Tybet. Wojenna turystyka [KONTYNENTY]

Jak się czuje turysta w okupowanym kraju? Nijak. Zwyczajnie. Normalnie.
Walka z ogniem - to chiński priorytet w Tybecie. Szczególnie w klasztorach.

Zanim wejdziemy do pomieszczeń wypełnionych posągami i malowidłami, możemy obejrzeć poglądowe tablice dotyczące ochrony przeciwpożarowej. Bez trudu odnajdziemy w pobliżu gaśnice i łopaty do piasku. Na terenie niektórych świątyń dostrzeżemy nawet zaparkowane wozy strażackie. Ścisła ochrona przeciwogniowa obejmuje także ulice i place, na których gromadzi się wiele osób. Poustawiano na nich bramki kontrolne, takie jak na lotniskach. Ale strażnicy nie sprawdzają elektroniki czy płynów, które wnosimy ze sobą. Badają, czy turyści i tubylcy nie mają zapalniczek. Zabierają je do depozytu. Dla zwiększenia bezpieczeństwa po ulicach krążą czteroosobowe patrole chińskich żołnierzy, dwóch niesie na plecach czerwone gaśnice.

Mimo tak zaawansowanej ochrony przeciwogniowej w Tybecie od 2008 r. w antychińskich protestach dokonało samospalenia około 70 osób.

Tybet. Dach świata

Powietrzna droga do Lhasy, stolicy Tybetu, prowadzi jedynie przez Chiny. Na lotnisku w Lhasie lądują tylko samoloty siedmiu chińskich linii lotniczych.

Po przybyciu do Tybetu jedno się zmienia - niebo znowu jest piękne, czyste, błękitne. W Chinach - z reguły szare od zanieczyszczeń. Przygnębiające. Jakby nad głowami ludzi ktoś rozlał brudne mleko. W Tybecie kolory są soczyste. Kiedy Heinrich Harrer, autor "Siedmiu lat w Tybecie", pokazywał przezrocza, ludzie myśleli, że filmy uszkodzono podczas wywoływania. Przecież niebo nie może być aż tak granatowe, a woda aż tak turkusowa.

Gdy oczy cieszą się barwami, organizm zaczyna protestować. Wejście na pierwsze piętro w hotelu okazuje się nagle tak trudne, że ciemnieje przed oczami. Człowiek pada na łóżko, nie rozumiejąc, co się z nim dzieje. Ból głowy. Utrata apetytu. Nudności i wymioty. Bezsenność. A nawet grożący śmiercią obrzęk płuc lub mózgu. To choroba wysokościowa. Tak Tybet zawsze bronił się przed obcymi. Lhasa leży na wysokości 3630 m n.p.m. Chińskie Chengdu, skąd się przylatuje, trzy kilometry niżej. Osłabienie spowodowane brakiem aklimatyzacji czuć od razu.

Do Tybetu nie da się wjechać ot tak sobie, bez zapowiedzi. Według tegorocznych, zaostrzonych przepisów zezwolenie można otrzymać tylko w grupie. Ta musi liczyć przynaj mniej pięć osób, a wszyscy mają pochodzić z jednego kraju. Po redniczy zawsze chińskie biuro podróży. Podróż wymaga dwóch dokumentów - najpierw chińskiej wizy, a potem osobnej zgody na przekroczenie granicy Tybetańskiego Regionu Autonomicznego. Potem na kolejne etapy drogi w głąb kraju niezbędne są kolejne permity. Sprawdzane co kilkanaście, kilka dziesiąt kilometrów na posterunkach drogowych i na rogatkach miast. Jak w Polsce stanu wojennego. Ale to nie Chińczycy pierwsi ustanowili zakaz wstępu obcokrajowców do Tybetu. Ubiegli ich w tym sami Tybetańczycy w XVIII w. Prawdopodobnie jednak pod wpływem Chińczyków, którzy już wówczas próbowali odciąć Tybet od świata. Wycieczka do Tybetu - ponad pół wieku temu kolejny raz podbitego przez Chiny - to jak zwiedzanie Polski podczas II wojny światowej. Albo Francji pod niemiecką okupacją. Wojenna turystyka.

Tybet. Pałac McDonalda

Nad Lhasą góruje niezwykła budowla - pałac Potala, zimowa siedziba dalajlamów. Najbardziej znany symbol Tybetu, jego władzy duchowej i administracyjnej. Przypomina szczyt góry pokryty lodowcem. Jasnobiała fasada spływa w dół niczym wieczny śnieg. Budynek kłuje w oczy bielą rozlewającą się na tle granatowego nieba. Pnie się w górę jak trapez. Boczne ściany u dołu mają aż 400 i 350 metrów! To podobno najwyżej na świecie położony pałac - ok. 3,7 tys. m n.p.m.

Choć dziś jest to tylko muzeum, Tybetańczycy wciąż traktują Potalę jako miejsce pielgrzymek. Tu przed ucieczką doIndii w 1959 r. żył ostatni Dalajlama XIV. Pałac - jako jeden z niewielu tybetańskich zabytków - przetrwał zniszczenia chińskiej rewolucji kulturalnej. Podobno zachowano go dzięki interwencji premiera Zhou Enlaia. W środku Potali możnaby krążyć labiryntem tysiąca komnat i podziwiać dwieście tysięcy figur. Możnaby, bo dziś oglądanie pałacu Potala to jak obiad w McDonaldzie. Heinrich Harrer uważał, że zwiedzający powinien na pałac poświęcić trzy-cztery godziny. Dziś turyści mają zaledwie 60 minut. Wszyscy więc tłoczą się i nawzajem popędzają. W razie przekroczenia czasu organizator wycieczki ponosi dotkliwą karę finansową.

Tybet. Cyfrowe złudzenie

Tybet to nie tylko "dach świata", ale też kraj "na krańcu świata". Marek Kalmus w książce "Tybet. Legenda i rzeczywistość" wyliczył, że przejazd z Pekinu do Lhasy trwał niegdyś ponad pół roku. Prowadził przez pustynie i góry, podróżować należało karawaną, bo w Tybecie do lat 50. ubiegłego wieku brakowało dróg kołowych. Szybciej, w dwa miesiące, można było dotrzeć okrężną trasą - pociągami i statkami z Chin do Indii, a potem himalajskimi przełęczami do południowego Tybetu.

Tybet wciąż jest "na krańcu świata", teraz cyfrowo. Internet w Tybecie - jak w całych Chinach - to gazeta z powyrywanymi stronami. Władza usuwa nawet nie poszczególne artykuły, ale na wszelki wypadek całe działy. Nie zajrzymy więc do Facebooka, nie skorzystamy z Twittera czy Instagramu. Za najgroźniejsze uznano sieci społecznościowe - to, co w internecie najbardziej wiąże ludzi ze sobą.

Chińczycy i Tybetańczycy potrafią ominąć te ograniczenia - ale tylko ci, którzy mają więcej wiedzy informatycznej. Ale i z tym łatwo walczyć - wyłączyć internet. Pstryk i cała informatyczna cywilizacja nagle znika.

Tybet. Komunizm nieprzewidywalny

Tybetańskie przełęcze, po których poprowadzono drogi - zajęli się tym Chińczycy - sięgają ponad 5 tys. m n.p.m. To wyżej niż jakikolwiek punkt w Europie. Rozpościerające się wokół Himalaje nie robią jednak szczególnego wrażenia. Wyglądają jak Bieszczady. To efekt wysokości względnej. Sześciotysięczniki wznoszą się zaledwie tysiąc, półtora tysiąca metrów ponad drogę. A na dokładkę porasta je zieleń.

W 2012 r. w wakacje Chińczycy zamknęli rejon Mount Everestu - na szczyt można wspiąć się popularniejszą drogą nepalską albo rzadziej wybieraną tybetańską. Ponoć jacyś turyści sfotografowali się w tybetańskim base campie, pierwszym obozie, z flagami Free Tibet.

W Tybecie polityka góruje nad biznesem. Co roku Tybet jest zamykany dla turystów w marcu, bo to rocznica powstania z 1959 r. i ucieczki Dalajlamy XIV. W ubiegłym roku nie wpuszczano obcokrajowców również w wakacje, prawdopodobnie w związku z 90. rocznicą powstania Komunistycznej Partii Chin. Komunizm starzeje się, jednak wciąż jest groźny i nieprzewidywalny.

Ale turysta generalnienie powinien rozważać takich spraw, a raczej przejmować się brakiem wody w hotelowym pokoju. Ciepłej dość często brakuje. Podobnie jak prądu. W pokojach można znaleźć ważne zestawy: świeczki i pudełko zapałek.

Tybet. Bajkowy świat

Tybet był krajem klasztorów. I właściwie niczego więcej. Do lat 50. ubiegłego wieku - czyli do ostatniego najazdu Chińczyków - w Tybecie było ich trzy tysiące. Helmut Uhlig w książce "Tybet. Kraj zakazany otwiera swoje wrota" szacuje, że liczba mnichów mogła dochodzić do 300 tys. - czyli jednej czwartej całej męskiej populacji!

Klasztory były najważniejszą instytucją społeczną i jedynym ośrodkiem kształcenia. Gdy się planowało nawet świecką karierę, edukację trzeba było odbyć wśród mnichów. Codziennie w klasztorze Xialu odbywasię debata zakonników. Kilkudziesięciu młodych mnichów ubranych w ciemnoczerwone szaty dzieli się na dziedzińcu na dwie grupy: jedni siadają wprost na ziemi, drudzy stają nad nimi. Siedzący przedstawia duchową tezę. Stojący powinien swoimi dociekaniami doprowadzić do tego, aby przeciwnik zaprzeczył sam sobie. Zadaje więc kolejne podchwytliwe pytania. Dla dodania dramatyzmu na końcu zdania przytupuje nogą i klaszcze w dłonie. Odpowiadający zdecydowanie gestykuluje, unosząc dłonie albo palec wskazujący.

Debaty to ważna część tybetańskiego buddyzmu. Wciąż odbywają się konkursy między klasztorami. Wygrana buddystów indyjskich nad chińskimi w Wielkiej Debacie przeprowadzonej w klasztorze Samye w VIII w. zadecydowała o przyjęciu w Tybecie tradycji indyjskiej. To barwne widowisko. Można patrzeć i zanurzać się w przeszłości - tak musiało wyglądać też dziesiątki i setki lat temu. Do teraźniejszości wracamy, gdy któryś z mnichów wyjmuje swojego iPhone'a.

Debatom mogą przyglądać się turyści - czasami chyba mnisi młodzieńczo nieco wygłupiają się na pokaz. Ale ten kolorowy dwugodzinny spektakl najbardziej zapewne odpowiada wyobrażeniom o tradycyjnym, wolnym Tybecie. Bajkowy świat upowszechniła książka - a nawet bardziej nakręcony na jej podstawie film - "Siedem lat w Tybecie". Napisał ją Heinrich Harrer, jeden z nauczycieli Dalajlamy XIV. A ponadto nazista i członek SS, który do Tybetu zbiegł z brytyjskiego obozu internowania w Indiach. Tybet pociągał hitlerowców - przed wojną wyruszyła do niego nazistowska ekspedycja szukająca korzeni aryjskości w Azji.

Tybet. Obywatele drugiej kategorii

W ciągu dwudziestu ostatnich lat Polska zmieniła się tak bardzo, że na świecie dostrzegamy biedę. Tybetańska prowincja to wszechobecne ubóstwo.

Środkiem osady Tingri ciągnie się kilkusetmetrowa błotnista ulica. Po jej obydwu stronach stoją niskie domy. Podwórka przed nimi przypominają złomowisko albo śmietnik. Nikt nie dba nawet o pozory czystości. W tym błocie rozstawił się stragan z mięsem. Kilkadziesiąt metrów dalej Tybetańczyk spawa przed domem jakąś konstrukcję. Ktoś naprawia młotkiem swój pojazd, będący niezwykłą plątaniną rurek. Inni siedzą przed domami, czekając na przyszłość.

Ulicą idą kobiety ugięte pod ciężarem niesionych na plecach worków. Ładunek musi ważyć kilkadziesiąt kilogramów, bo kroczą zgięte w pół prawie pod kątem prostym. Wiele fizycznych prac w Tybecie wykonują kobiety. Pracują przy budowach dróg, wykonują ciężkie zadania razem z mężczyznami.

W swoim kraju Tybetańczycy stali się obywatelami drugiej kategorii. Chińscy osadnicy uzyskują korzystne kredyty. A ponieważ są z reguły lepiej wykształceni niż Tybetańczycy, dostają lepszą, atrakcyjniej opłacaną pracę.

Tybetańskie dzieci mogą chodzić do szkół. To istotna zmiana. Kiedyś tylko niektóre mogły się uczyć, bo praktycznie cała edukacja odbywała się w klasztorach. Ale w szkołach nie mogą używać swojego języka. Nie wolno im też w klasach nosić narodowego stroju. Ubiór Tybetańczyka to coś innego niż nasze ludowe przebieranki, które możemy zobaczyć na występach Mazowsza. Tybetańczycy chętnie chodzą w swoich kolorowych narodowych strojach. Na ulicach i prowincjonalnego Tingri, i stolicy Lhasy widać ubranych tradycyjnie starych i młodych ludzi. Dżinsy jeszcze tego świata nie podbiły.

Mnóstwo Tybetańczyków - być może większość - żyje prawie tak jak kilkaset lat temu. Nomadzi nadal przenoszą swoje namioty z miejsca na miejsce. Choć i do ich życia wdarła się nowoczesność. Przy namiotach widać baterie słoneczne. Przyjacielem Tybetańczyka w miejsce konia stał się motor. Z kolorowo przyozdobionym siedzeniem jak niegdyś siodło.

Chińczycy, opanowując ziemie nomadów, budują dla nich osady. Nomadzi, którzy potrafią tylko wypasać bydło, marnieją zamknięci w betonowych osiedlach.

Policja stosuje tortury. W 2008 r. doszło do kolejnych masowych protestów. Od tej pory w kraju narasta napięcie - Chińczycy mnożą represje, Tybetańczycy dokonują samospaleń.

W najbiedniejszych arabskich medynach zobaczymy las anten satelitarnych. W Tybecie nie dostrzeżemy prawie żadnej - na jej posiadanie potrzeba zezwolenia. Antena satelitarna na świecie to nie symbol bogactwa, ale wolności.

Tybet. Świat bez wyrzeczeń

Turyści w Tybecie poruszają się w szklanej bańce, a ich kontakt z miejscowymi jest ograniczony. Choć spacerując samotnie po ulicach, nie ma się wrażenia przebywania w okupowanym kraju. Spotykanych na każdym kroku policjantów i żołnierzy możemy przecież traktować jako naszych sojuszni ków, broniących przed przestępcami.

Tybetańczyków jest tylko sześć milionów. Nie wróży im to niczego dobrego w ponad miliardowych Chinach. I ośmiomiliardowym świecie.

Wszyscy musielibyśmy obniżyć swój standard życia, aby dopomóc Tybetańczykom. Zerwanie stosunków handlowych z Chinami oznaczałoby wzrost cen elektroniki, ubrań. Żeby Tybet był wolny, musielibyśmy więcej zapłacić za nasze iPhone'y. Świat raczej nie jest skłonny do takich wyrzeczeń.

Piotr Lipiński - Reporter piszący na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Bloger na www.piotr-lipinski.pl.

***

Cały tekst można przeczytać w magazynie Kontynenty



Komentarze (3)
Tybet. Wojenna turystyka [KONTYNENTY]
Zaloguj się
  • Gość: yet

    Oceniono 1 raz 1

    Za ten artykuł Chińczycy obetną nam przydział papieru na gazety.

  • Gość: xxx

    0

    Trochę w tym artykule nieścisłości..., przesada z tą choroba wysokościowa i wymiotami w Lhasie (czyli na 3,600mnpm), Dalajlama wyjechał z Tybetu mieszkając w swojej letniej rezydencji czyli pałacu Narbulingka, a nie z Potali, nic nie wiem o 60 minutach na zwiedzanie Potali... Prawdą jest natomiast okupacja i wszechobecny terror chińskiego okupanta. Do gaśnic dorzuciłbym stojące wszędzie kije z obręczą stosowane do łapania podpalających się Tybetańczyków...

  • rabbinhood

    Oceniono 4 razy -2

    Dawajcie normalne tytuły, myślałem że artykuł o Palestynie lub wzgórzach Golan, albo przynajmniej o Ścianie Płaczu.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX