Cofka, prąd wsteczny - to rzekomo najczęstsze przyczyny utonięć w Bałtyku. Na pewno? [PYTAMY EKSPERTA]

27.07.2015 16:43
Miedzyzdroje

Miedzyzdroje ()Fot. Cezary Aszkieowicz / Agencja Gazeta)

"Gdybyśmy prowadzili edukację, zamiast stawiać czerwone flagi, ludzie nie tonęliby tak często. Na Hawajach trzech ratowników pilnuje kilometra plaży, u nas dwunastu ratowników pracuje na 100-metrowym odcinku i nie interesuje ich, co jest obok" - mówi Mirosław Kukułka, ekspert ds. ratownictwa. I wyjaśnia, czemu cofka to wcale nie główna przyczyna utonięć Polaków.

Ten artykuł miał być o cofce. Bardzo ważna sprawa, bo cofka rzekomo jest przyczyną większości utonięć w morzach i oceanach. Wszystko przez tekst z rosyjskiego adme.ru, który rozszedł się w Internecie jak świeże bułeczki. Przyznaję, nie umiem czytać cyrylicy, pomógł mi tłumacz Google i tak dowiedziałam się, że za utonięcia odpowiedzialna jest cofka. Informację potwierdziły polskie strony - w sieci krąży kilka na pierwszy rzut oka rzetelnych artykułów o cofce (określanej też czasem jako prąd wsteczny), których autorzy obwiniają tajemnicze zjawisko za większość utonięć w Bałtyku. A tymczasem...

Jak właściwie miałaby topić cofka?

Wyobraź sobie, że kąpiesz się w morzu i nagle silny prąd wciąga cię w jego głąb. Próbujesz płynąć do brzegu, ale siła prądu jest zbyt silna, a fale zalewające cię od drugiej strony utrudniają jakikolwiek ruch. Szarpiesz się, tracisz siły, ryzyko utonięcia rośnie. Tylko to wcale nie cofka.

Zjawisko, o którym tutaj mowa, to prąd strunowy czy też rozrywający. Informację potwierdził mi Mirosław Kukułka, ekspert ds. ratownictwa. Cofka natomiast polega na podwyższeniu poziomu wody i związana jest z warunkami atmosferycznymi - często powstaje po sztormie albo w wyniku bardzo silnych wiatrów. Wiatry wtłaczają wodę w stronę lądu, a poziom wody podnosi się (nawet o 1,5 metra). Cofka jest łatwiejsza do zaobserwowania niż prądy i nad Bałtykiem pojawia się głównie zimą. Gdyby istniało zagrożenie cofką na plaży w sezonie, kąpiel w morzu byłaby zabroniona. Zupełnie czym innym jest prąd rozrywający.

Prąd rozrywający

Świetnie, mamy winowajcę - pomyślałam! Prąd rozrywający (ang. rip current), nazywany też strugowym i wciągającym, skierowany jest prostopadle od brzegu. Powodów jego powstawania jest bardzo wiele. Mirosław Kukułka przedstawił mi jego mechanizm w sposób następujący:

W normalnym trybie fale docierają do brzegu górą i po załamaniu na brzegu wracają przy dnie w głąb morza. Jeśli na drodze prądu przydennego znajdzie się przeszkoda w postaci rewy (wału piasku), woda gromadzi się i doprowadza do rozerwania rewy. W tym momencie obserwujemy dwa prądy równoległe do linii brzegu, jednak ich kierunki sa przeciwne, skierowane ku sobie. W miejscu przerwania zmieniają kierunek w stronę morza - dlatego czasem widzimy, że coś lub ktoś płynie równolegle do brzegu, a następnie jest wynoszony z prądem prostopadle od brzegu w morze.

Taki prąd może osiągać prędkość do 1-2 m/s i sięgać nawet kilkudziesięciu metrów szerokości.

Jak się wydostać?/ Fot. Infografika: Gazeta.plJak się wydostać?/ Fot. Infografika: Gazeta.pl Jak się wydostać?/ Fot. Infografika: Gazeta.pl

Powszechnie uważa się, że prądy rozrywające wciągają ludzi pod wodę, w rzeczywistości jednak po prostu przenoszą ich daleko od brzegu. W takiej sytuacji najgorszym rozwiązaniem jest próba dopłynięcia z powrotem do brzegu - prąd jest bardzo silny i pływak szybko traci siły.

Co w takim razie należy zrobić? Są dwa rozwiązania. Pierwsze, możemy zacząć płynąć w lewą bądź prawą stronę, równolegle do brzegu. Trzeba tylko uważać, żeby z powrotem nie znaleźć się w obrębie prądu. Drugim rozwiązaniem jest popłynięcie wraz z prądem w głąb morza i kiedy przestaniemy czuć jego oddziaływanie, znowu zmiana kierunku na równoległy do brzegu - w ten sposób należy spróbować opłynąć prąd. Najważniejsze jednak jest zachowanie spokoju - utonięcia są najczęstsze w przypadku osób (nawet doświadczonych pływaków), które w panice próbują wydostać się na brzeg.

Prądy, cofki i szoki

Prąd rozrywający jest niebezpieczny, nie miejmy co do tego wątpliwości. W pierwszej wersji tekstu zwaliłam na niego winę za większość utonięć w Bałtyku i innych akwenach, podkreśliłam także, jak groźny jest dla kąpiących się w wodzie dzieci.

Jednak Mirosław Kukułka uświadomił mi prawdę oczywistą:

Przyczyną większości utonięć jest brak umiejętności pływania, brak podstawowej edukacji w zakresie bezpieczeństwa w wodzie, alkohol i niefrasobliwość - tak zwany czynnik ludzki. Siły natury i przyroda są winne w niewielkim stopniu.

Co można z tym zrobić?

Gdybyśmy prowadzili edukację, zamiast stawiać czerwone flagi, ludzie nie tonęliby tak często. Na Hawajach trzech ratowników pilnuje kilometra plaży, u nas dwunastu ratowników pracuje na 100-metrowym odcinku i nie interesuje ich, co jest obok.

Pojawia się więc pytanie, skąd nagły wysyp informacji o niebezpiecznej cofce, skoro głównym powodem utonięć w Bałtyku jest niewiedza i brak umiejętności pływania.

Mirosław Kukułka, ekspert ds. ratownictwa, odpowiada mi w sposób następujący: 

To kwestia braku wiedzy i modnych tematów. Teraz prąd wsteczny, wcześniej był szok termiczny itp.

Podkreśla też różnice w podejściu do kwestii bezpieczeństwa nad wodą w innych krajach. W wielu miejscach na świecie ratownictwo polega przede wszystkim na edukacji. Wtedy niepotrzebna jest masa sprzętu i kilkunastu ratowników na plaży - a tak to wygląda nad Bałtykiem, gdzie ratownictwo jest nie tyle prewencyjne, co nastawione na działanie w razie wypadku:

Gdyby nasi ratownicy mieli pracować tak, jak ich koledzy w Hiszpanii, Portugalii czy na Hawajach, to by wszystko rzucili i uciekli. Nasze jedno kąpielisko w Gdyni ma więcej sprzętu i ludzi niż cała wyspa Maui i połowa plaży w San Diego.

Ostrzeżenie przed prądem rozrywającym w Kostaryce/ Fot. CC BY 2.0/ Victoria Reay/ Flickr.comOstrzeżenie przed prądem rozrywającym w Kostaryce/ Fot. CC BY 2.0/ Victoria Reay/ Flickr.com Ostrzeżenie przed prądem rozrywającym w Kostaryce/ Fot. CC BY 2.0/ Victoria Reay/ Flickr.com

Świadomość zagrożenia

A jeśli chodzi o dzieci?

Główną przyczyną utonięć dzieci jest brak nadzoru i opieki rodziców. W połączeniu z brakiem świadomości i podstawowej wiedzy na temat tego, co dzieje się w wodzie, daje krytyczną liczbę utonięć dzieci. Jeśli nie mamy świadomości tego, co się dzieje wokół nas i nie wiemy, jak unikać zagrożeń, wówczas, nawet trzymając dziecko za rękę, możemy je stracić. Fala o wysokości metra to około 1000 kg w jednym metrze sześciennym. Taka masa potrafi przestawić samochód, z łatwością przewraca dorosłego, wyrywa dziecko z dłoni i przygniata do dna, a następnie porywa w dowolne miejsce.

- tłumaczy Mirosław Kukułka.

Metrowa fala albo prąd w polskim morzu - to nie jest niecodzienne zjawisko ani wyjątkowa okoliczność. Jedziemy nad Bałtyk, żeby właśnie wśród takich fal się kąpać. Powinniśmy więc sami, na własną rękę dokształcić się w temacie, wiedzieć, czego możemy spodziewać się w wodzie. Choć, jak ustaliliśmy, prąd rozrywający nie jest główną przyczyną utonięć - mam nadzieję, że ten tekst choć trochę przysłuży się do zwiększenia świadomości możliwych zagrożeń.

Zobacz także
Komentarze (117)
Cofka, prąd wsteczny - to rzekomo najczęstsze przyczyny utonięć w Bałtyku. Na pewno? [PYTAMY EKSPERTA]
Zaloguj się
  • szczypr

    Oceniono 360 razy 312

    "Fala o wysokości metra to około 1000 kg w jednym metrze sześciennym"

    Co więcej, fala o wysokości centymetra to również około 1000 kg w jednym metrze sześciennym :)

  • maxthebrindle

    Oceniono 338 razy 272

    Gdy moja nastarsza corka poszła po raz pierwszy do małej, wiejkiej szkołki w Irlandii byłem zdziwiony, ze kazano nam kupić kostium na OBOWIĄZKOWE lekcje pływania, skoro najbliższy basen był o 25 km od naszej wioski. Okazało się, że dzieciaki przez kilka tygodni, w kazdy wtorek wsiadały w autokar i jechały na lekcję, i tak od pierwszej do ostatniej klasy podstawówki.
    Naszej Małej pływanie się spodobało, a ponieważ ja i tak dojeżdząm sporo do pracy korzystając z komunikaci publicznej, zanim skonczyla podstawówkę przeprowadziliśmy się o te 25 km do miasteczka (17 tysiecy mieszkancow wraz z przyległościami, duza hala sportowa, kryty basen, teatr, kino z pięcioma salami, duża, nowoczesna biblioteka publiczna, galeria sztuki) i kupiliśmy jej karnet na basen (miesieczna opłata - 20 euro i w godzinach tzw. public można pływać do woli). Po paru mieiącach zaproponowano nam, by zapisac ja do klubu i tak tez się stało.
    Dzisiaj córka, która własnie zaczyna szkołę średnią ma juz na koncie garść medali lokalnych i krajowych zawodów w swojej kategorii wiekowej, jest też 'pod obserwacją' trenerów kadry narodowej. W klubie jest tez jej mlodszy brat (takze medalista) a najmłodszy pracuje nad minimami, by do klubu sie dostać. Oboje starszych zalicza corocznie jeden z wyzszych etapów tzw. Water Safety - dziś już wiem, że obowiązkowe lekcje pływania dla dzieci nawet z odległych wiejskich szkół są elementem tego programu. Czlonowie klubów pływackich mają mozliwość zaliczenia wyższych etapow, które nie tylo dają im po ukończeniu 16 lat prawo do pracy w charakterz ratownika basenowego i nauczyciela pływania, ale także uożliwiają opanowanie zasad ratownictwa na wodach otwartych i w oceanie.
    Po co to opisuję? Ano mam taką refleksję, że JEDYNĄ drogą do zapewnieia bezpieczenstwa w wodach wszelakich jest EDUKACJA od najmłodszych lat, ale musi byc ona powszechna. Nie chcę mieszać pływania z polityka, ale mam wrażenie, że gdyby polskim dzieciakom zafundować lekcje pływania zamiast religii, nic by sie złego nie stało. No ale skoro uznaliśmy, ze ratowanie duszy jest ważniejze od ratowania życia...

  • zz1026

    Oceniono 221 razy 141

    uczyc zamiast czerwonych flag?

    sorry ale ten narod to przyglupy ich sie nie da nauczyc niczego
    tu potrzebna jest prosta rzeczy typu czerwona flaga
    czego wy chcecie uczyc skoro idioci mimo ze przez cale zycie slysza "jak sie nachlales to nie wchodz do wody" to i tak wlazi?

  • Marian Jakl

    Oceniono 131 razy 113

    Jest jeszcze jedna metoda, przećwiczyłem niechcący na sobie. Jednak tylko dla dobrych pływaków. Kiedyś nad morzem spotkał mnie ten prąd, nie wiedziałem co to jest więc na początku miałem sporą panikę. Kumple sobie siedzieli na plaży i coraz bardziej się oddalając widziałem jak kompletnie nie zwracają na mnie uwagę. Co nie dziwi, bo kiedyś pływałem sportowo i nawet 8 km w basenie dawałem radę w najlepszej formie. Tylko,że basen to nie morze;)Więc spanikowałem i nie miałem tej wiedzy,ale wpadłem nie wiem czemu na dziwny pomysł. Ponieważ zawsze lubiłem nurkowac to zacząłem nurkować z jakiś metr, może półtora i płynąć w kierunku plaży. Okazało się,że na tej głębokości się dało. Oczywiscie za daleko się nie popłynie, nawet w formie, ale po kazdym wynurzeniu widziałem,ze się zbliżam. Tym sposobem dopłynąłem do plazy,ale straciłem sporo nerwów i kalorii. Wrażenie, kiedy nie możesz płynąć normalnie do przodu nie do opisania. A tymczasem okazuje się,ze gdybym miał wiedze, to bez wielkiego wysiłku popłynąłbym w bok;)nieźle.

  • akni4

    Oceniono 139 razy 81

    u nas zamiast lekcji religii które tylko ogłupiają dzieci, powinno się wprowadzić naukę pływania, naukę ekonomii, naukę oszczędności na co dzień ,itp.itp. nauk pożytecznych do życia!!!!!

  • kibicokazjonalny

    Oceniono 67 razy 65

    Witam! Przez 10 sezonów pracowałem na kąpielisku nadmorskim jako ratownik. W WOPRze doszedłem do stopnia Instruktora Ratownictwa i choć od paru lat - z przyczyn o których poniżej - nie angażuję się w ratownictwo jak kiedyś, chciałbym dodać parę słów od siebie. Według mnie gwałtowny wzrost liczby utonięć w ostatnich latach nie jest spowodowany przez prądy, cofki itp. które przecież nie występują w Bałtyku od wczoraj, ale przez niemal zupełną dekompozycję WOPRu jako organizacji. Kiedy zaczynałem przygodę z ratownictwem (pod koniec ubiegłego wieku) chętnych na kursy było zazwyczaj więcej niż miejsc na nich, kursy centralne (na wyższe stopnie) były "elitarne", aby zostać instruktorem należało zajmować się ratownictwem przez minimum 6 lat, wraz z odpowiednimi stażami i pracą na różnego rodzaju kąpieliskach. Niestety teraz kursy ratownicze może prowadzić osoba, która z ratownictwem miała cokolwiek wspólnego przez 2 lata. WOPR stracił monopol na prowadzenie szkoleń. Niestety na własne życzenie - grupa ludzi zwietrzyła możliwość zarobienia niezłych pieniędzy na dodatkowych szkoleniach, których zasadność - oprócz finansowej - była mocno naciągana. Tworzenie dodatkowych stopni, sztuczne pójście w "zawodowstwo" w organizacji, która w swojej nazwie ma słowo "ochotnicze" spowodowało gwałtowny odpływ młodych ludzi, którzy przecież zazwyczaj nie dysponują wolnymi zasobami pieniężnymi na dodatkowe niewiele dające szkolenia. Tutaj rzeczywiście mamy poważną lukę w systemie edukacji. Nie wiem, czy ktoś jeszcze pamięta, że 15 lat temu w gminie Mielno odbywały się eliminacje do pracy? Oceniane były różnie, ale świadczyło to chociażby o tym, że chętnych było więcej niż miejsc, bo ta praca to była fantastyczna przygoda i nobilitacja. Teraz coraz więcej jest osób z przypadku i coraz gorzej wyszkolonych. Jednocześnie przecież zwiększyła się ilość pływalni w Polsce, czyli - teoretycznie - jest dużo więcej osób trenujących pływanie, a co za tym idzie powinno być więcej chętnych do zostania ratownikiem. Niestety WOPR wśród swoich członków zaczął być postrzegany jako organizacja, która cały czas wyciąga ręce do ich portfeli. Mam nadzieję, że nowe władze WOPRu zauważają tę sytuację i postarają się ją zmienić, choć teraz - bez monopolu - będzie im bardzo trudno. Szkoda mi, że pod przykrywką zawodowstwa i wymogów unijnych osoby wywodzące się z WOPRu rozmontowały tę organizację. Jasne, że WOPR wymagał zmian, ale - jak widać - bardziej przemyślanych, bo działało to całkiem dobrze. Niestety Panie Telak (były prezes WOPR), to wszystko zdarzyło się podczas Pana rządów, więc trudno o to Pana nie obwiniać. Jeszcze słowo o tym, co napisał Pan Kukułka - gdy pracowałem na plaży oczywiste było to, że gdy pogarszały się warunki i zmienialiśmy flagę na czerwoną (zakaz kąpieli), to większość ratowników przesuwała się na akweny niestrzeżone, bo tam wtedy robiło się niebezpiecznie. Nie mogliśmy zabronić tam ludziom wejścia do wody, ale pilnowaliśmy, by było bezpiecznie. Tak wyszkolili nas instruktorzy z WOPRu i tak później szkoliłem swoich kursantów. Na 100m plaży było nas 4. lub 5. choć przepisy wymagały 3. Mieliśmy dużo mniej sprzętu niż ratownicy mają teraz i przez wiele lat nie mieliśmy przypadku utonięcia. Ciekawe, czy któryś z panów redaktorów kiedyś opisze rzetelnie to, co stało się z WOPRem przez ostatnie 10 lat. Dla osób związanych z ratownictwem byłaby to ciekawa lektura.

  • spokojny_swir

    Oceniono 47 razy 45

    Tylko jedno pytanie: dlaczego takiej tablicy, jak na ostatnim obrazku nie ma przy każdym wejściu na plażę?

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX

  • Hotele
  • Szukaj hotelu

  • Szukaj hotelu w Zurychu

  • Szukaj hotelu w Bazylei