Na narty!

Choć zmarzluchom tęskno już do ciepła, wszystko wskazuje na to, że zima jeszcze potrzyma i będzie się można wybrać się na narty - przynajmniej w północno-wschodniej Polsce.
Zupełnie nie pojmuję, dlaczego turystyka narciarska na nizinach jest u nas tak mało popularna? W Skandynawii na narty biegowe lub śladowe ruszają całe rodziny. Na nartach - dość poślednich, ale za to powszechnie - jeżdżą nawet na biednej Białorusi, a u nas tylko zjazdówki i zjazdówki. Gdy tymczasem narty biegowe czy też szersze od nich, śladowe, to sport wspaniały. Nie dość, że sprzęt (nawet bardzo dobry) kosztuje wielokrotnie mniej od zjazdowego, a używany komplet można kupić nawet za mniej niż 100 zł, to w dodatku niepotrzebne nam są góry. A skoro tak, to nie potrzeba też wyciągów i całej infrastruktury, jak choćby ratraki i sztuczne naśnieżanie, która zwykle bardzo szkodzi środowisku.

Na szerokich, śladowych nartach bez trudu dotrzemy wszędzie, gdzie dusza zapragnie. Niepotrzebne nam drogi ani ubite trasy. Po jakimś czasie można bez trudu łazić nawet po bardzo gęstym lesie. Wiem coś o tym, bo jeżdżę tak od lat. I naprawdę nie ma nic przyjemniejszego niż "połykanie" przestrzeni w lasach, a leśne doliny rzek są wprost cudowne. Nie ma się co bać gałęzi ani zwalonych drzew - bez trudu pokonamy je na nartach.

Polecam ten sport również dlatego, że łatwo się go nauczyć. Wystarczy najpierw trochę poczłapać, a potem zacząć się ślizgać - jedna narta do przodu, druga, odpychanie na przemian kijkami (to naprawdę nietrudne - Nuria, która pochodzi z południa Hiszpanii, a tam niewiele miała do czynienia z nartami, nauczyła się w jeden dzień). Ruchy są tak instynktowne, że nie trzeba żadnych lekcji ani treningów (nawet nieco trudniejszy krok łyżwowy po jakimś czasie przychodzi bardzo łatwo).

Zamiast więc tłoczyć się w górach, czekać godzinami w kolejkach do wyciągów i wydawać nie wiem ile na sprzęt, wybierzmy się na północny wschód z nartami śladowymi. Tereny są wspaniałe i przeżycia będą niezapomniane.