Brat wodza ma łzy w oczach, kiedy pytam, co będzie po śmierci wodza Pulayasi. - Nikt nie ma takiej wiedzy. Nastąpi chaos.

***

Autorka

Aleksandra Krzyżaniak-Gumowska - Reporterka. Gościła u Tamilskich Tygrysów i u wodza słynnych Wysp Trobrianda. Podglądała życie intymne 11 światowych metropolii. Obecnie pisze dla tygodnika "Newsweek Polska".

Cały tekst pt. "Trobriandy. Czekają na chaos", a także zestawienie oryginalnych fotografii Bronisława Malinowskiego wraz z nowymi zdjęciami autorki znajdziecie w magazynie Kontynenty.



***

Autorka dziękuje Fundacji im. Ryszarda Kapuścińskiego - Herodot oraz Pani Alicji Kapuścińskiej za pomoc w sfinansowaniu wyjazdu na Wyspy Trobrianda.

Podczas pisania artykułu autorka korzystała z następujących książek: "Bronisław Malinowski. Odyseja antropologa" oraz "Malinowski's Kiriwina. Fieldwork Photography 1915-1918" Michaela W. Younga, "Argonauci Zachodniego Pacyfiku" i "Życie seksualne dzikich" Bronisława Malinowskiego, "The Story of a Marriage" pod red. Heleny Wayne, "Dałem głos ubogim" Ryszarda Kapuścińskiego rozmowy z włoską młodzieżą.

Więcej o życiu seksualnym Wysp Trobrianda, czarach, niebezpieczeństwach i przygodach przeczytacie w powstającej książce.

Komentarze (3)
Trobriandy czekają na chaos [KONTYNENTY]
Zaloguj się
  • zrjn

    Oceniono 16 razy 6

    Delikatnie mówiąc, to Malinowskim mało Pani wie,
    a jeszcze mniej rozumie.

    A wierszówka leci.
    zrjn.

  • mrs.courvoisier

    Oceniono 6 razy 0

    w życiu seksualnym antropologa Malinowskiego bardzo ważne miejsce zajmował Witkacy

  • Gość: titta

    Oceniono 7 razy -3

    Przeciwnym misjonarza chrzescijanskim, i pewnie samym misjaonarza warto zadedykowac ksiazke: "Bruchko And The Motilone Miracle" Piekna opowiesc o chrzescijanstwie, niosacym dobra nowine o Zbawicielu, a nie europejska kulture. O chrzescijanstwie, ktore umacnia torsamosc, odrebnosc, wartosc i kulture lokalnego Narodu, de fakto chroniac go przed tym co niesie ze soba kultura bialego czlowieka: chciwoscia, kultem jednostki, alkoholizmem i narkotykami.
    Szkoda tylko, ze nie wszyscy rozumieja, ze spudniczki i lokalne tance w zaden sposob nie sa zagrozeniem. Za to pozbawienie ludzi torzsamosci, jak najbarzdiej.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX