Norwegia. Jostedalsbreen - list z lodowca

Jostedalsbreen, największy lodowiec kontynentalnej Europy leży między Alesund na północy a Bergen na południu.
Na mapie Norwegii Jostedalsbreen, największy lodowiec kontynentalnej Europy, leży między Alesund na północy a Bergen na południu. W rzeczywistości trzeba się trochę najeździć, by trafić do doliny Jostedalen rozciągającej się od Sognefjord po góry na granicy z Oppland. Drogi są jednak wspaniałe, śmiało poprowadzone długimi tunelami i mostami między wysepkami, a krajobrazy tak piękne, że to czysta przyjemność.

Martwić się można tylko o pogodę - bardzo zmienną. Po Alesund włóczyliśmy się w pełnym słońcu, co dodawało uroku temu miastu (niewiele ponad 40 tys. mieszkańców) o architekturze w stylu art nouveau, położonemu wśród fiordów, do których schodzą szczyty Alp Sunnmore. Ale już po dwóch godzinach jazdy w Stryn, gdzie mieliśmy nocować, było pochmurno i padał deszcz. A na kolejny dzień zaplanowaliśmy trekking po Parku Narodowym Jostedalsbreen z podejściem pod jęzor lodowcowy Briksdalsbreen. Przygotowuję więc kurtkę przeciwdeszczową, takież spodnie, polar, czapkę i rękawiczki, wciskam do plecaczka pelerynę, parasol (zalecany przy przejściu pod wodospadem) i okulary polarne.

O godz. 22.30 idziemy na spacer. Trwają właśnie białe noce, więc jest jeszcze jasno. Jesteśmy na 64 st. szerokości geograficznej północnej, gdzie w lipcu słońce jest pod horyzontem niewiele ponad trzy godziny, i to bardzo nisko.

***

Ranek w Styrn jest pochmurny, mży. Ale do Briksdal dojeżdżamy już w słońcu. W dużym centrum obsługi turystycznej Briksdalsbre Fjellstove jest wszystko, czego może zapragnąć turysta: od bezpłatnych parkingów (także dla rowerów), toalet, świetnej informacji, kawiarni, po minimarkety z pamiątkami (królują wszędobylskie trolle). Pod lodowiec kursują troll cars (180 koron, 1 korona norweska = 0,57 zł), a rafting rzeką lodowcową czy spływ kajakami po jeziorze lodowcowym kosztuje 750 koron.

Wybraliśmy trekking. Trzymając w ręku mapkę z opisami ciekawych miejsc, raźno ruszamy na trasę (wstęp do parku bezpłatny). Przed nami ponad 3-kilometrowa droga pod jęzor lodowcowy. Według przewodnika zabierze nam ok. 3 godz. Nic bardziej mylnego! To prawdziwa lekcja geografii ze specjalnością glacjologia. Aby z niej coś wynieść, trzeba się zatrzymywać i co rusz zadzierać głowę, by podziwiać wodospady i małe czapy lodowe, no i czytać tabliczki informacyjne (po norwesku, angielsku, niemiecku).

Zatrzymujemy się przy wodospadzie, aby nabrać odwagi i pod nim przebiec. Spływa z wysokości z taką siłą i energią, że woda, bardzo zimna, rozpryskuje się na wszystkie strony, mocząc każdego, kto znajdzie się w pobliżu. Frajdy jest co nie miara i nawet nie myślę, by otworzyć parasol zabrany za radą przewodnika! Trochę zmoczeni pniemy się łagodnym szlakiem, podziwiając inne wodospady, które stąd wyglądają jak białe niteczki i giną wysoko w chmurach.

Kolejny przystanek to pothol, czyli dziura wyżłobiona w granitowej skale przez wody spływające spod lodowca. W małej epoce lodowej w drugiej połowie XVIII w. sięgał właśnie dotąd. Dziurę wypełniają drobne kamyki; dorzucam swój, na szczęście i po to, aby tu wrócić. Dalej ścieżka prowadzi wśród liściastych zarośli, sponad których wyłania się jęzor Briksdalsbreen. Jak tu ładnie! Zieloniutkie zarośla, dalej szarobure granitowe skały, po których spływają wodospady, błękitny lodowiec, wyżej niebo zasnute chmurami.

Idąc w kierunku lodowca, jestem cały czas pod jego wrażeniem. W końcu to największy na kontynencie lodowiec o powierzchni 486 km kw. o maksymalnej grubości 400 m. Jego najwyższy punkt leży na wysokości 1950 m n.p.m. Ma kilka jęzorów-ramion, np. Nigardsbreen, Briksdalsbreen. Ten ostatni schodzi do jeziora na wysokości 346 m n.p.m. Właśnie osiągamy to miejsce. W wodzie odbija się spływający jęzor, wokół krążą góry lodowe dopiero co oderwane od czoła. Dwóch śmiałków kąpie się w lodowatej, turkusowej wodzie.

Jesteśmy w wyjątkowym miejscu naszego kontynentu! Lodowiec mamy na wyciągnięcie ręki: widać stąd jego cielsko, strukturę i błękitny kolor. Wypływająca z jeziora rzeka spada z wysokości ok. 150 m z hukiem wspomnianym wyżej wodospadem, by wreszcie osiągnąć dno doliny i spokojnie płynąć do Briksdal. Potęgę wodospadu najlepiej podziwiać w drodze powrotnej z boku. Wtedy widać, że woda spienia się na wysokość kilku metrów! Nic dziwnego, że Norwegia zajmuje czołowe miejsce w świecie w produkcji energii z hydroelektrowni.

***

Wracając, obserwuję wielkie powierzchnie nagich skał, gładkich, ale z widocznymi rysami. To wygłady polodowcowe - cofając się, lodowiec obnażył gołe skały, a rysy są śladem po głazach w jego dnie i świadczą o kierunku jego regresji. Pięknie kontrastują z zielonym poszyciem i purpurowymi kępami dzikiej naparstnicy (Digitalis purpurea ); do naszych ogrodów przywędrowała już jako roślina ozdobna.

Ostatnim przystankiem na trasie jest zielona łąka, na której stoją dwie hytty -drewniane domki z darnią na dachu. Służą turystom dla relaksu w tym pięknym miejscu z widokiem na lodowiec i stadko kóz baraszkujących na głazach narzutowych. Naszą lekcję glacjologii kończymy w liczącej 300 mieszkańców osadzie Fjerland. Słynie z Norsk Bremuseum (Muzeum Lodowców, wstęp 110 koron), do którego zmierzamy jednym z trzech tuneli pod lodowcem - nasz ma ponad 5 km długości.

Po blisko godzinie jesteśmy pod gmachem o śmiałej linii architektonicznej nawiązującej do sylwetki lodowca. W muzeum z interaktywnej ekspozycji dowiadujemy się m.in. o zmianach klimatycznych zachodzących na Ziemi na przestrzeni jej dziejów i o genezie lodowca. Zaskoczył mnie fakt, że nie jest on pozostałością po ogromnym lądolodzie skandynawskim z plejstocenu, lecz tworem współczesnym. W muzeum znajdziemy odpowiedź na pytanie, dlaczego lodowiec jest niebieski, a wypływająca zeń woda - zielona. Jak każdy lód jest on idealnie biały, ale zawarte w nim minerały pochłaniają część spektrum światła i dlatego oko ludzkie widzi go jako coś błękitnego. Zaś woda jest zielona, bo zasilają ją także wody opadowe.

Norsk Bremuseum ma także ekspozycję poświęconą Ötzi - człowiekowi sprzed 5300 lat znalezionemu w lodzie w południowym Tyrolu, oraz mamutom sprzed 30 tys. lat żyjącym w Norwegii, a pochodzącym z Syberii. Wizytę w tym bardzo ciekawym muzeum kończymy spacerem po dachu - platformie widokowej, skąd rozpościera się cudowna panorama lodowca i gór.



Artykuł pochodzi z Gazeta Turystyka - sobotniego dodatku do Gazety Wyborczej