Malezja - idealna na pierwszy egzotyczny wyjazd

Malezja kusi nieskażoną przyrodą, jest tajemniczo egzotyczna, a równocześnie - bezpieczna i nowoczesna. To świetny kierunek na pierwszy daleki wyjazd.
Podróżując przez Malezję trudno oprzeć się wrażeniu, że jest się nie w jednym, ale w trzech krajach jednocześnie. Za sprawą dużych mniejszości, chińskiej i indyjskiej, na każdym kroku mieszają się języki, kultury i religie.

Obok meczetów stoją świątynie hinduistyczne, muzułmanki szczelnie otulone chustami i w luźnych sukniach do kostek robią zakupy obok kobiet w kolorowych sari i młodych Chinek w mini. Zwykle w przestronnych centrach handlowych, bo Malezja jest krajem bardzo nowoczesnym: miasta łączą szerokie autostrady, a zatłoczone dzielnice - wagoniki szybkiej, mknącej pod ziemią albo nad ulicami kolejki, nad kwartałami biznesowymi górują lśniące szkłem wieżowce i wszędzie bez trudu można się porozumieć po angielsku.

Do Malezji nie przyjeżdża się dla zabytków, bo tych praktycznie nie ma, ale dla natury i egzotyki. Na wybrzeżach i położonych nieopodal nich wyspach kuszą złote plaże i błękitne, znakomite do nurkowania wody, a wnętrze półwyspu zajmują porośnięte herbacianymi plantacjami wzgórza Cameron Highlands i najstarszy deszczowy las świat - Taman Negara, w którym pierwotny lud tych ziem nadal żyje w symbiozie z dżunglą, rozpalając ogień drewienkiem i polując zatrutymi strzałkami z dmuchawki.

Malezja. Kuala Lumpur

Pępkiem Kuala Lumpur, wokół którego toczy się życie, są bliźniacza wieże Twin Towers. Ponieważ mają 88 pięter wysokości, a stal i szkło, z których je zbudowano, odbijają słońce jak gigantyczne lustro, widać je niemal z każdego punktu w mieście. Wczesnym rankiem u ich stóp kłębi się tłum turystów po bezpłatne wejściówki na most widokowy, który łączy je na wysokości 41. piętra. Potem wcale nie robi się luźniej - pięć najniższych poziomów zajmuje gigantyczne centrum handlowe pełne sklepów znanych marek i restauracji, a na tyłach znajduje się zielony skwer z fontannami, ulubione miejsce odpoczynku miejscowych i pracowników okolicznych biurowców.

Chinatown, na którym zatrzymuje się większość turystów, jest jak gwarny tygiel z otwartymi od rana do późnej nocy sklepami i kramami sprzedającymi podróbki chyba wszystkiego, co na świecie wyprodukowano, oraz knajpkami serwującymi pewnie wszystko, co da się zjeść. Często jednak człowiek nasyci się, zanim do nich dojdzie - egzotycznych owoców o niewiarygodnych kolorach, kształtach, zapachach i smakach jest tu tyle, że trudno się im oprzeć.

Zapleczem na weekendowe wycieczki dla mieszkańców KL - bo tak w skrócie określa się stolicę - jest położona dwie godziny na południe Melaka, przez którą przejeżdżają wszystkie autobusy zmierzające szeroką i ruchliwą autostradą w kierunku Singapuru (pięć godzin z KL). W XV wieku powstał tu pierwszy na półwyspie sułtanat, wiek później kolonię założyli Portugalczycy (z czasem przeszła w ręce Holendrów, a potem - imperium brytyjskiego). Ruiny kościoła na wzgórzu, dawny ratusz i skromny pałac sułtański są dla miejscowych jednymi z najważniejszych zabytków. Turystów oczarowuje zwykle gwarne Chinatown, wyglądające, jakby czas zatrzymał się tu kilkadziesiąt lat temu, i zła sława współczesnych piratów w oddzielającej półwysep od indonezyjskiej Sumatry cieśninie Melakka.

Malezja - co warto zobaczyć

Zupełnie inne jest położone na północy, na wyspie Penang, miasto Georgetown, które większość wycieczek omija w drodze do Tajlandii. A szkoda, bo to nie tylko kolonialna architektura, chińskie świątynie i meczety, ale przede wszystkim legendarna kuchnia i jadłodajnie na świeżym powietrzu, gdzie przy stoliku pod kolorowym parasolem klienci raczą się wariacjami makaronu z warzywami i mięsem, owocami morza, zupami, pikantnymi sałatkami, ciasteczkami z wróżbami i słodkimi jak ulepek deserami na bazie mleka kokosowego, które usłużni sprzedawcy podają z przenośnych wózków. Penang słynie również z produkcji batiku i złotych plaż, choć w celu poplażowania warto się wybrać także na którąś z wysepek bardziej oddalonych od lądu - choćby uznawaną za raj dla nurków Langkawi, czy położone na wschodnim wybrzeżu Tioman albo Perhentian. Jedną z perełek tej strony lądu jest także ocieniona palmami nadmorska wioska Czerating, z szeroką plażą, bambusowymi domkami, stadami małp, których właściciele bungalowów używają do zbierania orzechów kokosowych, leniwą rzeką z chmarami egzotycznych motyli i niesamowitymi wieczorami rozświetlonymi przez tysiące robaczków świętojańskich.

Jeszcze bogatszą przyrodę można podglądać w dżungli Taman Negara - ogromnym, gorącym i wilgotnym lesie, do którego najlepiej dopłynąć łodzią, by dalej wybrać się z przewodnikiem na kilkudniowy trekking z noclegiem na specjalnych tarasach albo w jaskiniach. Punkty obowiązkowe: Canopy Walk, czyli spacer po mostach zawieszonych wysoko w koronach drzew oraz wizyta w wiosce Orang Asli, u pierwotnych mieszkańców tych ziem, nadal żyjących w dżungli.

Zupełnie inaczej, choć również w symbiozie z przyrodą, żyją mieszkańcy wiosek dwóch malezyjskich stanów położonych na wyspie Borneo. Turystyczną atrakcją tego miejsca są tzw. longhausy, czyli długie drewniane domy podzielone wzdłuż na dwie części: w jednej znajdują się mieszkania poszczególnych rodzin, potomków łowców głów, druga jest wspólna. To taki egzotyczny open space, w którym toczy się całe tutejsze życie - kręcące się wokół wypraw łodzią do miasta, połowu ryb i wyjść do dżungli. W dwóch miejscach na wyspie w Semenggoh Wildlife Rehabilitation Centre niedaleko Kuczingu i rezerwacie Sepilok w okolicach Sandakanu można zobaczyć dziko żyjące orangutany.