Patagonia. Raj dla szaleńców [REPORTAŻ]

W 2001 r. przeszło tędy zaledwie 25 turystów. Dwa lata później: 189. My od kilku godzin idziemy sami, nikogo przed nami, nikogo za nami. Po prawej kilkaset kilometrów lądolodu, fiordów, a potem Pacyfik, po lewej dobre dwieście kilometrów gór i pampy. Wydaje ci się, że Torres del Paine jest dzikie? Źle ci się wydaje. O prawdziwie dzikiej Patagonii pisze Łukasz Długowski.

Stanąłem przed argentyńskimi żołnierzami i rozłożyłem na stole mapę Patagonii.

Pochylili nad nią swoje zielone czapki.

- Jak stąd przejechać do Chile? – zapytałem.

- Nie ma jak. Stąd na północ są tylko lód i góry - jeden pokazał palcem.

Upierałem się. Mówiłem, że to absurdalne, żeby jechać dookoła 1000 km, skoro od Chile dzieli nas trochę ponad 100 km. Musi być jakieś przejście.

- Nie ma. Jest lądolód.

Hielo Norte to trzeci pod względem wielkości lądolód na świecie. Jest tak odludny, trudny i nieprzyjazny, że dotychczas przeszły go tylko trzy osoby. Nie byłem gotowy na to, żeby być czwartą. Wsiadłem w autobus i nadłożyłem te przeklęte 1000 km. Był rok 2004. Dziesięć lat później dowiedziałem się, że przejście jednak istnieje. Lonely Planet pisze, że to trasa dla szaleńców.

Rejs z kozami

Droga pojawiła się tutaj kilkanaście lat temu. Biali osadnicy niewiele wcześniej, bo około 1914 r. Dzisiaj cała populacja Villa O’Higgins liczy sobie mniej niż przeciętny blok w Polsce – 612 osób. Mają lotnisko, cztery spożywczaki, radio, budują stację benzynową. W centrum jest pole namiotowe, a po lokalnym parku spacerują kury. Autobus przyjeżdża raz w tygodniu. Kończy tu trasę, bo Villa O'Higgins to ostatnie miasteczko na liczącej 1250 km Carretera Austral biegnącej przez chilijską część Patagonii. Dalej jest Hielo Norte, góry i Argentyna, z której próbowałem się tu dostać 10 lat wcześniej.
Ósma rano, powinniśmy odjeżdżać. Ósma piętnaście, dwadzieścia - nadal czekamy.

Nie ma kierowcy, nie wiadomo gdzie jest autobus. Łódź niedługo odpłynie. Podchodzi kobieta z hostelu El Mosco, w którym spałem:

- Nadal go nie ma? Pewnie śpi.

Poszła na tyły hotelu, walnęła pięścią kilka razy w drzwi i wróciła z kierowcą, który w biegu zakładał koszulkę. Ruszyliśmy w 133 km podróż.
W sezonie łódź pływa kilka razy w tygodniu. Jeszcze kilka lat temu na drugą stronę jeziora można było przepłynąć tylko cztery razy w miesiącu, razem z kozami i żywnością dla pograniczników. Na Quetru są carabineros, którzy jadą zmienić kolegów na granicy, grupka turystów - płyną zobaczyć lodowiec O’Higgins, i siedem osób, które chcą przejść do Argentyny.

Płyniemy przez jezioro O’Higgins. Tysiąc kilometrów kwadratowych roztopionego lodowca. Głębokość - 836 metrów, najwięcej w Ameryce. Jezioro w połowie należy do Chile, w połowie do Argentyny, gdzie zmienia nazwę na San Martin.

Mamy szczęście nie tylko, że zdążyliśmy, ale także, że łódka w ogóle wypłynęła. Na O’Higgins często wieje tak mocno, że rejsy są odwoływane. Jeden anulowali nam dwa dni wcześniej. Warunki znośne do pływania oznaczają, że wieje nie więcej niż 54 km/h, tak jak teraz.

Chociaż Quetru ma rozmiar autobusu przegubowego, na falach podskakuje jak gumowy ponton. Siedzimy z Edytą, Polką, którą spotkałem po drodze, na górnym pokładzie. Co minutę zalewa nas fala. Buja i duje tak mocno, że po pokładzie chodzę w półprzysiadzie, dodatkowo trzymając się burty. Po prawie trzech godzinach dopływamy do Candelario Mancilla, gdzie można wynająć konie, żeby kłusem wjechać do Argentyny. Z przystani do posterunku granicznego Chile jest rzut beretem, ale stromą drogą. Edyta szeroko się uśmiecha i już po chwili jeden z chilijskich żołnierzy prowadzi jej rower obwieszony ciężkimi sakwami.

Niedźwiedzie

Pogranicznicy widoki mają piękne: ich budka stoi na skalistym brzegu jeziora, wokół dzikie góry, na wyciągnięcie ręki lodowiec. Ale warunki życia marne: domki, w których mieszkają w zimnie, deszczu i huraganowym wietrze, wyglądają jak chatki w polskich ogródkach działkowych. Dykta, drewno i blacha. Wokół nich biegają kozy, pod nogami plączą się kury.

Chociaż Edyta mogłaby pojechać na rowerze, a ja dreptać sam, umawiamy się, że idziemy razem. Początek jest paskudny: prawie 700 metrów stromego podejścia żwirową drogą. Żwir często ma wielkość pięści, trudno po tym prowadzić rower, nie mówiąc o jechaniu.

Kilkakrotnie proponuję jej, że możemy się zmieniać, mogę poprowadzić rower, albo przeładować część ładunku z sakw do plecaka, ale nie chce o tym słyszeć. Spocona przeklina drogę, ale macha na mnie ręką. Jedyne, co mogę zrobić, to iść na tyle wolno, żeby nie straciła mnie z oczu. Wykombinowałem sobie, że jak będzie mnie miała przed sobą, nie zwolni i nie zatrzyma się, a będzie powoli drałowała do przodu. Kiedy droga przestaje się już wspinać i jest w miarę płasko, tempo mamy spacerowe. Edyta opowiada mi, że jak będziemy mieli pecha, możemy spotkać pumy i niedźwiedzie.

- Niedźwiedzie w Patagonii?

Nie chce mi się wierzyć, ale skoro mówi, że to sprawdzała, to czemu mam jej nie wierzyć. (Później dowiem się, że niedźwiedzie w Patagonii jednak nie występują. Istnieje gatunek niedźwiedzia andyjskiego, ale żyje w górach, na północ od Argentyny. Pum za to jest na pęczki). Po dwóch godzinach zatrzymujemy się na rozległej polanie, Puesto Percic, która robi za pastwisko dla krów. Kryjemy się przed wiatrem w trójkątnych szałasach zbitych z drewnianych bali.

Nie bardzo wiadomo, kto tu przychodzi wypasać krowy, bo na mapach te 22 km między brzegiem w Chile a brzegiem w Argentynie wyglądają jak pas ziemi niczyjej. Żadnych wsi, domów, zagród, tylko rzeki, jeziora i góry. Nie bez przyczyny ludzie piszą o tym miejscu jako jednym z najdzikszych zakątków Patagonii dostępnym dla turystów.

Przeszedłeś trasę „W” w Torres del Paine, może nawet zrobiłeś Pełne Kółko i widziałeś wieże. Piękne, oczywiście, ale pewnie zastanawiasz się, co w tej „dziczy” robiły budynki z generatorami prądu, światło elektryczne i bieżąca woda? Jeśli naprawdę chcesz doświadczyć patagońskiej dziczy w surowej wersji, prawdziwa przygoda czeka cię dopiero tutaj.

- pisze Casey Tane na blogu erraticrock.com.

Rzeczywiście jest w tym miejscu coś pierwotnie dzikiego. W 2001 r. przeszło tędy zaledwie 25 turystów. Dwa lata później: 189. My od kilku godzin idziemy sami, nikogo przed nami, nikogo za nami. Po prawej kilkaset kilometrów lądolodu, fiordów, a potem Pacyfik, po lewej dobre dwieście kilometrów gór i pampy.

Co najmniej dzień drogi dzieli nas od El Chalten w Argentynie. Smaczku temu miejscu dodaje fakt, że oba kraje co jakiś czas prężą muskuły, chcąc udowodnić swoje prawo do niego. Widać to, kiedy przekraczamy granicę. Chociaż jesteśmy w środku niczego, to po argentyńskiej stronie napotykamy na opuszczone hangary wojskowe.

Zaledwie 60 lat temu doszło do bitwy, jak nazywają to Argentyńczycy lub incydentu, jak wolą o tym mówić Chilijczycy (może dlatego, że przegrali?). Poszło o to, że carabineros w obronie osadnika Domingo Sepulvedy zajęli kilka kilometrów ziemi nad Laguna del Desierto należącą do Argentyny. Zbudowali drewniany posterunek i nie chcieli się wycofać. Pomimo tego, że po miesiącu od inwazji prezydenci obu państw ustalili pokojowy powrót do status quo, argentyńscy wojskowi rozpoczęli operację „Lago del Desierto”. Całkiem prawdopodobne, że chcieli zrobić pokazówkę, bo do walki z sześcioma carabineros ściągnęli 90 żołnierzy oraz dziennikarzy magazynu „Gente y la Actualidad” (Ludzie i aktualności). Okrążyli Chilijczyków, a kiedy ci chcieli negocjować kapitulację, otworzyli ogień. Jednego zabili, drugiego ranili.

W 1994 r. granica została ostatecznie ustalona, ale co jakiś czas dochodzi do napięć na linii Buenos Aires – Santiago. W związku z nimi, kilka lat temu zawieszono kursowanie statku pływającego przez Lago O’Higgins.

Ze scyzorykiem na pstrągi

Po stronie argentyńskiej szutrowa droga, która utrudniała Edycie życie przechodzi w jeszcze trudniejszą ścieżkę. Od teraz idziemy gęsiego. Edyta co rusz musi przepychać rower przez strumyki, albo pchać go pod górę. Odmawia pomocy, ale kiedy strumyki przechodzą w rzeczki zaczyna mięknąć. Najpierw pozwala mi przytrzymać rower, a kiedy robi się głębiej i szerzej, razem przenosimy sakwy. Jest twarda i wiem, że z moją pomocą czy bez i tak by dała radę, ale skoro możemy sobie ułatwić życie, dlaczego tego nie zrobić?

Kiedy depczemy czwartą godzinę, spomiędzy krzaków wyłania się jezioro, które daje nam fałszywą nadzieję na szybki koniec. Okazuje się, że to Lago Larga, od którego do brzegów Lago del Desierto mamy kolejną godzinę. Scenariusz jest taki sam: góra, dół, rzeka, czasami trzęsawisko, góra, dół. Kiedy już tracimy cierpliwość i opuszczają nas siły, wyłania się finał. Trzy kolory: zielony las, granatowe jezioro i szary Fitz Roy. Ponad trzy tysiące metrów granitu. Jeden z najtrudniejszych szczytów na świecie. Góra-legenda.

Argentyńskiego posterunku granicznego bronią dwaj żołnierze, jedna kobieta, trzy konie i stadko kur. Są dwa pomosty: jeden przy którym stoi łódź patrolowa i drugi, z którego Japończyk łowił ryby. Szło mu w tempie sprinterskim: zarzucał wędkę i po chwili wyciągał pstrąga, zarzucał i znowu wyciągał. Cztery razy pod rząd.

Podszedłem i zapytałem, czy mogę spróbować. Zostałem przeszkolony (to mój pierwszy połów w życiu) i po minucie-dwóch miałem branie. Tłusty, piękny pstrąg. Potem jeszcze raz i jeszcze raz. Jakby ryby w życiu nie jadły.

Tak, jak nigdy w życiu nie łowiłem, tak też nigdy nie patroszyłem. Sprzętu nie miałem imponującego - szwajcarski scyzoryk. Z oprawiania karpia w domu wiem jedno – najpierw trzeba przeciąć kręgosłup, żeby ryba się nie męczyła, potem zająć się wybebeszaniem. Wypatroszone pstrągi nabiłem na kije i z Edytą upiekliśmy je nad ogniskiem. Po kolacji usiedliśmy nad brzegiem jeziora. Gapiliśmy się na Fitz Roya, co jakiś czas wynurzającego się z przepływających chmur. Wzdychaliśmy do niego, sącząc z kartonu czerwone wino i zagryzając je truskawkami z puszki.

Raj na Ziemi

Następnego dnia okazało się, że szliśmy jak burza - całą trasę przeszliśmy w pięć godzin. Dwóm Niemcom, którzy dotychczas pokonywali na rowerach po 100 km dziennie, zajęło to siedem godzin. Naprawdę byliśmy z siebie dumni. W ramach nagrody, zamiast iść wzdłuż Lago del Desierto szlakiem, przepłynęliśmy przez jezioro łódką. Po drodze mijaliśmy lodowiec schodzący z pobliskich szczytów i trąbki powietrzne, które tworzyły się na jeziorze. Edyta znowu użyła swojego uroku i zamiast dreptać 36 km do El Chalten, załadowaliśmy się na pakę pick upa. Wiatr we włosach, kurz w ustach, szczęście w sercu. Raj na Ziemi - Patagonia.

***

Tekst powstał dzięki wsparciu linii lotniczych LATAM Airlines (www.latamairlines.pl) oraz firmy outdorowej The North Face. Podczas wyjazdu testowałem ich buty i namiot.

Buty Verbera Lightpacker GTX

Plusy:
- wygodna wkładka, miękkie podbicie
- pancerne, praktycznie nie do zniszczenia
- wysoka cholewka dobrze stabilizuje stopę i kostkę, uniemożliwia wlewanie się wody przy przechodzeniu przez płytkie strumienie

Minusy:
- ciężar: 1,6 kg para

Namiot Triarch 2

Plusy:
- dwa wejścia, dwa przedsionki, dużo przestrzeni w środku, dwójka, w której spokojnie zmieszczą się trzy osoby
- bardzo lekki: 2180 g waga z dodatkową podłogą, 1700 g waga w wersji ultralight
- bardzo łatwy w rozstawieniu
- odporny na patagońskie wiatry - giął się prawie do ziemi, ale stelaż ani się nie złamał, ani nie wygiął

Minusy:
- jak na tak lekki namiot dość spora objętość po spakowaniu
- cena: 1399 zł

Komentarze (6)
Patagonia. Raj dla szaleńców [REPORTAŻ]
Zaloguj się
  • Daria Grzybowska

    Oceniono 9 razy 7

    ach Patagonia....z rowerowego siodełka wygląda to jeszcze lepiej :)
    Pozdrawiam
    www.namiotnaszdom.wordpress.com

  • pursat

    Oceniono 4 razy -2

    No ładnie tam jest, ale... to taka mniejsza Norwegia a nie żaden raj.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX