Bułgaria. Sofia. Paryż Wschodu

Sofia choć miejscami odrapana, pozbawiona tynków, strasząca blokowiskami, ma jednak szerokie, zielone bulwary z zabytkową architekturą. Od niechcenia odkrywa dwa i pół tysiąca lat historii.
Na drzwiach sofijskiego pałacu kultury obok przekreślonego na czerwono papierosa od białego tła ostro odcina się czarny rewolwer, też przekreślony. Pod spodem napis: "Zakaz wnoszenia broni". Najpierw mnie to śmieszy, potem zastanawia. Czyżby w tym każdy "prawdziwy mężczyzna" trzymał w samochodzie pistolet? To jeden z licznych smaczków Bułgarii, gdzie bardzo mocna jest i męska kultura, i rakija, i słońce.

Podróż przez ten kraj dostarcza wielu wrażeń. Od Złotych Piasków z turystycznymi blokowiskami, przez surowe średniowieczne stolice wyrastające ze zboczy wzgórz i małe wioski, w których pomarańczowe kwiaty cukini obrastają płoty, domy i mosty. Po piaskowe góry, na których rosną słodkie winogrona, a wieczorami przejrzyste powietrze ma kolor waty cukrowej. To wszystko jednak nie przygotowało mnie na Sofię.

Sofia - raczej Paryż niż Warszawa

Stolicę Bułgarii znałam tylko z etykiety wina. W ogóle nie wyobrażałam sobie tego miasta, ale jeśli już, to jawiło się trochę szare, trochę brudne, trochę jak Ursynów, ale za to z kilkoma cerkwiami nadającymi mu wschodni rys. Taka egzotyczna Warszawa (której Sofia jest bliźniaczym miastem) z kilkoma odrestaurowanymi zabytkami i komunistycznym spadkiem. Historię mamy podobną - Sofia też przeżyła komunizm, była bombardowana w czasie wojny, tyle że przez aliantów. Nie została zburzona tak doszczętnie jak Warszawa - zachowało się ścisłe centrum, sofijczycy narzekają, że jest strasznie ciasne. Wcześniej również była pod obcym - osmańskim - panowaniem. Ale na tym podobieństwa się kończą.

Bo Sofia mnie zaskoczyła. Choć miejscami odrapana, pozbawiona tynków, strasząca blokowiskami, ma jednak szerokie, zielone bulwary z zabytkową architekturą. Od niechcenia odkrywa dwa i pół tysiąca lat historii. Bardziej Paryż niż Warszawa. Oddycha głęboko, ciesząc się świeżym powietrzem. W Sofii cenią sobie zielone przestrzenie - jest tutaj 8 tys. ha parków. To również najwyżej położona europejska stolica (550 m n.p.m.), otoczona górami i krystalicznie czystymi wodami.

Gorące, lecznicze źródła i mineralne wody ściągnęły pierwszych osadników już 7 tys. lat temu, choć pierwsze miasto założyli przed 2500 laty Serdowie należący do walecznych plemion trackich (z jednego z nich wywodził się słynny Spartakus). Rzymianie, uwielbiający ablucje w gorących źródłach, podbijając bałkańskie ziemie, docenili świetne położenie osady. Rozbudowali ją, nazywając Ulpia Serdica. Stała się ważnym punktem na mapie Europy, prowadziły tędy szlaki do Bizancjum. Była jednym z pierwszych miast, które przyjęły chrześcijaństwo - cesarz Konstantyn nazywał ją pieszczotliwie "mój Rzym".

Szlakami wędrowali nie tylko kupcy, ale i wojownicy, dlatego Serdica zaczęła przechodzić z rąk do rąk. Przejęli ją Hunowie, odbiło Bizancjum, a w VIII w. chan Krum wcielił do państwa bułgarskiego. Miasto nazwano Sredec - środek (na pewno Bałkanów, a może i świata), ale w dokumentach w XIV w. zaczęła pojawiać się również nazwa Sofia. Od Hagii Sofii, najważniejszej cerkwi miasta. Tę prostą romańską świątynię wybudowała bizantyjska księżniczka jako dar za wysłuchane modły na miejscu burzonych wcześniej cerkiewek, z których zachowały się tylko ozdobne mozaiki i oryginalna podłoga. Ale najprawdopodobniej odbudował ją bizantyjski cesarz Justynian, który nie mógł pozostawić świątyni Mądrości Bożej w ruinie.

Bazylika nie ma dzwonnicy, a jednak dzwon wybija punktualnie godziny. Wisi na gałęziach drzew otaczających kościół. Wiosną i latem niełatwo go wypatrzyć, ale z pewnością można usłyszeć. Podobno zawisł, by powitać w XIX w. rosyjskich żołnierzy niosących wyzwolenie spod tureckiego panowania. I pozostał już na drzewie na zawsze jako znak wdzięczności.

Znakiem wdzięczności było również wybudowanie soboru św. Aleksandra Newskiego. Kopulasty budynek mieniący się zielenią i złotem kryje ogromne wnętrze wypełnione witrażowym światłem. Do niedawna była to największa ortodoksyjna świątynia na Bałkanach - pomieści nawet 10 tys. wiernych.

Sofia kiedyś i dziś

Czasy osmańskiej dominacji były trochę inne dla Sofii niż zabory dla Warszawy. Tym bardziej że pod obcym panowaniem spędziła kilkaset lat (a nie nieco ponad wiek), oprócz jednego roku, kiedy Bułgarzy odzyskali niepodległość dzięki Władysławowi III Warneńczykowi. Turcy uczynili z Sofii siedzibę władz prowincji Rumelia. Dali jej łaźnie, meczety, baklawę i bogactwo.

Dobrą passę przerwały trzęsienia ziemi i epidemia dżumy. Dopiero pod koniec XIX w., kiedy istniało już oficjalnie państwo bułgarskie, rozsądny i przewidujący kniaź Aleksander I Battenberg sprowadził z Austro-Węgier uznanych architektów i kazał im przebudować miasto. Po wiekach osmańskiej okupacji Sofia zyskała europejski sznyt: piękne mansardowe kamienice w stylu wiedeńskiej secesji, szerokie, paryskie bulwary osłonięte rozłożystymi drzewami od południowego słońca. Ciekawe budowle łączą w sobie kolory Wschodu z europejską elegancją, jak choćby budynek łaźni (już nieczynnych) w piękne kolorowe pasy, który wygląda jak pałac. Łaźnie długo były ulubionym miejscem Sofijczyków. Teraz mieszczą Muzeum Miejskie, ale przed nim i na sąsiednich ulicach można nabrać do baniaków mineralnej wody prosto z ujęć. Kręcą się tu staruszki z głowami obwiązanymi chustami, starsi panowie w porządnie wyprasowanych koszulach, matki z dziećmi, modnie ubrane dziewczyny - wszyscy z kilkoma baniakami albo chociaż z butelką.

Z architekturą komunizm też obszedł się inaczej niż w Warszawie. Charakterystyczny triumfujący ton widać przede wszystkim w pomnikach: grubo ciosane twarze, stanowcze rysy, oczy zwrócone ku przyszłości, ręce uniesione w geście pozdrowienia. Ale tej kanciastości jest tu mniej. Sofia nie uchroniła się przed wielką płytą - Bułgarzy nazywają ją panelami. Tutejszy pałac kultury - NDK - w niczym nie przypomina naszego. Ma najwyżej kilkanaście pięter, jego kanciaste formy łagodzą białe, falujące panele na elewacji, ale do budowy zużyto więcej stali niż do budowy wieży Eiffla. Nie dominuje w przestrzeni. Bardziej przyciąga wzrok otaczający go park i ciągnące się przez cały plac fontanny z basenami (sofijczycy moczą w nich nogi).

W ogóle Sofia jest "rozłożysta", nie ma tu wielkich wieżowców. Pierwszy - Capital Fort - dopiero się buduje. Za to są ogromne parki, niewysokie kamienice i bulwary z knajpkami.

Przy tych bulwarach i odchodzących od nich uliczkach lubimy siadać na lunch. Zamawiamy nieśmiertelną sałatkę szopską, której sekretem jest jakość produktów. Bo jak inaczej wytłumaczyć, że połączenie ogórka, pomidora, garści ziół i bułgarskiego sera owczego uzależniło nas tak bardzo, że jemy je na śniadanie, obiad i kolację? Przeżywamy chwilę strachu, kiedy kelner kręci głową - jak to, nie ma szopskiej? Dopiero po chwili po raz kolejny przypominamy sobie, że Bułgarzy naprawdę kręcą głową na "tak", a kiwają na "nie". Śmiejemy się z nieukrywaną ulgą, kiedy dostajemy kopiaste talerze...

Sofia rozrywkowa

Sofia kryje wiele zabytków: cerkwi, meczetów, synagogę (największą na Bałkanach), wczesnośredniowiecznych kościołów. Najciekawszy jest kościół św. Jerzego w rzymskiej rotundzie z IV w., dziś zasłonięty Sheratonem.

Ale my wolimy chodzić po mieście, korzystać ze słońca, a nie kryć się w cienistych muzealnych salach. Chłoniemy miasto, spacerując, odpoczywając, delektując się ostatnimi dniami urlopu. Wieczorami chodzimy na bulwar Witosza - najelegantszą ulicę Sofii. W ciepłe, letnie wieczory na szerokich chodnikach rozstawiają się knajpki i bary. Stare podejście do klienta: rzućmy kilka krzeseł, trochę alkoholu i jakoś to będzie, miesza się z nowym: modernistyczne puby w bieli, zachęcające leżaki, kiczowate krzesła na sztucznej zielonej trawie i długa lista drinków. Wieczory przeciągają się w długie noce. W końcu jesteśmy w Bułgarii, a kto, jak kto, ale Bułgarzy potrafią się bawić. Biesiadowanie wpisane jest w ich kulturę. Krążą plotki, że niedawno ustawili pod pałacem kultury długi na 379 metrów stół i zaczęli bić rekord największej biesiady (a przy okazji najdłuższego stołu świata). 3 tys. mieszkańców wypiło 500 litrów rakii, śpiewało i wznosiło toasty, i pewnie sami w końcu się pogubili, czy tu chodzi o rekord, czy o dobrą zabawę. A może o jedno i drugie?

Ale nawet jeśli stołu nie było, a bicie rekordu jest tylko plotką, to i tak w Bułgarii nie ominie was biesiada przy długim stole, z rakiją i toastami do późnej nocy.

Warto wiedzieć

Dojazd. LOT-em z Warszawy - bilet ok. 800 zł; Austrian Airlines z Krakowa - 930 zł; autokarem - ok. 600 zł

Nocleg. Hotel Sheraton, z widokiem na rotundę św. Jerzego - od 105 euro; hostel Mostel w XIX-wiecznym domu z drewnianymi werandami, wygrywający w rankingach hostelworld.com - w dormitorium od 31,17 zł, w dwójce od 62,34 zł, w cenie śniadanie.

Jedzenie. Manastirska Magernica, ul. Chana Asparucha 67 - menu ułożone z przepisów zebranych po starych klasztorach i maleńkich wioskach, m.in. "pijany królik", "przepiórki w gnieździe", klasyczna banica, potrawy z jagnięciny, świetne wina; główne dania - ok. 10 lewów, czyli 20,2 zł.

Warto wiedzieć. Codziennie organizowane są 2-godzinne darmowe wycieczki po centrum, oprowadza grupa entuzjastów. Start na bulwarze Witosza przy Pałacu Sprawiedliwości, godz. 11 i 18, www.facebook.com/freesofiatour

Artykuł pochodzi z Gazeta Turystyka - sobotniego dodatku do Gazety Wyborczej