Indonezja. Tana Toradża na Celebesie

Pogrzeby to najważniejsze wydarzenia w życiu Toradżów
Po dziesięciu godzinach jazdy krętymi drogami za mokrą szybą autobusu zaczynają migotać pierwsze światełka. To Rantepao - serce krainy ludu Toradża na Celebesie (inna nazwa Sulawesi). Pada, więc czmychamy do najbliższego hotelu Pia's Poppies (77 tys. rupii/os.). Na powitanie obsługa przekazuje nam dobrą wiadomość - pojutrze w wiosce Tallunglipu zacznie się pogrzeb. Brzmi niestosownie? Nie tutaj. Dla Toradżów to jest dobra wiadomość, my zaś cieszymy się podwójnie - pogrzeby wyprawia się zazwyczaj po żniwach, między lipcem a wrześniem, a dziś jest 30 kwietnia. Mamy szczęście!

Do regionu Tana Toradża przyjeżdża się głównie dla niezwykłych pochówków. Fama o nich poszła w świat w latach 70. XX w., gdy region otwarto dla turystów i antropologów. Było to zamierzone posunięcie władz Indonezji, które postanowiły uczynić zeń "destynację". I udało się - w "sezonie pogrzebowym" Tana Toradża pęka w szwach.

***

Rankiem w hotelowej restauracji, pałaszując ryż na mleku kokosowym, poznajemy przewodnika Gibsona Dangngę. Całodzienna wycieczka wraz z pogrzebem kosztuje u niego 680 tys. rupii. Dobijamy targu i umawiamy się na jutro rano. 45-tysięczne Rantepao jest dość szpetnym miastem, ale nie ma wygodniejszej bazy wypadowej do okolicznych wsi. Koło południa łapiemy busik, tzw. bemo, do Nanggali. Gdy dojeżdżamy, zaczyna padać (tak będzie codziennie - słońce tylko do południa, potem deszcz aż do wieczora).

Z tradycyjną architekturą Toradżów zetknęłyśmy się już w Rantepao, ale były to pojedyncze budowle wciśnięte między betonowe klocki. A wieś otoczona zielonymi pastwiskami, polami ryżowymi i bambusowymi zagajnikami to zupełnie inna bajka!

Z daleka domy Nanggali wyglądają jak zawieszone w powietrzu siodła, skrzydła ptaków zrywających się do lotu albo dryfujące wśród drzew łodzie. A są to tylko dachy! Wedle jednej z hipotez ich kształt nawiązuje do pierwotnej profesji Toradżów - żeglarzy i budowniczych łodzi. Konstrukcja jest drewniana, a pokrycie z cienkich łodyg bambusa lub z blachy falistej. Przód dachu wspiera się na masywnym, pięknie rzeźbionym filarze.

"Skrzydlate" domy zwane tongkonanami stawia się w rzędzie, zwrócone fasadami ku północy, która w kosmogonii Toradżów związana jest z życiem i stwórcą wszechświata Puangiem Matuą. Naprzeciw - rząd spichlerzy na ryż (alang ) o podobnej konstrukcji, zorientowanych na południe, ku zaświatom Puya zamieszkanym przez duchy antenatów.

Wnętrze podzielone jest na trzy poziomy symbolizujące świat bogów, ludzi i zmarłych przodków. Kosmogoniczne konotacje wynoszą tongkonan ponad zwykły dom, czyniąc zeń miniaturę kosmosu. Jest on także symbolem wysokiego statusu, przywilej jego posiadania należy bowiem do arystokracji. Biedacy mieszkają w zwykłych chatach zwanych banua .

W porównaniu z dachami same budowle są małe niczym skrzynki. Ich ściany pokrywają płaskorzeźby pomalowane na czarno, czerwono, żółto i biało. Stylizowane słońca, kwiaty, kłosy i swastyki, mężczyźni niosący przywiązane do drągów świnie, kobiety w stożkowatych kapeluszach, koguty i walczące bawoły układają się w opowieść o życiu Torajów. Wzory i kolory mają znaczenie symboliczne - odwołują się do dobrobytu, urodzaju, boskiego błogosławieństwa, pozycji społecznej gospodarzy. Rzeźbiarze idą jednak z duchem czasu i do tradycyjnych wzorów dodają współczesne. Wyrzeźbionych tu ponoć zachodnich turystek nie udaje nam się znaleźć, ale odkrywamy np. żołnierzy z bronią i ogórkowaty autobus firmy przewozowej Litha.

Wieś wydaje się wymarła (pewnie wszyscy pracują w polu). Gdyby nie dzieci bawiące się przy domu, można by pomyśleć, że to tylko makieta stworzona przez szalonego architekta.

W zalanych wodą ryżowiskach odbija się niebo, mgły wędrują nad polami, śpiewają ptaki, grają cykady. Za naszymi plecami w koronach wiekowych drzew skryło się przed deszczem wielkie stado nietoperzy. Niechętnie ruszamy w drogę powrotną, ale wiemy, że późnym popołudniem transport ustaje.

***

Tongkonan jest doczesnym schronieniem człowieka. Po śmierci staje się nim... grób zwany domem bez kuchni (tongkonan tang merambu ). Dla Toradżów śmierć nie jest końcem, ale początkiem kolejnego cyklu. Po zstąpieniu z nieba na ziemię i dokonaniu doczesnego żywota dusza opuszcza ciało, by rozpocząć wędrówkę ku krainie przodków. Zadaniem żywych jest dopilnować, by nic nie zakłóciło jej przebiegu. Jak? Należycie odprawiając pogrzeb. Bez niego dusza będzie się błąkać po zaświatach, zakłócając spokój żyjącym. Za chwilę wszystko to objaśni nam Gibson...

Zjawia się punktualnie o 8.30. - No funeral, no paradise - mówi. Co ciekawe, ów "paradise" jest odbiciem porządku ziemskiego. W zaświatach człowiek pozostaje tym, kim był za życia: bogacz - bogaczem, biedak - biedakiem. Dlatego pogrzeb musi "pasować" do pozycji społecznej zmarłego. Niezwykle wystawne ceremonie dirapai , na które przybywają tysiące ludzi, przysługują tylko najwyższej arystokracji.

Zaczynamy od targu bawołów w wiosce Bolu, który odbywa się co sześć dni. Dziś zwierzęta rzadko zaprzęga się do pracy na ryżowiskach (od tego są maszyny zwane tu "japońskimi bawołami"). Dokarmiane, dopieszczane, a nawet namaszczane olejami wiodą sielskie życie. Do czasu - wszystkie i tak skończą jako ofiary na pogrzebie. Toradżowie wierzą, że dusze bawołów "odprowadzają" duszę zmarłego do raju, a potem pomagają jej zająć odpowiednie miejsce w hierarchii przodków. Liczba bawołów odpowiada randze nieboszczyka. Komuś z nizin wystarczy kilka, wysoko urodzony potrzebuje nawet kilkudziesięciu. Niegdyś zabijano także jego niewolników, by mogli służyć panu i po śmierci.

Zwykły bawół kosztuje ok. 25-30 mln rupii. Niezwykle ceniony albinos zwany "mercedesem" - 150-200 mln, czyli połowę tego, co tongkonan .

Zwierzętami ofiarnymi są też świnie (1-5 mln). Kwiczą przeraźliwie przywiązane do bambusowych drągów. - Trzeba je sprzedać jak najszybciej - mówi Gibson. - Z powodu stresu jakość mięsa bardzo się pogarsza.

Za 70 tys. rupii Gibson kupuje karton goździkowych papierosów kretek , które będą naszym biletem wstępu na pogrzeb.

A potem prosto do Tallunglipu. Dziś pierwszy dzień pogrzebu i przyjęcie gości, którzy przynoszą w darze świnie, kury, ryż i wino palmowe balok . To swoisty "dług", który trzeba będzie spłacić co do joty w analogicznych okolicznościach, dlatego wszystko jest skrupulatnie spisywane w specjalnej księdze. Urzędnicy liczą ofiarne świnie i bawoły, by od każdej sztuki pobrać podatek.

Turysta nie potrzebuje zaproszenia, może po prostu przyjść, oby nie z pustymi rękoma. Mile widziane są właśnie papierosy.

Wchodzimy na błotnisty plac przed domem, na którym płonie ognisko. Wokół zbudowano z bambusowych żerdzi tymczasową "wioskę" dla ok. 250 gości. To po prostu zadaszone werandy oznaczone numerami, żeby ludzie łatwiej znaleźli przydzielone im miejsca. My też zajmujemy swoje, dostajemy kawę, herbatę, ciastka i bananowe czipsy.

Po całej wsi niesie się rozpaczliwy kwik świń. Dziś zakończą życie, a upieczonym w łodygach bambusa mięsem gospodarze nakarmią żałobników. Naczelnik wioski przemawia przez megafon. - Kobiety mają roznosić poczęstunek, a mężczyźni sposobić się do świniobicia - tłumaczy Gibson. Po placu uwija się kamerzysta, goście pstrykają zdjęcia komórkami.

Obita czerwoną materią trumna z nieboszczką stoi na werandzie jej domu - należała do klasy średniej i zmarła osiem miesięcy temu, mając 85 lat.

Pogrzeb to wielkie przedsięwzięcie i kosztuje majątek. Odbywa się nawet rok po śmierci, bo rodzina musi zebrać pieniądze. Przez ten czas zmarły uważany jest za chorego (to makula ). Ciało przykryte sarongiem leży w łóżku i codziennie dostaje posiłki. By się nie rozkładało, wstrzykuje się w nie kilka litrów formaliny.

Nagle rozlega się donośny dźwięk gongu. Mężczyźni dźwigają trumnę i odwracają ją tak, by nogi zmarłej wskazywały zachód. Kierunek ten, podobnie jak południe, łączony jest ze śmiercią i krainą przodków. I to jest właściwy moment śmierci. Gdy tylko "chora" "umiera", kilka kobiet wybucha płaczem i obejmuje trumnę. Wszyscy mają oczy pełne łez...

Za chwilę zostanie zarżnięty bawół. Jeden wprawny ruch parangiem (nóż ofiarny) i z gardzieli tryska fontanna krwi. Pierwszego bawoła zjedzą goście, dla rodziny jest on ścisłym tabu.

Widząc nasze nietęgie miny, Gibson zarządza odwrót. Pogrzeb potrwa cztery dni. Będą tańce, hulanki, swawole, na które gospodarze serdecznie zapraszają. Sęk w tym, że prawdziwa hekatomba dopiero się zacznie, a patrzenie na agonię zwierząt jest ponad nasze siły.

- A co, jeśli Toradża umrze z dala od domu? - pytamy Gibsona. - Wtedy trzeba sprowadzić ciało. A gdy rozbije się samolot i nie ma szczątków, rodzina wspina się na wzgórze i łapie w sarong wiatr uważany za ostatnie tchnienie. Na wszelki wypadek Toradża zostawia w domu włosy lub paznokcie, które mogą "udawać" jego ciało.

***

Ostatniego dnia pogrzebu w głośnej procesji zwłoki niesione są na miejsce pochówku. Toradżowie chowają zmarłych w drewnianych trumnach (erong ), jaskiniach wykutych w skale (liang ), a nawet dziuplach wyżłobionych w pniu drzewa (pasiliran ).

Jedziemy przez zielone ryżowiska skąpane w cudownym świetle, które zwiastuje burzę. Pierwszy przystanek - wioska Lemo i imponujący skalny cmentarz. W pionowej 40-metrowej ścianie oplecionej zielenią wykuto komory zabezpieczone drewnianymi drzwiami. Najstarsze pochodzą prawdopodobnie z XVII w. Między nimi podobne do balkonów nisze, w których stoją drewniane figurki tau tau przedstawiające ludzkie postaci. Ich rzeźbienie to ważna część rytuału pogrzebowego. Towarzyszy mu "odgrywanie" (słowne) wszystkich etapów życia człowieka - narodzin w niebie, życia doczesnego i pośmiertnego. Wyciągnięte ramiona i otwarte dłonie proszą o wciąż nowe ofiary, które gwarantują odpowiedni poziom życia w zaświatach.

Tylko wysoko urodzeni mogą mieć tau tau . Figurki wykonuje się z bambusa lub drzewa kapokowego. Niezwykle trwałe drewno jack fruita przysługuje najbardziej zasłużonym.

Tau tau uchodzą za święte, nie wolno ich dotykać, z wyjątkiem corocznej ceremonii zmiany ubrań. Co wcale nie odstrasza złodziei. W Lemo ukradziono już tyle figurek, że skała strzeżona jest teraz non stop.

Kolejny przystanek to Kete Kesu, czarowna wioska z dwoma rzędami domów i spichlerzy, ponoć najstarszych w Tana Toraja - mają po jakieś 300 lat. Rzeźbione filary podpierające dachy zdobią rogi bawołów.

Betonowa ścieżka prowadzi z wioski do skalnych rozpadlin pełnych drewnianych trumien. Jedne spoczywają na drągach przytwierdzonych do ścian, inne - wprost na ziemi. Wiele spróchniało, wysypują się z nich kości i czaszki. Pokryte koronkowymi rzeźbieniami trumny mają kształt świni, bawołu lub statku. Są i okratowane groty, z których wyglądają figurki tau tau . Pewna starsza pani w fioletowej sukience wygląda jak żywa! Jednak modne ostatnio realistyczne tau tau wiernie oddające rysy zmarłego nie znajdują uznania w oczach starych mistrzów. Ich zdaniem figurki powinny być nie tyle wizerunkami konkretnych osób, ile symbolem wiary w życie po śmierci.

W Tampangallo oglądamy wielką grotę pełną trumien i tau tau . Niska kasta spoczywa na ziemi, arystokracja - wysoko na skalnych wyłomach. Ma to znaczenie nie tylko prestiżowe, ale i praktyczne - wraz z bogaczem chowano jego kosztowności, łakomy kąsek dla złodziei. Grota należy do władców pobliskiej wioski Sangalla. Wierzy się, iż są oni potomkami mitycznego bóstwa Tamborolangiq, które zstąpiło z nieba na ziemię, by wprowadzić system kastowy, rytuały pogrzebowe oraz techniki rolnicze.

Na koniec Kambira. Na polance za wioską rośnie kilka drzew tarra . W dziuplach wyżłobionych w pniach i osłoniętych plecionką z patyków chowa się wyłącznie dzieci, którym nie wyrżnęły się jeszcze zęby. Wierzy się, iż istoty, które nie zdążyły nic powiedzieć, są niewinne, bez grzechu.

Warto wiedzieć

Opisane wioski leżą kilka-kilkanaście km od Rantepao

1 dolar = ok. 8880 rupii indonezyjskich

www.torajatraveling.com - strona Gibsona

Człowiek, byk i ryż

Toradżowie przybyli na Celebes prawdopodobnie między 2500 a 1500 r. p.n.e. z południowych Chin, wrogie plemiona zepchnęły ich do górzystego środka wyspy. Żyje ich tam ok. 650 tys. (cała wyspa liczy ok. 16 mln mieszkańców). Niegdyś walczyli między sobą, by na początku XX w. zjednoczyć się w obliczu holenderskich najeźdźców. Bezowocnie - w 1906 r. ich ziemie zostały podbite. W ślad za kolonizatorami przybyli protestanccy misjonarze, którzy w ciągu kilku dziesięcioleci schrystianizowali połowę populacji. Dziś chrześcijaństwo wyznaje ok. 70 proc. Toradżów, jest ono jednak silnie sprzęgnięte z dawną politeistyczną religią aluk todolo . Jej znamiona to m.in. kult przodków oraz animizm, czyli przekonanie, że nie tylko ludzie, ale także zwierzęta, rośliny, zjawiska przyrody wyposażone są w duchową energię. Tą zaś w sposób wyjątkowy obdarzony jest byk oraz ryż - dwaj mistyczni bracia pierwszego człowieka stworzonego przez Puanga Matuę, najważniejszego z bogów.

Torajowie żyją głównie z uprawy ryżu, a także kawy, kakao, goździków, wanilii oraz z rybołówstwa. Dzielą się na trzy kasty: arystokrację, do której należy większość ziemi i przywilejów (ok. 5 proc. populacji), klasę średnią (urzędnicy, kupcy, drobni rolnicy - ok. 25 proc.) oraz biedotę (dawni niewolnicy - ok. 70 proc.).



Artykuł pochodzi z "Gazeta Turystyka", sobotniego dodatku do Gazety Wyborczej

Komentarze (2)
Indonezja. Tana Toradża na Celebesie
Zaloguj się
  • finli

    0

    Zapraszam na relację z Tana Toraja troszkę innym okiem:
    t-faruq.blogspot.com/2012/10/tana-toraja.html

  • polytykon

    0

    Klimat Tana Toraja jest jedyny w swoim rodzaju. Jednak spektakl zarzynania w czasie ceremonii pogrzebowej setek zwierząt to dla mnie zbyt wiele...

    Ceremonia i groby:
    www.youtube.com/watch?v=e6yI6HtK40s
    www.youtube.com/watch?v=VLeZaNwztgM

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX