Samsara - niepowtarzalna podróż przez 25 krajów. Zachwyca, zadziwia, przeraża

Cuda przyrody i starożytnych cywilizacji, a obok sekslalki, roboty i rozbuchany konsumpcjonizm - w "Samsarze", nowym filmie Rona Fricke, twórcy kultowej "Baraki", nasz świat zadziwia, zachwyca i przeraża. Obraz, który powstawał przez ponad pięć lat w dwudziestu pięciu krajach na pięciu kontynentach, 19 października wchodzi na ekrany polskich kin. Warto go zobaczyć.
"Samsara" to przede wszystkim mocne obrazy. Porywające, choć nie zawsze piękne i przyjemne. Podróż, którą wielu z nas, kierowanych ciekawością, chciałoby odbyć, ale oglądając ten film trzeba przyznać, że mało komu się to uda - o ile bez większych problemów można dziś zwiedzić Birmę, Indonezję i Tybet, o tyle wnętrz wielkich ubojni zwierząt, ogromnych wysypisk śmieci, na których toczy się życie setek ludzi, wreszcie Mekki, niemal żaden zachodni turysta nie zobaczy. Nakręcony na przestrzeni pięciu lat dokument powstawał na taśmie 70 mm, dzięki czemu jego jakość jest niezwykła. Nie ma tu efektów specjalnych, w zasadzie nie ma żadnej akcji, nie ma stałych bohaterów, z którymi widz mógłby się zidentyfikować lub chociażby śledzić ich losy. Jest za to nietypowy dziennik z podróży przez 25 krajów. W filozofii indyjskiej, w tym filozofii tradycji hinduistycznych i buddyjskich, "samsara" to "koło życia", nieustanne wędrowanie, czyli kołowrót narodzin i śmierci, cykl reinkarnacji, któremu od "zawsze" podlegają wszystkie żywe istoty, włącznie z istotami boskimi. Kamera wędruje więc bez wytchnienia i pokazuje nam: buddyjskich mnichów tworzących mandalę z piasku, witraże w katedrze, produkcję broni i sekslalek, modlących się pod Ścianą Płaczu, erupcje wulkanów, zbieraczy śmieci, góry Yosemite, chrzest dzieci, amerykańskie miasteczko po uderzeniu huraganu Katrina, pustynię, która wdarła się do domów, robotników w indonezyjskiej kopalni siarki, pracowników biurowych w mikroskopijnych kabinach, zachwycające krajobrazy Azji. Wysmakowanych obrazów są setki, montaż to przyspiesza, to zwalnia, a niemal dwugodzinny dokument wciąga bez reszty. Tym bardziej, że zdecydowana większość pokazanych w filmie miejsc to łatwe do odgadnięcia turystyczne atrakcje, więc zabawa w lokalizowanie ich zajmie niejednego widza.

Samsara - głośno i wyraźnie, choć bez słów

Samsara nie jest jednak tylko zbiorem ładnych obrazków. To wiadomość, choć pozbawiona słów. Podróż-medytacja, która bardziej wrażliwym odbiorcom każe się zastanowić nad kondycją współczesnej cywilizacji. Naturalne i sztuczne cuda, przeszłość i teraźniejszość są tu wyraźnie skontrastowane. Efekt jest spektakularny, bywa surrealistyczny. W zestawieniu z muzyką Lisy Gerrard z zespołu "Dead Can Dance" "Samsara" hipnotyzuje i co chwilę zmienia nasze nastroje. Niejawna pochwała New Age i wschodniej cywilizacji jest łatwa do wychwycenia. Wielbiciele tego nurtu będą zachwyceni, sceptykom niektóre sceny "Samsary" mogą się wydać zbyt oczywiste i mało przekonujące, zbyt nachalne, wręcz "łopatologiczne", a diagnozy uproszczone. "Bo "Samsara", choć nie ma dialogów, ani narracji, mówi głośno i wyraźnie i nie jest to głos obiektywny.

Bez względu jednak na to, czy widz "kupi" przekaz zawarty w "Samsarze", zobaczy w kinie sceny, które zostaną z nim na długo: trumny w kształcie broni, futurystyczny kompleks do gry w golfa, czy filipińskich więźniów tańczących synchronicznie na spacerniaku.



Informacje o filmie:

"Samsara" to kolejny film autorstwa Rona Fricke, po owacyjnie przyjętym przez publiczność filmie "Baraka" z 1992 roku. Obraz powstawał przez ponad pięć lat w dwudziestu pięciu krajach na pięciu kontynentach. Reżyser stworzył dziennik z podróży, który jest zarazem swego rodzaju medytacją nad naszą planetą. W filmie możemy zobaczyć między innymi kadry z Chin - tancerki w Pekinie, Japonii - fabrykę lalek do złudzenia przypominających żywe kobiety; Turcji - Park Narodowy Nemrut, Etiopii - Dolinę Omo, Angoli - Wodospady Epupa, Francji - Wersal, USA - wulkan Kilauea na Hawajach czy Brazylii - kościół Divino Salvador.

Muzykę do filmu skomponowała Lisa Gerrard z legendarnego zespołu "Dead Can Dance". "Samsarę" można obejrzeć na Warszawskim Festiwalu Filmowym oraz od połowy października w kinach studyjnych w całej Polsce. Dystrybutorem jest Hagi Film.

Wywiad z reżyserem "Samsary" Ronem Fricke oraz producentem Markiem Magidsonemprzeprowadzony przez dziennikarza, Eric'a Hynes'a.

Czy w momencie gdy zakończył Pan pracę nad filmem Baraka, wiedział Pan, że powstanie jej kontynuacja?

RF: Absolutnie. To po prostu była kwestia czasu.

MM: To z pewnością nie było planowane. Po zakończeniu prac nad Baraka, na pewno nie myślałem "oh, już nie mogę doczekać się następnego". Czułem się totalnie wyczerpany i zmęczony. Miałem poczucie, że już nigdy nie przydarzy mi się coś takiego, co pochłonie tak dużo czasu. Udaliśmy się do 24 krajów w przeciągu 3 lat, to była szaleńcza liczba podróży. W 1985 roku nakręciłem z Ronem film Chronos, który miał zaledwie 35 min, a musieliśmy do niego odbyć podróż do 8 krajów, co i tak było dużym wysiłkiem. Tworzenie tych filmów to naprawdę spory kawał mojego życia i wymagało to dużo energii, przynajmniej ode mnie. Ciężko jest wtedy utrzymać pozory normalnego życia, nie wspominając o związkach. Mam dzieci i niełatwo jest pogodzić życie rodzinne z pracą nad filmem, nad którym prace, tak jak w przypadku Samsary, trwają 5 lat. Wszystko w życiu to sztuka wyborów i to był jeden z nich. Wiedziałem, że Ron chce to zrobić. Minęło sporo czasu (20 lat) między jednym, a drugim filmem i to był czas dla mnie, żebym mógł się ponownie zobowiązać.

RF: Gdy przyszedłem do Marka, powiedział mi, że nadszedł już czas by odkurzyć swój paszport i wrócić do podróżowania. Wiedziałem wtedy, że jest gotowy na kolejną przygodę.

Co Cię motywuje do tego by tworzyć tak ambitne, złożone technicznie, różnorodne graficznie, niewerbalne, panoramiczne epopeje?

RF: Pamiętam jak byłem małym dzieciakiem i zawsze patrzyłem na kino jak na rodzaj świątyni. Oglądając filmy wyświetlane w "Cineramie" nie miałem pojęcia co wyrażały w warstwie wizualnej, ale byłem nimi niezwykle poruszony. Dawały mi poczucie, że do takiego widza - siedzącego w całkowitej ciemności i skupionego na ekranie - dużo łatwiej przemówić. I to naprawdę się stało z 2001 A Space Odyssey. Byłem jeszcze w szkole średniej, to naprawdę mnie uderzyło i chyba tak jest do dzisiaj. Sam fakt, że na dużym ekranie, w komercyjnym kinie, bez użycia słów udało się przekazać coś niesamowitego. Zwróciłem na to uwagę i zdałem sobie sprawę, że to rodzaj ukierunkowanej medytacji. Niektórzy mogą to określić mianem schlebiania sobie. Mark jest stworzony do tego. On rozumie cały proces. Mógł odejść i robić bardziej komercyjne produkcje, ale te, to jakiś rodzaj sztuki, który go niezwykle inspiruje. Coś wewnętrznie pcha nas do tego by robić coś unikalnego i znaczącego.

MM: Kocham to, że filmy mówią swoim własnym uniwersalnym językiem bez względu na pochodzenie i narodowość - tylko obraz i muzyka, która nie potrzebuje tłumaczenia. Myślę, że może to brzmieć banalnie, ale na pewnym poziomie chcemy czuć tę więź i doświadczanie życia ponad ograniczeniami.

Jak podejmowaliście decyzję jakie zdjęcia chcecie zrobić, w którym momencie je zrobić?

MM: Na pewno nie chcesz iść i powtarzać tego co zrobiłeś w poprzednim filmie. To jest wyzwanie, by znaleźć lokalizacje, które są interesujące i intrygujące zarazem. Ludzie są bardzo wymagający, zwłaszcza w dobie internetu, gdy mamy YouTube pełen niesamowitych obrazów dostępnych dla wszystkich. Stawiasz sobie bardzo wysoko poprzeczkę decydując się na niewerbalny film i dobranie do niego materiału na wysokim poziomie, który wynagrodzi brak dialogów. Musisz mieć przeczucie, co będzie na tyle dobre, by zainteresować widza na dużym ekranie. Jako filmowcy mamy wpływ na to, co wytworzymy. Samsara ma dużo więcej

materiału, więcej miejsc, więcej ujęć niż Baraka 20 lat temu. Bardzo ciężko jest utrzymać film na bardzo wysokim poziomie wizualnym przez 96 minut. Dlatego potrzeba naprawdę dużo niesamowitych zdjęć.

RF: Jedziesz do miejsc, w których nigdy nie byłeś, widzisz ludzi, których nigdy nie spotkałeś. Nasza planeta jest tym wypełniona. Czujesz się trochę jakbyś obudził się drugi raz do życia.

MM: Nasze zdjęcia są podzielone na dwie kategorie. Pierwsza - zdjęcia natury bez człowieka jak np. wodospad lub wydmy. I druga - gdzie nagle pojawiają się fabryki, proces tworzenia jedzenia, obrazy modlących się ludzi. To są miejsca gdzie możesz coś zaplanować, pracujesz z ludźmi.

Niewiarygodne jest to, że udało Wam się zrobić zdjęcia w jeszcze większej liczbie krajów niż do "Baraka".

MM: Udaliśmy się do 25 krajów. Nie mieliśmy pewności, że będzie ich akurat 25, ale wiedzieliśmy, że z pewnością będzie ich ponad 20. Równie dobrze mogło być ich 28 lub 22. Dzielisz to między 95 minut, co daje Ci średnio 3,5 minuty na każdy kraj, choć w praktyce jedne mają więcej, a inne mniej. Każde zdjęcie, to włożony ogrom pracy. Istnieje kilka miejsc, z których korzystaliśmy zaledwie kilka sekund. Wędrowaliśmy przez amerykański Park Narodowy znajdujący się w stanie Arizona dwukrotnie. To była wielogodzinna wycieczka z całym sprzętem w 100 stopniach tylko po to, by zrobić 8-sekundowe ujęcie. Wiele było w filmie takich momentów.

RF: Kiedy dochodzę do miejsca, które wcześniej wybrałem, nagle coś czuję i po prostu wiem gdzie postawić kamerę i kiedy zacząć kręcić. Ja tylko wyczekuję na jeden lub dwa strzały. Nie jestem tam po to, by rozwijać dokument na temat miejsca, a po to, by wydobyć z niego esencję. To rodzaj podejścia. Pracując, czujesz się zjednoczony ze swoim aparatem.

MM: Na początku próbowaliśmy po prostu zebrać materiał. Ale później masz już tyle tych materiałów, a potrzebujesz tylko części z nich. Masz jednak cały czas poczucie, że coś Cię ominęło. Zdarzyło nam się być w Chinach w czasie 60-lecia partii komunistycznej, więc mamy nagraną tę wielką militarną paradę. Planowaliśmy podróż tak, by móc jak najwięcej korzystać z chińskich fabryk.

Czy były na Waszej drodze miejsca trudnodostępne, które było ciężko sfilmować?

MM: Istnieją miejsca wymagające od Ciebie sprawności fizycznej i miejsca w wymagających lokalizacjach. Kiedy jesteś w bardzo rozwiniętej części świata, takiej jak na przykład Tokio, to bardzo ciężko robić tam zdjęcia. Np. robiliśmy sekwencję zdjęć poklatkowych przy okrągłym basenie - to było bardzo trudne. W wielu miejscach nie ma zezwolenia na robienie zdjęć z bliska, a w ujęcia nie mogą wejść żadne rozpoznawalne marki. Stoją więc nad tobą sprawdzając, czy wszystko jest w porządku. Są też miejsca fizycznie trudne, jak na przykład gdy poszliśmy do Ladakh w Indiach (kraina pomiędzy głównych pasmem Himalajów, a górami Karakorum, położona w części górnego biegu rzeki Indus). Kręciliśmy tam zdjęcia klasztoru i obrazów z piasku. To było ponad 12 tysięcy stóp nad ziemią, bardzo zimno (późny listopad), a ty chuchasz, dmuchasz i starasz się przyzwyczaić do wysokości. Nie chodzi o to by usiąść i lamentować nad tym, jak trudna byłą ta produkcja. To był prawdziwy zaszczyt podjąć się czegoś takiego. Na koniec tego doświadczenia czułem się bardzo szczęśliwy, widząc tyle ile zobaczyłem, ilu różnych ludzi mieszka na świecie.

RF: Tak naprawdę to wszystkie lokalizacje były wyzwaniem. Ciężko pracowało się w fabryce wieprzowiny w Chinach. Prawie zagazowaliśmy się w kopalni siarki w Indonezji. To wszystko, co nam wyszło, to wynik ogromu ciężkiej pracy. Próbowaliśmy robić zdjęcia poklatkowo, portrety w slow motion.

MM: To wszystko jest niezwykle ekscytujące. Ladakh był po prostu niezwykły. Namibia była fantastyczna. Nigdy dotąd nie widziałem tak dużego zróżnicowania jak tam: pustynia, dżungla, ocean, a do tego życie plemienne. To jest miejsce, do którego na pewno chciałbym kiedyś wrócić.

Czy były jakieś miejsca, które chcieliście uchwycić, ale z jakiegoś powodu Wam się nie udało?

MM: Takim miejscem była z pewnością Korea Północna. Spotkaliśmy się z gubernatorem - Billem Richardsonem, który napisał długi list polecający nas. Niestety, nie udało się. Organizują tam w sierpniu ogromne gry, masowe performence na wielkim stadionie, w wydarzeniu uczestniczy nawet 100.000 osób. Byłoby cudownie to nakręcić.

Kiedy do filmu montujecie muzykę? W trakcie edycji, czy po jej zakończeniu? Jak to zrobiła Lisa Gerrard?

MM: Lisa, Michael i Marcello zaczęli pracować nad całkowicie zmontowanym filmem. Widzieli kilka kawałków filmu na początku, ale nie byli wtedy zaangażowani do komponowania muzyki, nie powstały wtedy nawet szkice. Praca nad filmem bez głosu była zdecydowanie trudniejsza. Muzyka w jakiś sposób go łagodzi i sprawia, że wszystko działa lepiej. Kompozytorom zajęło sporo czasu znalezienie spójnego, muzycznego głosu do filmu, mostu łączącego początek i koniec.

Czy istnieją jakiekolwiek pobudki polityczne, dla których nakręciliście niektóre miejsca? Uderzyła mnie sekwencja zdjęć zrobiona we wnętrzach fabryk żywności, na śmieciowiskach, czy nieużytkach miejskich.

MM: To nie są polityczne tematy. Po prostu było niesamowite zobaczyć rozwój ludzkiego konsumpcjonizmu. Tu nie chodzi o to, co jest dobre, a co złe. Film ma po prostu pokazać, co się dzieje tu i teraz, jak to wygląda. Jest to obraz obecnego stanu rzeczy.

Czy jesteście sobie w stanie wyobrazić zrobienie takiego filmu raz jeszcze?

MM: Jeśli chodzi o mnie, to nie. Nie w taki sposób. Ale po Barace mówiłem tak samo. W sumie odwiedziliśmy już 57 krajów. To wystarczająco dużo. Jestem bardzo ciekawy jak Ron odpowiedział na to pytanie.

RF: Chciałbym, na pewno. Nawet nie tylko raz, nawet kilka. Zawsze kręciłem niewerbalne filmy i nadal będę to robić. Mam nadzieję, że tym razem nie będzie aż tak długiej przerwy jak między Baraka a Samsarą.

"Samsara" wchodzi do kin 19 października 2012 roku. Dystrybutorem jest Hagi Film.