Powiedzieli sobie "tak" na Mount Evereście. Ich zdjęcia ze ślubu wywołują dreszcze

10.05.2017 11:51
Ślub na Mount Evereście? Czemu nie - zwłaszcza, jak znajdzie się chętnego na jego udokumentowanie fotografa

Ślub na Mount Evereście? Czemu nie - zwłaszcza, jak znajdzie się chętnego na jego udokumentowanie fotografa (fot. instagram.com/charletonchurchill/)

Jak wiele par, Ashley Schmeider i James Sisson marzyli o tym, by ich ślub był wyjątkowy. I był, bo mało kto może się pochwalić tym, że przysięgę małżeńską złożył na najwyższej górze świata i przywiózł z niej zdjęcia, które obiegły cały świat.

Ślub na plaży albo w eleganckim lokalu? Nuda. Przynajmniej dla świeżo upieczonych małżonków Ashley i Jamesa, którzy wymyślili coś, co sprawiło, że zainteresował się nimi cały świat.

Para postawiła bowiem na bardzo nietypową lokalizację - Mount Everest. Mimo że nie dotarli na sam szczyt, który ma dokładnie 8488 m n.p.m., i tak udało im się o własnych siłach zajść wysoko, bo aż do obozu na wysokości niemal 5200 m.

Razem z nimi, dzielnie znosząc mroźne temperatury, chorobę wysokościową i głęboki śnieg, przez bite trzy tygodnie wspinał się fotograf Charleton Churchill, którego zadaniem było uwiecznić ten niezwykły i ważny dla pary z Kalifornii moment.

Jego poświęcenie dla pracy jest godne podziwu, biorąc pod uwagę to, że w swoim ekwipunku musiał dodatkowo zmieścić i nieść profesjonalny sprzęt fotograficzny.

Na pewno wymagało to też wielu przygotowań i planowania - Ashley i Jamesowi zajęły one aż rok, ale wejście na Czomolungmę to nie bułka z masłem, więc nie zaniedbali niczego, także treningów przed tą wspinaczką.

Z relacji, którą fotograf prowadził na Facebooku i Instagramie wynika, że w dniu, w którym dotarli do obozu, było około -15 °C. To jednak nie odstraszyło kreatywnych małżonków przed przebraniem się na czas ceremonii i do zdjęć w tradycyjną, białą suknię ślubną oraz garnitur.

Sądząc po reakcjach mediów i internautów z całego świata na zdjęcia dokumentujące  ich wyprawę, było warto. Szczęśliwe twarze 32-latki i jej 35-letniego męża mówią zresztą same za siebie.

Mimo że sam ślub musiał się obejść bez gości i miał bardzo prostą ceremonię, trudno mówić tu o skromnej oprawie.

Zapierające dech w piersiach widoki i otoczka wyjątkowości najwyższego szczytu świata sprawiły, że zaślubiny Ashley i Jamesa wzbudziły powszechny zachwyt, a im samym oraz ich fotografowi, przysporzyły sporo popularności - jak twierdzi Charleston, został dosłownie zasypany zaproszeniami do wywiadów telewizyjnych i prasowych.

Więcej niesamowitych zdjęć z wyprawy na Mount Everest i innych autorstwa Churchilla, który specjalizuje się w takich niestandardowych plenerach (i reklamuje się jako "przygodowy fotograf ślubny"), można zobaczyć na jego stronie.

On sam przyznał, że dzięki wyprawie na Czomolungmę wreszcie jest w stanie odpowiedzieć na często zadawane mu pytanie o jego ulubione miejsce, w którym robił ślubną sesję.

Bez wątpienia można powiedzieć, że Ashley i James wkroczyli we wspólne życie w imponujący sposób, udowadniając, że im ciężkie warunki są niestraszne. Mamy nadzieję i życzymy, żeby ich małżeństwo było równie (wy)trwałe, co oni.

Zobacz też:

Włosi zrobili sobie najdłuższy czerwony dywan - do spacerów. "Udowodniliśmy Niemcom, że jesteśmy lepsi!"

Zwiedzają świat dzięki swoim fantastycznym zdjęciom. Za jedno dostają nawet 35 tys. zł [ZDJĘCIA]

Happy Olo - pogodna ballada o Olku Dobie [ZWIASTUN]

Zobacz także
Komentarze (32)
Powiedzieli sobie "tak" na Mount Evereście. Ich zdjęcia ze ślubu wywołują dreszcze
Zaloguj się
  • dfgfdg

    Oceniono 15 razy 13

    Że co??? :D:D:D Co to znowu za gimnazjalista pisał?

    Przecież 5200 m to nawet nie jest Everest Base Camp, z którego wyruszają wszystkie wyprawy, a tam można sobie pójść na wycieczkę bez praktycznie żadnego przygotowania (no ok, trzeba parę dni iść ale to nie jest żadna wspinaczka tylko normalny szlak wysokogórski).

    Jak zwykle publikujecie jakies bzdety bez jakiejkolwiek refleksji... "Tak na Mt. Everest",,, co za bzdury...

  • golek1

    Oceniono 15 razy 11

    Szkoda, że artykuł pisała osoba, która nie ma pojęcia w tym temacie. Nie na Evereście a pod. 5200m oznacza, że byli nie w "obozie" tylko na zwykłej turystycznej drodze, gdzieś pomiędzy Lobuche a Gorak Shep - zdjęcia zresztą są dowodem na lokalizację. Fotograf zapewne nie niósł ze sobą nic poza aparatem i kilkoma drobiazgami. Resztę dźwigał tragarz. Państwo młodzi zapewne też nie musieli się zbytnio trudzić z większą garderobą.
    "przez bite trzy tygodnie wspinał się fotograf"' - heh...
    W tekście pada słowo "wspinaczka" - zaręczam, że droga jest do przejścia z rękami w kieszeniach. A trzy tygodnie to zapewne trwał cały wyjazd z domu do domu. Pod Everest z lotniska w Lukli idzie się ok. 6 dni.
    Ale jak za pisanie artykułów bierze się osoba która w górach widziała tylko Morskie Oko jadąc fasiągiem i zaliczyła wspinaczkę na Gubałówkę to nie ma się czemu dziwić.

  • as.pik

    Oceniono 6 razy 6

    Nie dość, że to w ogóle idiotyzm, to jeszcze "ślub na Evereście" oznacza, że wzięli go na wierzchołku. Na wierzchołek nie tylko nie weszli, ale nawet się do niego nie zbliżyli. Doszli do obozu bazowego, czyli tam, gdzie się właściwa droga zaczyna. No, ale tytuł "Ślub w bazie pod Everestem" nie brzmiałby efektownie.

  • 19orion87

    Oceniono 4 razy 4

    Wchodzę, bo myślałem, że faktycznie wyczyn, a tu młoda para nawet nie dotarła do właściwej góry.
    Everest ma 8848 m n.p.m., tak na marginesie.

  • yakobi

    Oceniono 6 razy 4

    dodajcie jeszcze 400m do wysokości góry i będzie w porządku :p (8848)

  • krzepki.harry

    Oceniono 3 razy 3

    Przerost formy nad treścią, młoda para kładzie nacisk na to, jest najmniej ważne. Pytanie więc ciśnie się samo: kiedy rozwód? Nie pytam nawet "czy"... to tylko kwestia czasu...

  • siwywaldi

    Oceniono 2 razy 2

    Po chu... im był fotograf? Nie wystarczyła sweet-focia? :-)

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

Najczęściej czytane