Hiszpania. Madryt. Święto transhumancji

Na ulicach trzymilionowej metropolii tysiące owiec, psy pasterskie, krowy i byki...
Madryt, ostatnia niedziela października. Kiedy wcześnie rano wychodzę z hotelu, ulice są puste, miasto śpi po szaleństwach sobotniej nocy. Zmierzam na Rastro, targ pod gołym niebem w dzielnicy Latina, który odbywa się w każdą niedzielę od pięciuset lat. Zawsze zwiedzam targi, poszukując wśród kramów duszy i charakteru miast. Zostają w pamięci jako kolorowe, hałaśliwe obrazy, czasem pełne chaosu, jak rzymski Porta Portese, czasem niebezpieczne, jak targi w Neapolu będące nierzadko świadkami strzelaniny i areną porachunków mafijnych.

Na Rastro przechadzam się wśród budek (ok. 3,5 tys.!) ze starymi meblami, wachlarzami, kastanietami i wyrobami etnicznymi. Przystaję na chwilę przed maskami przeciwgazowymi zdziwiona ich obecnością. "Rastro" to po hiszpańsku "ślad" - dawniej w tej dzielnicy były rzeźnie, a zabijane zwierzęta zostawiały podczas transportu ścieżkę krwi na ulicach.

Dziś tu spokojniej i mniej krwawo. Sercem targu jest Plaza de Cascorro z pomnikiem Eloya Gonzalo, hiszpańskiego bohatera z okresu wojny o niepodległość Kuby. Pedro Almodóvar wybrał Rastro jako scenerię "Labiryntu namiętności", jednego ze swoich pierwszych filmów.

Zwiedzanie targu pobudza apetyt, wstępuję do kawiarni San Gines na hiszpańskie śniadanie - churros z gorącą czekoladą. Przechadzając się ulicami, docieram do placu Casa de la Villa z XVII-wiecznym ratuszem (niedawno władze miasta przeniosły się stąd do Palacio de Comunicaciones). Ozdobiony balkonami i stylowymi drzwiami robi przyjazne wrażenie, ale kiedyś służył również za więzienie. W górującej nad placem wieży Lujanes wybudowanej przez Maurów więziono króla Francji Franciszka I pojmanego przez cesarza Karola V w bitwie pod Pawią. Upajam się słońcem ogrzewającym Calle Mayor i ciszą.

***

W głośnym zwykle centrum jest dziwnie cicho. Po chwili dociera do mnie, że od rana nie widziałam żadnego samochodu (wcale mi ich nie brakuje). Ale to tylko pozorny spokój. Od strony katedry Almudena sławnej m.in. z tego, że budowano ją ponad sto lat, pierwszej katedry konsekrowanej przez papieża Jana Pawła II poza obszarem Rzymu, zaczynają dobiegać odgłosy piszczałek, bębnów, kastanietów. Na Calle Mayor wkracza pochód pasterzy, którzy przywieźli swoje bydło do stolicy. Owce, krowy i jeźdźcy na koniach panują w to niedzielne przedpołudnie na ulicach Madrytu, wypierając z nich samochody. Rozpoczęło się święto transhumancji celebrowane tutaj po raz osiemnasty.

Przyjechali z daleka, poganiając owce i bydło jak ich dziadkowie i pradziadkowie. Od wieków przed zimą opuszczają pastwiska wysokogórskie i schodzą ze zwierzętami niżej, gdy w górach zaczyna padać śnieg. W Hiszpanii to przeganianie bydła z wysoko położonych pastwisk letnich przebiega z północy (Kantabria, La Rioja) na południe, na tereny nizinne w Kastylii i Estremadurze. Święto transhumancji poświęcone jest naturalnym cyklom respektowanym przez hodowców trzody. Jego uczestnicy corocznie przypominają, że w Hiszpanii istnieje dziesięć wielkich szlaków transhumancji, o długości ponad 120 tys. km.

Ich obecność w Madrycie jest nieprzypadkowa, przez miasto również przepędzano zwierzęta. Pasterze domagają się potwierdzenia ich praw do tzw. canadas, czyli dróg przepędzania bydła i utrzymania ich w dobrym stanie. Ta parada to coś znacznie więcej. Ubrani w regionalne stroje, ze sztandarami swoich regionów, przypominają o tradycjach pasterskich.

Przyjechali już w piątek i rozłożyli się w Casa de Campo, na peryferiach miasta, na terenach goszczących park rozrywki i zoo. Tam bawili się, tańczyli i śpiewali, prezentując lokalny folklor. Odżywa dawna tradycja tworzenia długich historii pisanych wierszem, które recytują podczas oczekiwania na niedzielną paradę.

Całe rodziny kroczą dumnie Calle Mayor w kolorowym orszaku. Kobiety w kolorowych chustach, mężczyźni w beretach lub kapeluszach. Już nie jest cicho. Grają na bębenkach, piszczałkach i kastanietach. Zachwiał się młody Hiszpan, niosący sztandar - nic dziwnego, niektóre ważą kilkadziesiąt kilogramów. Tłum obserwatorów zamarł. Podbiegli koledzy, by po chwili razem trzymać drzewce i kontynuować marsz. Nadjeżdżają konni, niektórzy sprawiają wrażenie, jakby urodzili się w siodle. Wspaniale prowadzą konie dzieci. Kiedy pochód przystaje, zwierzęta stają się niespokojne. Obserwuję z lekką obawą (stoimy bardzo blisko), jak jeździec radzi sobie z bułanym, który stanął dęba. Kiedy koń karnie dołącza do szeregu innych, obawa szybko przeradza się w podziw dla dżokeja.

***

Niedzielna parada odbywa się dla uczczenia umowy zawartej w 1418 r. pomiędzy Stowarzyszeniem Pasterzy "Mesta" skupiającym właścicieli owiec, a przedstawicielami rady miejskiej stolicy. "Mesta" organizowała przepędzanie bydła, ustalała trasy i opłaty. Uzgodniono, że pasterze muszą zapłacić 160 maravedies (moneta średniowieczna) za przejście owiec przez miasto. Płacą jego władzom i dziś - później ratusz zwraca im stare monety, aby za rok mieli czym zapłacić.

Organizatorzy imprezy podkreślają, jak ważne jest, by w hodowli owiec następowała zmiana warty, wymiana pokoleń, po to żeby pasterstwo trwało. Ich obawy nie są bezpodstawne. W ciągu ostatniej dekady pogłowie owiec w Hiszpanii zmalało o 25 proc. W dobrych czasach liczyło ponad 20 mln, teraz mniej niż 19. Powodów spadku jest wiele, m.in. rosnący import baraniny z Ameryki Południowej, nieopłacalność produkcji, odpływ młodych do miast.

Patrzę na młodzieńców na koniach, nastolatki i dzieci idące w paradzie. Są zadowoleni i dumni, że tutaj są, i z tego, kim są. Jestem spokojna o przyszłość hiszpańskiej transhumancji. ,,Viva Kantabria e los cantabros!" - krzyczą jeźdźcy. Dołączam się: ,,Niech żyją, niech żyją!".

Niektórzy przyjechali w dwukołowych wozach, ale większość pieszo pokonała ponad 400 km. Doceniam trud pasterzy, gdy patrzę na ich buty - drewniane, toporne konstrukcje z drewna.

Nieliczne byki przeszły trasę pochodu dostojnie i spokojnie, konie dały się obłaskawić. Najbardziej niepokorne, przestraszone i zagubione okazały się najmniejsze bohaterki spektaklu transhumancji - ponad 3 tys. owiec. Gdy stada mijają miejsce, w którym stoję, następuje poruszenie, zamieszanie i wszystkie owce nagle zmieniają kierunek marszu. Chcą wracać. Meczą przeciągle. Pasterze używają kijów, do akcji wkraczają psy i po chwili, niczym pokorne owieczki, idą tam, gdzie wszyscy.

Na placu Puerta del Sol, który jest ich przystankiem, ludzie śpiewają i tańczą. Chce im się, nie wyglądają na Oburzonych. A ruch o tej nazwie powstał właśnie w tym miejscu, na placu z niedźwiedziem wspinającym się na drzewo poziomkowe, gdzie w maju zaczęli protestować młodzi Hiszpanie w miasteczku namiotowym. Rozczarowani, bezradni, oburzeni - nie bez powodu. W grupie młodych do 25 roku życia bezrobocie sięga 40 proc.

***

Zostawiam pasterzy i ich zwierzęta na Puerta del Sol. Wracam wzdłuż Calle Mayor w kierunku Palacio Real. Na ulicę wjeżdżają zamiatarki, sprawnie usuwając "pachnące" ślady transhumancji.

Wieczorem oglądam spektakl flamenco w jednym z klubów. Gdy się kończy, siedzę oczarowana. Mimo tylu wrażeń nie jestem zmęczona, chciałabym jeszcze."Dobrego nigdy za wiele" - jak mówił Miguel de Cervantes.

Artykuł pochodzi z "Gazeta Turystyka", sobotniego dodatku do Gazety Wyborczej