Śladem ostatnich niezbadanych plemion Indian [FRAGMENT KSIĄŻKI "Zaginione Plemię"]

Spotkać ostatnie niezbadane plemię Indian w amazońskiej dżungli to cel wyprawy, jaką opisuje Scott Wallace w "Zaginionym plemieniu". Autor, uczestnik ekspedycji i fotoreporter National Geographic, oferuje Czytelnikom barwną, pierwszoosobową relację z przygód po najdalszych zakątkach dzikiej Amazonii. 18 października w warszawskiej kawiarni Wrzenie Świata będzie miało miejsce jedyne w naszym kraju spotkanie z autorem powieści. Na polskim rynku książka ukaże się w środę (17.10). Już dziś publikujemy jej fragmenty.
Prolog

Nad ranem znaleźliśmy świeże ślady, odciski stóp w grząskim błocie, rozmiar czterdzieści dwa lub trzy, nie dalej niż sprzed kilku godzin. Kierowały się w tę samą stronę, co nasza kolumna, w głąb najdalszych ostępów dżungli amazońskiej.

Szliśmy gęsiego przez gęste listowie i grube niczym anakonda liany, które zwisały na długość ponad pięćdziesięciu metrów od koron drzew do poszycia dżungli. Gdzieś z wysoka dobiegało pohukiwanie i trajkotanie małp, przerywane czterodźwiękowym piskiem kryjącego się w koronach drzew bławatowca krzykliwego. Deptałem po piętach Sydneyowi Possuelowi, kierownikowi wyprawy.

- Jesteśmy prawdopodobnie jedynymi ludźmi, którzy kiedykolwiek tędy chodzili, my i Indianie - rzekł.

Mówiąc "Indianie", nie miał na myśli tych dwudziestu mężczyzn z trzech różnych plemion, którzy stanowili trzon naszego korpusu ekspedycyjnego, lecz raczej tajemniczych flecheiros, Plemię Strzały. Indios bravos. Dzikich Indian.

Dzień wcześniej nasi zwiadowcy dostrzegli dwóch nagich Indian w pobliżu rzeki, zawołali do nich, a potem przyglądali się, jak uciekają po prowizorycznym moście i znikają w lesie. Teraz mieliśmy przed sobą widoczne dowody paniki, jaka musiała się szerzyć w ich królestwie - były nimi nie tyle same ślady, ile wielkie odstępy między poszczególnymi z nich, sugerujące wydłużony krok biegnącego z pilną wiadomością.

Nie byliśmy w stanie przewidzieć, w jaki dokładnie sposób plemię zareaguje na naszą obecność. Niewiele mieli powodów, by dostrzec w nas coś innego niż wrogie zastępy intruzów. I słusznie, bo choć intencje mieliśmy jak najlepsze, wszelkie bezpośrednie kontakty z Plemieniem Strzały mogły się okazać katastrofalne. Plemię nie było odporne na zarazki, jakich byliśmy nosicielami. Żaden z nas nie był lekarzem i mieliśmy niewiele leków. Nam również groziło niebezpieczeństwo; otaczająca nas jak murem dżungla dawała małe szanse na ucieczkę, gdyby w powietrzu nagle zaczęły latać ich zanurzone w kurarze strzały.

A jednak kto z nas - o tak, nawet purysta Possuelo - nie marzył po cichu o "pierwszym kontakcie", o tym przełomowym dla historii momencie, gdy całkowicie i zupełnie obcy sobie ludzie z dwóch różnych światów stają naprzeciw siebie twarzą w twarz, spoglądają sobie w oczy i dostrzegają wspólne im człowieczeństwo? Tak właśnie lubiłem to sobie wyobrażać - uśmiechy, uściski dłoni, wymiana prezentów - napisana na nowo historia epokowych spotkań na Roanoke i w Tenochtitlán. Niepowtarzalne przeżycie, historia do przekazywania dzieciom i wnukom wpatrzonym w dziadka: "No, opowiedz nam o tym, jak napotkałeś dzikich Indian w dżungli!". Olśnilibyśmy świat obrazami dzikusów z epoki kamienia, wystąpilibyśmy w The Today Show, stalibyśmy się sławami wśród dziennikarzy. Może dostałbym umowę na książkę.

Possuelo stanął jak wryty. W poprzek ścieżki przed nami zwisało na pasemku kory świeżo zrąbane młode drzewko. Taka prowizoryczna brama nie zatrzymałaby nawet dziecka, a co dopiero naszą grupę - ponad trzydziestu dobrze uzbrojonych mężczyzn. Jednak przekazywała ona informację - i ostrzeżenie - które Possuelo natychmiast zrozumiał i uszanował. "To uniwersalny język w dżungli", szepnął. "Oznacza: «Zakaz wstępu. Nie idź dalej » ".

Zbliżaliśmy się do ich wioski. Każde spotkanie oznaczało gwałtowne i definitywne zakończenie liczącego tysiące lat sposobu życia, a byliśmy tu właśnie po to, by takiemu zakończeniu zapobiec.

Zlokalizowaliśmy kryjówkę Plemienia Strzały. Należało się wycofać, o ile nie było już na to za późno.

Fragment powieści "Zaginione plemię"

[...] Przedzieraliśmy się przez błotniste wąwozy i przełaziliśmy przez butwiejące, obrośnięte mchem kłody. Deszcz przestał padać, ale woda nadal zbierała się na dużych, mięsistych liściach nad naszymi głowami i bombardowała nas dużymi kroplami z bujnego listowia. Niebo ledwo było widać przez wysoki baldachim z koron drzew, ale światło przenikało w dół, zapowiadając przejaśnienie. Nasza "straż przednia" przecierała szlak, wycinając przejście w dżungli maczetami, ale kolumna rozciągała się krętą linią tak daleko w las, że w danej chwili w plamie jaskrawych zieleni i zgaszonych brązów widać było tylko jednego człowieka. Szedłem za Tepim Matisem i domyślałem się, że jestem gdzieś pośrodku formacji.

Nie spuszczałem oczu z Tepiego, a raczej z jego pleców i przeładowanego plecaka wystającego wysoko nad głowę. Chwilami znikał mi z oczu i wtedy przyspieszałem, żeby znowu mieć go w polu widzenia. Było tu zbyt strasznie, by choć na minutę zboczyć z trasy. Tepi miał metr sześćdziesiąt pięć wzrostu i ani odrobiny tłuszczu na ciele. Nie mógł ważyć więcej niż sześćdziesiąt kilogramów. Podobnie jak inni, dźwigał swój ładunek za pomocą tumpliny - liny z paskiem na czoło - jaką przygotował sobie z szerokiego paska kosmatej kory enviry. Zakładało się ją na górną część czoła i przyczepiało do rogów plecaka, przenosząc większość ciężaru na głowę i szyję. To proste urządzenie miało długą tradycję w Ameryce Południowej, gdzie przed podbojem nie znano dużych zwierząt jucznych, a karawany Inków, przekraczające Andy, funkcjonowały tylko dzięki lamom w roli zwierząt jucznych, ale i ludziom. Umieściwszy tumplinę z kory wygodnie na czubku głowy, Tepi dźwigał ciężar zbliżony do osiemdziesięciu procent swojej wagi. Jeszcze większe wrażenie robiło to, że zrezygnował z wydawanych przez FUNAI wysokich tropikalnych butów i tenisówek Kachute, bo rozczapierzone palce bosych stóp dawały mu lepszą przyczepność na śliskim podłożu.

W przeciągu dwóch godzin od opuszczenia łodzi wspięliśmy się na niewielką wyniosłość terenu i szliśmy wzdłuż łagodnie zakręcającej grani. Przez zasłonę z listowia po lewej dostrzegałem jakieś siedem lub dziesięć metrów poniżej srebrny pas szerokiego igarapé. Szedłem ślad w ślad za Tepim po wyniosłości równoległej do rzeki. Wkrótce wszyscy dogoniliśmy tych na przedzie. Ludzie rozciągnęli się na ziemi, padłszy prosto w bujne poszycie. Possuelo przechadzał się sztywnym krokiem pomiędzy rozrzuconymi kończynami mężczyzn jak Ahab z drewnianą nogą, kroczący po zasypanym szczątkami tylnym pokładzie. Nie mówił nic, a milczenie wydawało się pełne napięcia, jakby w następstwie ostrej wymiany zdań. [ ] Raimundo stał zwrócony twarzą do niego przy wysokim na mniej więcej ponad metr i prawie tak samo szerokim pniaku świeżo ściętego drzewa. Jego pierś falowała, a pot spływał mu po twarzy. Opierał się mocno na siekierze z długim styliskiem, zgrabnie powaliwszy dopiero co to drzewo, tak że jego korona wylądowała na drugim brzegu, dobre siedem metrów nad powierzchnią strumienia. Nicolas strzelił kilka zdjęć Rajmunda z gołą klatką, siekierą w dłoni, zwalonym drzewem i strumieniem za plecami.

- Od teraz, jeśli masz coś do powiedzenia, mówisz to mnie - wycedził Possuelo przez zaciśnięte zęby, dał krok i stanął przed Nicolasem. Raimundo stał bez ruchu, tylko wąskie czarne oczy biegały mu pod wystającym łukiem brwiowym. - A teraz ruszajmy! - zawołał Possuelo, odwracając się do mężczyzn rozsianych wzdłuż ścieżki.

- O co chodziło? - zapytałem Nicolasa.

- Nic takiego - wzruszył ramionami. - Rajmundo powiedział coś o tym, jaka to ciężka trasa, i Sydney się wkurzył.

Popatrzyłem na pień, który powalił Raimundo; do drugiego brzegu było ponad trzy metry.

- Przejdziemy przez rzekę po tym? - zapytałem Nicolasa, zniżając głos do szeptu. Nie chciałem, aby w ciszy, w której wciąż jeszcze dudnił pogłos tyrady Possuela, ktoś zobaczył we mnie - a raczej usłyszał - nieszczęsnego durnia.

- Ta - zachichotał Nicolas. - Jak Indiana Jones.

Poprzez mgiełkę gałęzi mogłem dostrzec Kwiniego Marubo, który przycupnął na pniu i maczetą zdzierał mech, po czym robił nacięcia na korze drzewa, żebyśmy mieli lepsze oparcie dla stóp. Drzewo w przekroju miało około metra, choć na jego zaokrąglonej powierzchni obszar, po którym można było przejść, był nie szerszy niż czterdzieści centymetrów. Chociaż Kwini nosił takie imię, był w rzeczywistości Matisem i najładniej udekorowanym Indianinem na wyprawie. Dawało się odczuć, że nawet tu w dżungli dokładał starań, żeby się odszykować. Nosił stale fragment muszli w otworze zrobionym w nosie oraz wąsy a la jaguar, które rozchodziły się na boki z jego nozdrzy; nikt z Matisów nie miał równie pięknie zadbanych wąsów; błyszczały z tak sugestywną witalnością, że wydawały się prawdziwe, jakby naprawdę był półkotem.

Czytaj część II

Spotkanie ze Scottem Wallacem odbędzie się 18 października o 19.00 w kawiarni Wrzenie Świata przy ulicy I. Gałczyńskiego 7 w Warszawie.