Szwajcaria na rowerze. Z biegiem Renu

W ciągu siedmiu dni pokonaliśmy 435 km i zobaczyliśmy cały szwajcarski odcinek Renu
To był wyjazd z prądem i pod prąd. Z prądem, bo trasa naszej tygodniowej wyprawy wiodła w dół rzeki - od źródeł Renu aż do Bazylei. Pod prąd, bo szybujący kurs franka odstręczał od spędzenia urlopu w Szwajcarii. My jednak lubimy nietypowe pomysły, a wyjazd rowerowy z założenia nie musi być bardzo kosztowny.

***

Pakujemy sakwy, mocujemy do rowerów (samochody zostały u znajomych na przedmieściach Bazylei) i jedziemy na dworzec kolejowy. Trzema idealnie zsynchronizowanymi pociągami dostaniemy się do przełęczy Oberalppass (2044 m n.p.m.) w Alpach Szwajcarskich. Ren wypływa z położonego nieco wyżej jeziorka Toma.

Kiedy w okienku prosimy o bilety na przejazd osób i rowerów, pada pytanie, czy mamy osprzęt zimowy. W lipcu? - śmiejemy się, ale czujemy rosnący niepokój. A jeśli na przełęczy czekają nas śniegi, lody i zadymka? Po czterech godzinach w pociągach i dwóch przesiadkach już wszystko wiemy.

Szwajcaria na rowerze

Oberalppass wita naszą czwórkę przenikliwym chłodem. Jest powyżej zera, ale chyba niewiele. W powietrzu wirują pojedyncze płatki śniegu, jednak asfalt czarny. Ufff! Trzeba tylko ubrać się na cebulkę i można ruszać. Tutaj startuje szwajcarska trasa rowerowa nr 2 Rhein-Route, są tabliczki i drogowskazy, więc łatwo się zorientować. Na początku wymaga dużego skupienia, bo jedziemy po zwykłej drodze, czasem mija nas samochód. Kask absolutnie konieczny - nie tylko chroni, ale i ogrzewa głowę. Przydają się rękawiczki, bo ręce grabieją na zjazdach (Kasia zapomniała zabrać, więc zakłada na dłonie... skarpety).

Serpentyny są malownicze, ale z poziomu siodełka mam wrażenie balansowania nad krawędzią urwiska. Przez pierwsze 9 km w ogóle nie pedałujemy, pracują tylko palce rąk, wyłącznie hamując. Dziś przejechaliśmy tylko 20 km, ale obniżyliśmy się w pionie o dobre 900 m. Nocleg w hostelu Cucagna w Disentis.

***

Nazajutrz profil trasy przypomina sinusoidę - owszem, trend silnie spadkowy, ale wspinaczki też sporo. Czasem ścieżka rowerowa oddala się od rzeki, prowadząc przez urocze miasteczka. Jest ciekawie, widokowo, dobrze, że nie ma upału. I tak szlak wyciska z nas siódme poty. Czasem jedziemy tuż przy samym Renie, który płynie silnym, rwącym strumieniem. Kolor wody typowo górski - szarozielonkawy i naturalnie mętny.

Pod koniec dnia - Chur (564 m n.p.m.), stolica Gryzonii, pierwsza większa miejscowość na naszej trasie. I jedno z najstarszych miast Szwajcarii - ponad 5 tys. lat nieprzerwanego osadnictwa. Nocujemy znów w młodzieżowym hostelu, bardzo schludnym, w samym centrum. Starówka jest tak ładna, że zwiedzamy ją i wieczorem, i rano. Rozrzucona na pagórkach, wymaga wędrowania w górę i w dół, ale co za widoki Alp! Niektóre szczyty nad miasteczkiem są wyższe niż Tatry.

Pedałujemy dalej. Zaczynają się winnice, więc najwidoczniej zjechaliśmy w strefę przyjaznego klimatu i miłej temperatury. Dolina stopniowo się rozszerza, a Ren potężnieje. Na wysokości Liechtensteinu przejeżdżamy mostem na prawy brzeg i bez żadnych formalności wjeżdżamy do księstwa (kontroli granicznej nie ma już od 90 lat).

Prowadzimy grzecznie rowery po głównym deptaku Vaduz. Wkrótce znajdujemy miłą restaurację ze stolikami na zewnątrz. Urzeka nas sklepik sprzedający tylko czekoladę. Wielkie nierówne tafle na wagę o najróżniejszych smakach wywołują oczopląs. Istny raj dla łasuchów! Sprzedawczyni odłamuje wskazane przez nas kawałki, a my rozszarpujemy je od razu pod sklepem - nie jadłem lepszej czekolady. Naprawdę tak pyszna czy to zmęczeni rowerzyści mają wyostrzony smak?

Wracamy na lewą stronę rzeki i kończymy etap w miejscowości Buchs (447 m n.p.m.). To jedyny nocleg, który musimy załatwić na miejscu (pozostałe rezerwowaliśmy via internet). Tymczasem dają znać o sobie prawa Murphy'ego: wszystko zajęte! Po wielu telefonach znajdujemy locum w nowiutkim hotelu, do którego wchodzi się przez... centrum handlowe.

***

Ranek zaczynamy od śniadania w cukierni - kawa i pyszne słodkie bułeczki wprawiają nas w doskonały nastrój. Trasa prowadzi wałami nadrzecznymi lub u ich podnóża. Wkrótce na prawym brzegu zmiana sąsiedztwa - kończy się Liechtenstein, zaczyna Austria. Dojeżdżamy do delty Renu. Rzeka zwalnia, rozgałęzia się i wpada do Jeziora Bodeńskiego. Zupełnie inny staje się też krajobraz, miejscami przypomina nasze Żuławy. Nad jeziorem fundujemy sobie zupę rybną i lody. Po godzinie jazdy wzdłuż południowych brzegów jeziora docieramy pod koniec dnia do kurortu Rorschach (399 m n.p.m.).

Zostawiamy rowery w hotelu Rössli (znowu w centrum) i mobilizujemy się do małego spaceru deptakiem nad wodą. Na kolację trafiamy do typowo włoskiej knajpki. Właściciel Włoch z dumą przedstawia nam wnuki - dzieci jego córki, która wyszła za Polaka. Mówią trochę po polsku i nawet były w Polsce kilka razy. Dopytujemy się, co widziały - okazuje się, że... Ełk. Włoch, zachwycony wizytą Polaków, nie żałuje wina (na koszt firmy, rzecz jasna).

***

Kolejnego dnia prawie nie ma rzeki, bo niemal cały dzień jedziemy wzdłuż Jeziora Bodeńskiego. Zachwycająco czysta woda - po prostu kryształ. Aż trudno uwierzyć, gdy zdamy sobie sprawę, że jest pięciokrotnie większe od Śniardw, a nad jego brzegami leży wiele miast Szwajcarii, Niemiec i Austrii. Mijamy sady i winnice, wokół sporo letnich posiadłości i niskiej architektury jednorodzinnej. Osiedla ładnie wkomponowane w krajobraz.

Po kilku godzinach pedałowania (wreszcie bez podjazdów!) docieramy do ujścia Renu. Na lewym brzegu leży szwajcarskie Kreuzlingen, a zaraz na prawym - niemieckie Konstanz (Konstancja). Obiad nie pozostawia złudzeń, że jesteśmy w Niemczech: wielkie porcje i ceny w euro (od razu wydaje nam się tanio). Posileni, możemy zwiedzić miasto. Rowery przypinamy gdzieś (bez strachu) i wędrujemy po starówce. Nie odmawiamy sobie wspinaczki na wieżę katedry NMP, skąd doskonale widać miasto, port i jezioro.

Wracamy do Szwajcarii i jedziemy dalej na zachód. Późnym popołudniem docieramy do niewielkiego Stein am Rhein. To doskonale zachowane średniowieczne miasteczko, perełka architektury. Uliczkami starego miasta można poruszać się wyłącznie pieszo. Podziwiamy głównie kolorowe freski na kamieniczkach. Mamy w nogach już ponad 75 km, więc nasze żony wsiadają z rowerami na statek - ostatni dziś odcinek do Schaffhausen (392 m n.p.m.) pokonają środkiem Renu. My z kolegą jedziemy rowerami do końca, i nawet wygrywamy ze statkiem na 17-kilometrowym odcinku.

Schronisko młodzieżowe znajduje się wysoko nad miastem. Padamy z nóg, ale musimy jeszcze wykrzesać siły, by się tam wspiąć. W nocy leje deszcz, na szczęście rano wraca pogoda.

***

Dzień zaczynamy od podziwiania wodospadu Rheinfall. Jego wysokość nie jest oszałamiająca (23 m), ale ilość wody, którą Ren przelewa przez skalne progi, czyni zeń najpotężniejszy wodospad Europy. Poniżej Ren rośnie w siłę, więc towarzyszy nam coraz szersza rzeka.

Kolejny etap kończymy w Laufenburgu (318 m n.p.m.). Tak się szczęśliwie składa, że tym razem nasza kwatera jest przy samej ścieżce rowerowej. Co za radość! Bez kluczenia, poszukiwań i dodatkowych kilometrów. Miejsce okazuje się dość wyjątkowe - gustowne pokoje w domu rodziny szwajcarsko-sycylijskiej (www.olioleonforte.ch). Małżeństwo dzieli swój czas między dom w Szwajcarii i plantację oliwek na Sycylii. Produkują tam przepyszną oliwę (buteleczkę dostają tu wszyscy goście). Szkoda, że - jak wszędzie - zostajemy tylko na jedną noc.

Laufenburg to kolejne miasteczko przedzielone rzeką na pół: śpimy w części szwajcarskiej, kolację jemy po stronie niemieckiej. Grecka restauracja ulokowała się w samym zakolu rzeki. Nie możemy się zdecydować, czy bardziej zachwyca nas widok na Ren, czy jedzenie...

***

Ostatniego dnia ruszamy w kierunku Bazylei. Po drodze fundujemy sobie długą wizytę w kompleksie basenów w Rheinfelden. Wody gorące i lodowate, aromatyczne sauny i sztuczne wodospady - doskonale wpływają na zmęczone mięśnie. Jest nawet słony basen z podwodną muzyką, w którym należy zanurzyć się wraz z uszami, i można "odpłynąć".

Wyprawę kończymy w Muttenz (275 m n.p.m.), na przedmieściach Bazylei, gdzie czekają nasze samochody.

W ciągu siedmiu dni pokonaliśmy 435 km i zobaczyliśmy cały szwajcarski odcinek Renu. Przewodnik rowerowy "Veloland Schweiz" otworzył nam oczy na kolejne możliwości. Cały kraj przecina gęsta siatka ścieżek rowerowych - dziewięć z nich to kilkusetkilometrowe znakowane trasy, z których każda nadaje się na podobną eskapadę. Ambitniejsi mogą odwrócić kierunek i planować wyprawy pod górę. Uprzedzam jednak, że Szwajcarzy nie uznają tego za żaden szczególny wyczyn...

Obowiązuje winieta na rowery (Velovignette) - roczna 7 franków, ale prawdopodobnie od 2012 r. zostanie zniesiona. Noclegi od 35 franków (pokój 4-osobowy w schronisku młodzieżowym, ze śniadaniem) do 60 (dwójka w szwajcarsko-sycylijskim pensjonacie, ze śniadaniem) za osobę. Przejazd koleją z Bazylei do Oberalppass - 87 franków (pasażer + rower)

www.veloland.ch - trasy rowerowe

Artykuł pochodzi z "Gazeta Turystyka", sobotniego dodatku do Gazety Wyborczej