Kambodża. Kolory i smaki Kambodży

W Battambangu jest tak świetna kuchnia, że przyjeżdża się tu na kursy gotowania
Sam dojazd do Battambangu był niezwykły. W Poipet, mieście przy granicy z Tajlandią, utknęłam w błotnej kałuży, ochlapałam się od stóp do głowy, a potem myłam się w przydworcowej toalecie na oczach całego miasteczka. Autobusy do Battambangu odjeżdżają tylko rano, a było już wczesne popołudnie, więc pojechałam taksówką z sześcioma współpasażerami i kierowcą - 114 km pokonaliśmy w cztery godziny, bo droga była podziurawiona niczym ementaler.

Kambodża. Khmerskie jedzenie

Na miejsce dojechaliśmy późnym popołudniem. Ulice w centrum były puste, tylko wiatr niósł kurz. Czułam się jak na Dzikim Zachodzie, Wschodzie? Niska zabudowa, utwardzane drogi, przy ulicy jeden hotel. W recepcji obsługa drzemała pod wielkim, leniwie kręcącym się wiatrakiem.

Trudno uwierzyć, że to drugie co do wielkości miasto Kambodży z 250 tys. mieszkańców. Kiedyś należało do wielkiego khmerskiego imperium Angkor, a ludzie chętnie się tu osiedlali, bo ziemia w tej okolicy była najżyźniejsza. Z tego okresu (XI w.) pochodzą liczne świątynie naokoło miasta. Phnom Banan na 400-metrowym wzgórzu z widokiem na palmy i pola ryżowe ciągle jest używana jako buddyjska świątynia (widać podobieństwo stylu z Angkor, tylko skala mniejsza). Wat Ek Phnom (też a la angorska) w ruinie, ale naprzeciwko niedawno wybudowano świątynię w krzyczących kolorach. Ba Set leży nad nigdy niewysychającym stawem, a w Wat Baydamram mnisi opiekują się kolonią nietoperzy owocożernych (Megachiroptera ), które nazywają owocowymi.

Battambang ożywa przed południem i wieczorami. Mieszkańcy krążą po targu, kupują świeże ryby, miąższ kokosa, powykręcane fasolki. Albo idą do parku nad rzeką Sangker, gdzie na wielkim długim trawniku można piknikować lub dołączyć do ćwiczących układy taneczne (a może gimnastykujących się?) grupek.

W Battambangu niewiele jest do zobaczenia. Ale atmosfera miasta ma w sobie trochę magii: francuskie domeczki, targ - centrum życia, leniwa rzeka, wielkie ronda z mitycznymi figurami na pomnikach. Najważniejszy jest czarny król Kranhoung z laską w ręku - czarny, bo podobno wojownicy nacierali się specjalnym płynem, który odstraszał strzały, a skórę barwił na ciemny kolor; z laską, bo rzucając nią w swojej obronie, minął się z celem - prawowitym władcą - i stworzył rzekę, nad którą leży Battambang. Poza tym to dobra baza do dziennych wycieczek. No i najważniejsze - w Battambangu jest świetna kuchnia.

Przyjeżdża się tu specjalnie na kursy, żeby choć kawałek Kambodży móc odtworzyć w domu. Ja też głównie po to tu przyjechałam. Zaraz po wynajęciu pokoju poszliśmy do White Rose, spróbować tak zachwalanego khmerskiego jedzenia. Daniem narodowym Kambodży jest amok, czyli ryba, kurczak albo tofu gotowane tak długo na woku w mleku kokosowym z przyprawami, aż mleko wyparuje i zostawi pyszną kokosową słodko-ostrą otoczkę na mięsie albo tofu. Potrawa nazywa się amok, a po jej spróbowaniu naprawdę można wpaść w amok i nie móc przestać jeść.

Kambodża. Bambusowy pociąg

W Battambangu zachwalają bambusowy pociąg i świątynię Phnom Sampeou. Hotele oferują wycieczki, zazwyczaj na tylnym siedzeniu motoru - najszybszy i najwygodniejszy sposób poruszania się po tutejszych drogach. My wynajęliśmy skuter i ruszyliśmy przed siebie czerwoną drogą wśród płaskich, zielonych równin.

Bambusowy pociąg to chyba najciekawsza atrakcja w okolicy (przejażdżka 5 dol. za osobę przy minimum dwóch osobach). Pomiędzy Battambangiem a Phnom Penh (stolicą Kambodży) Francuzi zbudowali linię kolejową, po której do niedawna jeździł pociąg z prędkością 17 km na godzinę, bo tak zły jest stan torów. Podróż w jedną stronę trwała 14 godzin (autobus jedzie pięć). Jednego dnia pociąg wyjeżdżał, drugiego wracał. W międzyczasie tory stały puste, więc Khmerzy postanowili je zaadaptować i wymyślili bambusowe pociągi. Są to platformy na dwóch zestawach metalowych kół połączonych ośką, napędzane silniczkami do kosiarek do trawy. Przewożą nimi towary między wioskami albo wożą turystów na 20-minutowe wycieczki. Zdarza się, że trzeba ustąpić miejsca bambusowemu pociągowi z naprzeciwka - ustępuje ten, który ma mniej towarów. Pociągi rozkłada się w kilka minut, stawia z boku torów i przepuszcza Khmerów z naprzeciwka obładowanych workami warzyw, skuterami, meblami, czasem turystami. Jedzie się z prędkością 30, 40, a nawet 50 km na godzinę po zdezelowanych torach w tunelu z zielonych krzaków. Kiedy rząd skończy naprawiać tory (może już w tym roku, może za rok), skończy się bambusowy pociąg.

Świątynia Phnom Sampeou to miejsce pamięci. Stoi na górze poprzecinanej jaskiniami, wyrastającej znienacka z płaskiego terenu. Do tych jaskiń Czerwoni Khmerzy strącili ok. tysiąca przeciwników reżimu. Rozłupywali im czaszki i wrzucali na dno albo dźgali nożami i pchali w otchłań. W latach 1975-79 nie miało znaczenia, kim jesteś - szybko okazało się, że wrogiem jest każdy. Zginęły prawie 2 z 7 milionów mieszkańców.

Po 1979 r. w Battambangu przez pewien czas ukrywali się Czerwoni Khmerzy, prowadząc stąd partyzancką walkę z nowym rządem. Dlatego prowincja Battambang jest jedną z najgęściej zaminowanych w całej Azji Południowej. Battambang, nazywany miską ryżu Kambodży, stał się miejscem, gdzie uprawianie roli może kosztować życie.

***

Po świątyni biegają małpy zmoczone przez deszcz (kiedy zaczęliśmy wspinać się na górę, spadła ściana wody). W jednej ze stup siedzi (mieszka?) sadhu z wielkim dredem (po hindusku dźata). Z brzegu zbocza strome schody prowadzą w dół do jaskini w połowie otwartej na niebo i słońce. Góruje w niej kilkumetrowa postać boga z czterema rękoma, a w najciemniejszym kącie jest wejście do wąskiej pieczary. W środku palą się świece i leżą płatki kwiatów.

Jaskinie, do których strącano Khmerów (nazywane "the killing caves"), mieszczą się po drugiej stronie góry. Błądzimy po splątanych ścieżkach, nikt nie jest w stanie pokazać nam drogi (niewiele osób mówi po angielsku, z przewodnika zrezygnowaliśmy). Ale trafiamy na parę młodych Khmerów, którzy też szukają jaskiń.

Lin i Narith mieszkają w Siem Reap (miasto przy Angkor Wat) i przyjechali odwiedzić rodziców Lin. Dziewczyna pracuje w sklepie z pamiątkami, obsługując niekończący się sznur turystów. Dużo mówi o przeszłości i o tym, jak jest teraz, i choć wybory są demokratyczne, to i tak jej zdaniem nic się w kraju nie zmieni, bo władza nie dba o ludzi, tylko o swoją wygodę. Milknie, kiedy znajdujemy jaskinię. Da się do niej zejść na dół. W szklanej gablocie leży stos bezimiennych czaszek i kości. Lin zapala kadzidło. W ciszy wracamy na parking.

Deszcz zamienił drogę w błotnistą maź, jedziemy ostrożnie po śladach motoru Lin, wystawiając nogi, żeby w razie czego podeprzeć skuter. Przed wjazdem do miasta stoi dom rodziców Lin. Zaprasza nas do środka. Zbutwiały płot, niewielkie podwórko - klepisko, drewniany domek na betonowych słupach chroniących dom przed zalaniem w porze deszczowej. Na dole ojciec Lin ma warsztat, na górze mieszkają, w dwóch pokojach skleconych z desek. Czujemy się jak intruzi. Po takim dniu nie mamy ochoty na nic więcej. Żadnych amoków. Idziemy spać.

Na koniec zostawiamy sobie szkołę gotowania. Lekcja zaczyna się rano, oprócz nas jest sześć innych osób - para z Izraela w rocznej podróży dookoła świata, chłopak ze Stanów, który przyjechał do Kambodży na trzy tygodnie, Australijka, która uczyła angielskiego w Chinach i teraz jeździ po Azji, i starsze małżeństwo z Niemiec.

Vannak ze Smokin' Pot zabiera nas na targ. Pokazuje, jak wybierać małe bakłażany (tutaj są jasnozielone), na kilogramy kupuje miąższ kokosa, który po zmieszaniu z wodą zamieni się w mleko kokosowe, uczy nas nazw różnych zielonych łodyg, każe wąchać, próbować, dotykać. Obładowani zakupami wracamy do knajpki, przed którą ustawiono długi stół. Nasz mistrz pokazuje, jak i co mamy kroić, śledzimy każdy jego ruch. Ubijamy w moździerzach egzotyczne przyprawy, potem w kuchni błyskawicznie zamieniamy je na gorące dania. Na koniec czeka nas przygotowana samodzielnie uczta. Oczywiście amok.

***

Skoro drogi są tak podziurawione, do Siem Reap płyniemy statkiem. Wstajemy rano, z wózka na ulicy kupujemy świeże bagietki - to chyba jedyna rzecz, za którą Khmerzy mogą być wdzięczni Francuzom (w sąsiedniej Tajlandii królują gumiaste tosty), i wsiadamy na stateczek. Z blaszanego dachu - póki się nie nagrzeje - oglądamy, jak rzeka powoli zmienia się w jezioro.

Mijamy pływające wioski. W jednej z nich zatrzymujemy się na krótki postój. Chatka stoi na palach, woda obija się o jej ściany. W środku lodóweczka coca-coli, zdjęcie króla w girlandzie kwiatów i zdjęcia rodzinne ze ślubów. Pomostami można przejść do toalety - drewnianej budki z dziurą w podłodze.

W mniejszych wioskach podpływają do nas niewielkie czółna i zabierają worki warzyw, wcześniej zamówione u kapitana. Po kilku godzinach wpływamy w porośnięte trawą mokradła. Siem Reap i Angkor już niedaleko. W tym najbardziej turystycznym mieście Kambodży będzie nam brakowało ciszy i kurzu pokrywającego francuskie domy Battambangu.

Warto wiedzieć

Wiza. Ambasada Kambodży w Polsce została zamknięta pod koniec 2008 r., najbliższa placówka jest w Berlinie. Wizę bez problemu dostaniemy na lotnisku albo na lądowym przejściu granicznym - 20 dol.

Dojazd. Bilet lotniczy z Warszawy do Phnom Penh - ponad 3 tys. zł; do Bangkoku - bilet w promocji od 1800 zł, potem lokalnymi liniami do Phnom Penh - ok. 400 zł albo autobusami do granicy - 15-20 zł i taksówkami od granicy - dzielona kilka dolarów, prywatna ok. 25 dol.

Kiedy jechać? Średnie temperatury nie schodzą poniżej 20 stopni C. Najcieplej jest od marca do maja, w czerwcu zaczyna się pora deszczowa, z największymi opadami w sierpniu i we wrześniu. W tym czasie trudniej jeździć na motorze, ale łatwiej przemieszczać się łódką z Battambangu do Siem Reap - w porze suchej przeprawa może zająć kilkanaście godzin zamiast sześciu-ośmiu.

Czas. W zimie jest sześć godz. różnicy; od końca marca do końca października pięć - Kambodża nie przestawia się na czas letni.

Pieniądze. 1000 kambodżańskich rieli = 83 gr, można też płacić w dolarach - 1 dol. = 4000 rieli.

Gdzie spać. Hoteli i hosteli w Battambangu jest sporo, nie trzeba wcześniej rezerwować. Standardowa cena za dwójkę (łazienka, podwójne łóżko, telewizor i wiatrak) - 5 dol., pokój z klimatyzacją - 10. Ostatnio popularny jest hotel Au Cabaret Vert (kilka bungalowów nad basenem) prowadzony przez francusko-khmerską parę, promuje ekoturystkę, organizuje wycieczki po okolicy, nocleg ze śniadaniem - od 50 dol.

Gdzie jeść. Wszędzie (wózki na ulicy, knajpki), na pewno w White Rose, gdzie oprócz pysznego amoku serwują niewiarygodne owocowe shaki. Warto pójść do obydwu restauracji proponujących kursy gotowania - Smokin' Pot i Nary Kitchen - i sprawdzić, gdzie jest smaczniej, przed podjęciem decyzji o kursie. Wieczorem na drinka najlepiej udać się do Riverside Balcony Bar - drewnianego domu z wielką werandą.

Kursy gotowania. Smokin' Pot - szkoła w dzień, restauracja wieczorem, mieści się w centrum na jednej z bocznych uliczek odchodzących od ulicy nr 1 (tak się nazywają te biegnące wzdłuż rzeki) - 8 dol., w tym zakupy na targu, tel. 012 821 400; kurs w Nary Kitchen (naprzeciwko Holiday Gesthouse) - 8 dol., tel.+ 855 12 763 950.

Artykuł pochodzi z "Gazeta Turystyka", sobotniego dodatku do Gazety Wyborczej