Polska przyroda: Bory Tucholskie na rowerze - najpiękniejsze wiosną

Wiosenny przejazd przez Bory Tucholskie na rowerze jest wspaniały

Na rowerową wyprawę zabieram mapę Parku Narodowego "Bory Tucholskie", nie mam jednak mapy znacznie większego Krajobrazowego Parku Tucholskiego. Liczę, że kupię ją w Bydgoszczy, gdzie mam przesiadkę i wolną godzinę. Niestety, nie ma jej w żadnej księgarni. Rozmyślając z goryczą nad kondycją promocji turystyki w Polsce, dojeżdżam pociągiem do Cekcyni. Gdy w centrum tej niewielkiej miejscowości notuję kolory szlaków na zawieszonej na tablicy mapie, podchodzi do mnie mężczyzna w goreteksowej kurtce: - Czy mogę w czymś pomóc? Pięć minut później zostaję obdarowana mapą "Leśne szlaki rowerowe w gminie Cekcyn. Bory Tucholskie". Trudno o lepszą. Ruszam w drogę pełna wdzięczności dla Tadeusza Syczyły, jak się okazało współtwórcy mapy i założyciela Towarzystwa Miłośników Ziemi Cekcyńskiej (TMZC).

Na mapie są trzy szlaki rowerowe (opisane w trzech językach) - w sumie ponad 120 km - wyznaczone cztery lata temu z inicjatywy TMZC. Jej autorzy sugerują, że najodpowiedniejsze będą rowery górskie lub trekkingowe - leśne drogi, często piaszczyste, wymagają sporego wysiłku.

***

Do Tucholskiego Parku Krajobrazowego wjeżdżam szlakiem czerwonym zwanym "gołąbkowym". Na jego ok. 40-kilometrowym odcinku są trzy ścieżki przyrodniczo-dydaktyczne, jedna z nich Jelenia Wyspa jest na mojej drodze - zaczyna się przy siedzibie Nadleśnictwa Tuchola w Gołąbku (stąd nazwa szlaku). Można ją zwiedzać tylko pieszo, rower zostawiam więc na leśnym parkingu. 3,5-kilometrowa ścieżka prowadzi przez bagienne obszary krętej rzeki Stążki na największe w Borach Tucholskich torfowisko niskie. Rosną tu rzadkie, charakterystyczne dla bagien i torfowisk rośliny, m.in. storczyki.

Wracam do roweru i docieram do Brdy (lewy dopływ Wisły, 230 km długości), znacznie szerszej i bardziej krętej niż Stążka. Uchodzi ona za jeden z najpiękniejszych szlaków kajakowych w Polsce. Ma wartki nurt i liczne bystrza, wielokrotnie zmieniając kierunek, tworzy meandry, często o wysokich, podciętych brzegach. Podziwiam widok na lśniącą w słońcu rzekę. Płynie doliną położoną kilka metrów niżej, jej brzegi porastają gęste, pożółkłe teraz trzciny, olchy, brzozy, wysokie sosny. Urok krajobrazu potęguje to, że przez cały czas jestem sama. Nie licząc oczywiście dziesiątek ptaków, które dają o sobie znać trelami, gwizdami, kląskaniem. Przecież jest wiosna!

Jadąc dalej czerwonym szlakiem, docieram do Woziwody. Tu szlak skręca w kierunku Białej, ja jednak jadę prosto w stronę Legbądu (w pobliżu mam zarezerwowany nocleg) sosnowym lasem prześwietlonym słońcem.

***

Nazajutrz moją trasę również wyznacza woda - Wielki Kanał Brdy, wzdłuż którego prowadzi szlak zielony. Kanał zbudował w latach 1842-49 rząd pruski, by nawodnić dziesiątkami odgałęziających się rowów oddalone od rzeki łąki. Ma 22 km długości, stałą szerokość 16 m przy dnie i 20 w koronie, dno uszczelnione warstwą ubitej gliny. Miejscami biegnie tak blisko rzeki, że widać oba nurty naraz. Woda jest krystalicznie czysta, na całej długości widać piaszczyste dno i przemykające ryby. Obecnie rola kanału zmalała, część łąk zalesiono, dachy rzadko kryje się trzciną, a liczba koni, dla których potrzebna była pasza, znacznie się zmniejszyła. Dziś jest to popularny szlak kajakowy, bardzo malowniczy i niezwykle łatwy. Szczególnie ciekawy jest odcinek w Fojutowie, gdzie kanał skrzyżowano z Czerską Strugą wijącą się 9 m niżej. Dołem przez masywny tunel o beczkowym sklepieniu przepływają wody rzeki, górą - kanału Brdy. 75-metrowej długości akwedukt, wzorowany na rzymskich, zbudowano z cegły i kamienia spajanych wapienną zaprawą - to najdłuższa budowla hydrotechniczna w Polsce. Kładką umieszczoną poniżej sklepienia akweduktu przechodzę na jego drugą stronę. Moje kroki dudnią groźnie pod sklepieniem. Do roweru wracam przez mostek nad kanałem. Jestem pod wrażeniem - pierwszy raz widzę dwupoziomowe skrzyżowanie wód.

Obiad zjadam w Rytlu (tutejsza restauracja to jedna z niewielu otwartych poza sezonem). Nazwa miejscowości pochodzi od nazwiska Marcina Retela, który już w 1430 r. prowadził tu karczmę.

Teraz dalej wzdłuż kanału szlakiem niebieskim. We wsi Mylof zapora spiętrza Brdę o blisko 12 m, rozdzielając jej wody na kanał i rzekę. Cały czas jechałam pod prąd kanału, lekko pod górkę, lecz było to prawie niewyczuwalne. Teraz szlak prowadzi przez sosnowy las, wzdłuż wysokiego brzegu szerokiej na tym odcinku Brdy. Widać ślady bobrów - wiele drzew jest zwalonych do rzeki, a jeszcze więcej nadgryzionych. Co chwila płoszę dzikie kaczki, które podrywają się do lotu, by kilkadziesiąt metrów dalej siąść na wodzie i znowu poderwać się ze świstem. Mniej płochliwe łabędzie majestatycznie pływające stadami na mój widok jedynie powoli oddalają się od brzegu. Jedna para jest w trakcie zalotów. Ptaki krążą wokół siebie, ocierają się szyjami, ustawiają naprzeciwko i lekko pochylając głowy, stykają się dziobami. Ich wygięte szyje tworzą kształt serca (dotąd sądziłam, że to tylko ludowy motyw z haftowanych makatek!). Obok przebiegają dwa goniące się zające. Sycąc się tymi widokami, dojeżdżam do wsi Męcikał, gdzie w gospodarstwie agroturystycznym spędzam drugą noc.

***

Trzeciego dnia - krótszy, ale znacznie trudniejszy odcinek. Niebieski szlak, przeznaczony dla turystów pieszych, prowadzi wzdłuż szeregu jezior, przez które przepływa Brda. Choć na wielu odcinkach jest przejezdny rowerem, miejscami staje się bardzo piaszczysty lub zamienia się nagle w wąską ścieżkę nad urwistymi brzegami jezior. Często muszę prowadzić rower, co bardzo spowalnia wycieczkę. Uroki krajobrazu rekompensują to jednak całkowicie. Mijam piękne, połączone ze sobą jeziora: Kosobudno, Dybrzyk, Łąckie, Małołęckie. Nadal jestem zupełnie sama - nie ma turystów, żeglarzy, kajakarzy, nawet wędkarzy. Wokół tylko prześwietlony słońcem sosnowy las i lśniąca woda. Droga prowadzi raz w górę, raz w dół (skutek działań lodowca), więc czasem patrzę na jeziora z wysokości kilkunastu metrów, a czasem zjeżdżam do samej wody. Za Jeziorem Małołęckim szlak biegnie znów brzegiem Brdy, później wzdłuż jeziora Wityczno i ponownie nad rzeką.

Zmęczona docieram popołudniem do wsi Swornegacie. Zaskakująca nazwa pochodzi od kaszubskich słów swora i gaca. Warkoczami plecionymi z korzeni sosnowych (swora) mieszkańcy umacniali (gacili) brzegi jezior i rzek. W historycznych dokumentach zachowały się też inne nazwy: Swornigac, Swornegacz, Sworngatz, Swornogac. We wsi można wypożyczać kajaki, jest sporo miejsc noclegowych, sklepy spożywcze i restauracja (nieczynna poza sezonem, więc obywam się bez obiadu). Od 2004 r. działa tu Kaszubski Dom Rękodzieła Ludowego. W krytym trzciną, szalowanym drewnem budynku z podcieniami obejrzałam stare narzędzia rolnicze i przedmioty codziennego użytku. Wśród wag, młynków i żelazek z duszą ze zdziwieniem odnalazłam dwie butelki słodkiego, białego wina Atut wyprodukowanego w Chełmnie w latach PRL-u. Można tu kupić serwetki i poduszki haftowane w kaszubskie wzory, wiklinowe koszyki i niewielkie drewniane rzeźby. Warto zajrzeć do neobarokowego kościoła św. Barbary zbudowanego w latach 1912-16 z wieżą zwieńczoną miedzianym hełmem - wnętrze pokrywa efektowna secesyjna polichromia.

***

Ostatniego dnia niebieskim szlakiem jadę wzdłuż dużego rynnowego Jeziora Karsińskiego (648 ha). Później lasem, do miejsca, gdzie poprzez jezioro Długie łączy się ono z jeszcze większym rynnowym Jeziorem Charzykowskim (1363 ha). Pomiędzy nimi leży kolejna kaszubska wieś, Małe Swornegacie, doskonale znana kajakarzom i żeglarzom. W lesie mnóstwo domków kempingowych, we wsi gospodarstwa agroturystyczne i pokoje do wynajęcia. Latem musi tu panować niezły harmider, teraz jest pusto i cicho.

Jadąc dalej zielonym szlakiem wzdłuż Jeziora Charzykowskiego, po drugiej stronie drogi widzę niewielkie jezioro Mielnica. Po porośniętym trzcinami brzegu stąpają trzy smukłe żurawie. Gdy zatrzymuję rower, płoszy je nieznaczny stukot i odlatują, łopocząc głośno wielkimi skrzydłami. Przez chwilę mogę jeszcze obserwować, jak krążą nad jeziorem. Mijam leśniczówkę Bachorze i wybieram szlak czerwony, chcąc jak najdłużej jechać wzdłuż jeziora. Droga mnie rozczarowuje, mijam coraz więcej ośrodków turystycznych, miejscami szlak prowadzi przez ich tereny. Przez jeden z nich nie mogę przejechać - rower nie mieści się w wahadłowej furtce. Pracownik ośrodka pomaga mi go przenieść nad ogrodzeniem. Przy wsi Stary Młyn szlak odbija od Jeziora Charzykowskiego w las. Dojeżdżam do Jarcewa. Ostatnią przyrodniczą przyjemnością jest brukowana zabytkowa aleja wysadzana kasztanami i dębami, która prowadzi prawie do samych Chojnic. Omijają ją kierowcy, więc znowu jadę sama. Z daleka widzę wieże chojnickich kościołów, czerwone dachy Starego Miasta, osiedla z wielkiej płyty.

O Chojnicach Jan Długosz pisał, że to klucz i brama Pomorza. Zapewne z tego powodu wielokrotnie zmieniały przynależność państwową. W XIV w. opanowali je Krzyżacy - wznieśli kościół farny i zakończyli budowę fortyfikacji (dzięki dobrze zachowanym murom obronnym łatwo sobie wyobrazić kształt średniowiecznego miasta). Zwycięstwo pod Grunwaldem przywróciło Chojnice Polsce, jednak już w 1454 r., po przegranej bitwie pod Chojnicami, ponownie zajął je zakon. 12 lat później, po trzymiesięcznym oblężeniu, zdobyły je oddziały koronne. Po rozbiorach należały do Prus, do Polski wróciły po odzyskaniu niepodległości.

Najstarszym zabytkiem sakralnym w mieście jest XIV-wieczny kościół Ścięcia św. Jana Chrzciciela. Trójnawową bazylikę wspierają dwa rzędy masywnych, ceglanych filarów. Potężna, XIV-wieczna Brama Człuchowska prowadzi na odnowiony rynek. W jednej z pierzei stoi efektowny neogotycki ratusz z czerwonej cegły, zaprojektowany na początku XX w. przez berlińskich architektów. Zdobią go modernistyczne dekoracje roślinne. Ostatni zabytek, jaki oglądam w Chojnicach, to XIX-wieczny budynek dworca kolejowego. I tutaj w pierwszych kroplach deszczu kończy się moja wiosenna rowerowa wyprawa.