Roztocze i Polesie na weekend - kraina (zbyt) wielu możliwości (zwłaszcza dla niezdecydowanych)

To miał być weekend improwizacji i ulegania zachciankom. I był! Spłynęliśmy kajakami polską Amazonką, odwiedziliśmy miasto idealne, a z hamaka na końcu świata podglądaliśmy figlujące wiewiórki. Okazało się, że dwa dni wystarczą na odkrycie Polski, o jakiej nie miało się pojęcia, nawet jeśli wcale nie ma się planu.

Przeczytaj zapowiedź tego weekendu.

Żeby gdzieś pojechać, trzeba najpierw wyjść z domu. No właśnie. Tradycji musiało stać się zadość - wychodziliśmy (ja i dwóch chłopców - 10 i 19 lat) dwie godziny dłużej, niż zakładał plan. Na szczęście tym razem wyjątkowo nie było problemu z zapakowaniem się do samochodu. Walizka, dwa plecaczki, sterta przewodników w siatce, torba na aparat i druga z laptopem, kask na rower (na wszelki wypadek) i gra planszowa - dosłownie zgubiły się w przestrzennym bagażniku. Miła odmiana, bo zazwyczaj muszę coś dociskać i nieźle kombinować. Tak czy owak - wyruszyliśmy o 15:10. Na szczęście zdążyliśmy chyba w ostatniej chwili przed największymi korkami i wlekliśmy się tylko na trasie do Konstancina.

Choć marzyła nam się podróż „gdzie oczy poniosą”, nasz plan „wycieczki bez planu” (głównie ze względu na ograniczenie czasowe) zakładał pewną lekko zarysowaną oś wyjazdu. Do nawigacji trafił więc od razu pierwszy jej punkt: Zamość. Tam - na pierwszy nocleg - wiódł nas piątkowy odcinek trasy. Chcieliśmy zobaczyć stolicę Roztocza: sprawdzić, jak wygląda miasto idealne. Kolejnym punktem był Sobibór - a więc już Polesie. Drugi i zarazem ostatni nocleg, miejsce, gdzie chcieliśmy dla odmiany odpocząć od miejskiego zgiełku. Wszystko, co pomiędzy, było dla nas w chwili wyjazdu niewiadomą. Postanowiliśmy postawić na własną fantazję, weekend improwizacji i ulegania zachciankom.

Zamość na starych fotografiach oraz synagoga i dom kahalny przy ulicy Pereca.Zamość na starych fotografiach oraz synagoga i dom kahalny przy ulicy Pereca. Fot. Anna Kowalska

 Zamość - miasto idealne

Czy mieszkańcy Zamościa przypadkiem „trochę” nie przesadzają? Miasto idealne? No jasne. Które miasto na świecie jest idealne i dlaczego miałby to być akurat Zamość?? A może czerpią przyjemność z prowokowania naiwnych turystów? - podpuszczałam chłopaków w drodze do stolicy Roztocza. Stwierdzili jednogłośnie, że sprowokować to oni się tak łatwo nie dadzą, widziałam jednak, że ich ciekawość rosła. I gdy w miarę ubywania kilometrów na naszej trasie znudziliśmy się już głośnymi, chóralnymi śpiewami do puszczanych przez radio piosenek oraz naszym ulubionym podróżnym plebiscytem na najdziwniejszą/najśmieszniejszą nazwę miejscowości widzianą z samochodu (tego dnia wg panów wygrał Cyców.) doprowadziła do wyjaśnienia zagadki.

W każdym przewodniku przeczytać bowiem można, że zaprojektowany w końcu XVI w. przez włoskiego architekta Bernanda Morando Zamość to wspaniały przykład pełnej realizacji renesansowej idei miasta (idealnego właśnie). Cała sztuka jednak w tym, by młodzież do samodzielnej lektury przewodnika skłonić.

Przeczytać to jednak jedno, a zobaczyć - drugie. Po zameldowaniu się w hotelu porzuciliśmy więc plany basenowe i popędziliśmy niezwłocznie na wieczorny spacer wpisaną na Listę Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESCO zamojską starówką, by na własne oczy ujrzeć jej idealne kształty i proporcje. Ani trochę nie byliśmy rozczarowani. Urocze są wąskie, pełne zabytkowych kamienic uliczki Starego Miasta, piękne są jego place i placyki, kościoły i synagoga, ciekawa jest trasa wzdłuż zrekonstruowanych w ostatnich latach murów obronnych, ale rynek.

Rynek Wielki w Zamościu w pełnej krasie letniego słońca - Ratusz i odnowione Kamienice Ormiańskie, w których mieści się dziś Muzeum Zamojskie.Rynek Wielki w Zamościu w pełnej krasie letniego słońca - Ratusz i odnowione Kamienice Ormiańskie, w których mieści się dziś Muzeum Zamojskie. Fot. Anna Kowalska

Rynek Wielki w Zamościu jest przepiękny i w pełni zasługuje na miano perły architektury renesansowej. To idealny kwadrat o bokach 100 m, z 8 kamienicami na każdej pierzei - z wyjątkiem północnej, gdzie znajduje się górujący nad całym rynkiem Ratusz, zaprojektowany (tak jak i wszystko o obrębie Starego Miasta) także przez Morando. Hejnał z ratuszowej wieży codziennie w południe wygrywany jest na. 3 strony świata: wszystkie oprócz zachodniej. W tamtym kierunku leży bowiem Kraków, z którym Zamość miał zatarg o Akademię Zamojską - traktowaną przez ówczesną stolicę Polski jak poślednią, prowincjonalną szkółkę.

Na wieży tej w czasie II wojny światowej miało się według legendy ukazywać - głównie pełniącym tam wartę żołnierzom niemieckim - białe widmo zwiastujące im rychłe nieszczęście. Widmo tyleż fatalne, co i niezwykle patriotyczne - zniknęło bowiem wraz z wymarszem okupanta z miasta. W pierzei północnej, obok ratusza po jego wschodniej stronie znajdują się najbogaciej zdobione kamienice Rynku Wielkiego (tzw. Ormiańskie): Wilczkowska, Rudomiczowska, Pod Aniołem i Pod Małżeństwem (Szafirowa). Wszystkie przyciągają uwagę intensywnymi kolorami i pięknymi zdobieniami - nic dziwnego, że podobały nam się najbardziej. Kolejna kamienica - Pod Madonną - nie należy już do rynku, ale także zachwyca. Mieści się dziś w niej liceum plastyczne i Galeria pod Madonną. Obaj panowie zadeklarowali chęć - jeden mocno już spóźnioną - by uczyć się w tak pięknie usytuowanej szkole. 

Wieczorny Zamość ma w sobie wiele uroku. Poza sezonem i w tygodniu ulice Starego Miasta i plac Rynku Wielkiego niemal zupełnie pustoszejąWieczorny Zamość ma w sobie wiele uroku. Poza sezonem i w tygodniu ulice Starego Miasta i plac Rynku Wielkiego niemal zupełnie pustoszeją Fot. Anna Kowalska

Bezduszne hotelowe wnętrza to naprawdę marna perspektywa w porównaniu do tego, co niosła w sobie atmosfera zamojskiego rynku w letni ciepły wieczór. Kusiły też liczne restauracje i knajpki, budzące się tu do swojego drugiego, nocnego życia. Nic więc dziwnego, że ulegliśmy czarowi wieczoru i otuleni kocykami, przy świetle kolorowych lampionów długo zabawiliśmy na późnej, ale bardzo zasłużonej kolacji z łykiem (no może dwoma) lokalnego piwa (wymienne na gorącą czekoladę). Do hotelu wróciliśmy przekonani, że zamojski Rynek olśniewa - nie tylko w blasku zachodzącego, czerwcowego słońca. I z planem, by wrócić w to niezwykłe miejsce jak szybko się da. A dokładniej: następnego ranka. Na dobrą kawę.

Zobaczyliśmy: Arsenał, Akademia Zamoyska, Rynek Wielki, Ratusz, Kamienice Ormiańskie, Synagoga, Rynek Solny
Zjedliśmy: cebularza, żurek roztoczański, pieróg roztoczański (z kaszą gryczaną, smażony na maśle i z zsiadłym mlekiem), tarciucha ziemniaczanego, piwo z Browaru Zamość (ciemnego zabrakło!)
Przejechaliśmy: 260 km

Twierdza Zamość i kawa z Leśmianem

Ulica, która prowadzi na płytę Rynku Wielkiego z pięknym widokiem na spektakularny ratusz, nosi imię B. Moranda, architekta, któremu Zamość zawdzięcza swój 'idealny' kształt. Sklepienie Katedry Zmartwychwstania Pańskiego i św. Tomasza Apostoła, dawnej kolegiaty, wspaniałego przykładu tzw. renesansu lubelskiego. Fragment zrewitalizowanych i udostępnionych zwiedzającym murów obronnych wokół twierdzy Zamość.Widok na Stare Miasto w Zamościu z katedralnej dzwonnicy.Ulica, która prowadzi na płytę Rynku Wielkiego z pięknym widokiem na spektakularny ratusz, nosi imię B. Moranda, architekta, któremu Zamość zawdzięcza swój 'idealny' kształt. Sklepienie Katedry Zmartwychwstania Pańskiego i św. Tomasza Apostoła, dawnej kolegiaty, wspaniałego przykładu tzw. renesansu lubelskiego. Fragment zrewitalizowanych i udostępnionych zwiedzającym murów obronnych wokół twierdzy Zamość.Widok na Stare Miasto w Zamościu z katedralnej dzwonnicy. Fot. Anna Kowalska

Śniadanie w hotelu mocno rozczarowało, tym raźniej wróciliśmy na zamojską starówkę. Za dnia kamienice rynku jeszcze bardziej wibrowały kolorami i w pełni można było podziwiać dzieło niedawnej ich renowacji. Naszym celem była upatrzona na ulicy Bazyliańskiej kawiarnio-księgarnia „Szkoła życia” - miejsce obowiązkowe dla wszystkich wielbicieli literatury, a szczególnie twórczości i osoby Bolesława Leśmiana.

Fantazyjnie zaprojektowany lokal aż kipi od Leśmianowskich wątków, inspiracji i motywów, których znaczenie niewtajemniczonym najlepiej tłumaczy elokwentny właściciel, prawdziwy fascynat i kopalnia wiedzy na temat mieszkającego w Zamościu w latach 1922-1935 autora „Łąki”, „Napoju cienistego” czy „Przygód Sindbada Żeglarza”. Kto jednak wpadnie tu - do Café Centralka - tylko na szybką kawę, powiedzmy „Piłę” (espresso) lub „Zapomnienie” (cappuccino) - lepiej niech uważa: wystarczy nieostrożnie oprzeć się o pozornie zwykłą framugę drzwi, bezmyślnie zapatrzeć w lampę z abażurem z melonika czy lekkomyślnie wysunąć którąś z szuflad, by niczym dżin z lampy Alladyna wypadła z niej kolejna - pochłaniająca na długie minuty i przenosząca do innego świata - opowieść o autorze „Dusiołka”.

I choć na „kawie z Leśmianem” spędziliśmy co najmniej godzinę więcej niż planowaliśmy, wcale nie było nam dosyć - wyposażeni w stosowny adres (i torbę nowych książek) ruszyliśmy jeszcze zobaczyć Dom Centralny (między ulicami Żeromskiego, Bazyliańską i Kościuszki), gdzie mieszkał z rodziną niejaki Lesman właśnie, wzięty notariusz, a po godzinach zapalony cyklista, bawidamek i jeden z najwybitniejszych polskich poetów współczesnych. Dzięki precyzyjnym informacjom uzyskanym w „Szkole życia” mogliśmy namierzyć okna mieszkania nr 13 - od tej właściwej, południowej strony.

W tym roku zakończono spektakularny projekt odnawiania murów obronnych miasta-twierdzy, jaką był Zamość, stolicy Roztocza przybyła więc kolejna atrakcja, którą docenią nie tylko miłośnicy fortyfikacji. Wizytę w tym uroczym miejscu postanowiliśmy zakończyć właśnie spacerem szlakiem tutejszych umocnień. Ich rewitalizacja kosztowała niemal 70 mln zł i w znacznej mierze polegała na odtworzeniu dawnego kształtu systemu obronnego z XVI i XVII w. Właśnie tak - zwany „Padwą Północy” Zamość miał nie tylko renesansowe rynki, place, kamienicę, synagogę czy katedrę, ale także renesansowe mury obronne. I to jakie! Oparły się siłom Bohdana Chmielnickiego i Tuhaj-beja, nie zniósł ich także potop szwedzki. Warto udać się na wycieczkę specjalnie przygotowaną trasą turystyczną śladem nieistniejących już dziś bastionów (oryginalnie siedmioboczna twierdza miała ich 7, dziś został tylko mieszczący Muzeum bastion VII), choćby po to, by przy lekturze „Potopu” Henryka Sienkiewicza znać skalę i potęgę opisywanej przez niego fortecy. Albo by dowiedzieć się, co to są raweliny i słoniczoła. Albo - by popodziwiać roztaczające się z nadszańców widoki.

Witaj chrząszczu w pokrzyw gąszczu

W Zamościu parkować można na Starym Mieście (strefa płatna), co bardzo ułatwia zwiedzanie. Również wyjazd z miasta nie nastręcza żadnych problemów. Tylko dokąd tu jechać, skoro tak bardzo zamarudziliśmy na przedłużonym posiedzeniu z Leśmianem i spacerze po zamojskich fortyfikacjach?

O tym, że Szczebrzeszyn to światowa stolica chrząszczy, nie trzeba chyba nikogo przekonywać.O tym, że Szczebrzeszyn to światowa stolica chrząszczy, nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Fot. Anna Kowalska

Podobno od przybytku głowa nie boli, Roztocze jednak oferuje tyle atrakcji, że wybór jednej - góra dwóch - stał się naprawdę nie lada problemem! Czy powinniśmy pozostać wierni motywowi miasta idealnego i odwiedzić geometryczny Frampol? Czy trzymać się raczej konotacji literackich i sprawdzić, co słychać w Szczebrzeszynie? Zwiedzić Zwierzyniec, zapuścić się do Janowa Lubelskiego? A może czas wreszcie zwrócić się nieco w kierunku natury? Powłóczyć się po Roztoczańskim Parku Narodowym, odwiedzić Szumy nad Tanwią, rezerwat Czartowe Pole w okolicach Suśca, aleję dębów w Górecku Kościelnym, dawne kamieniołomy w Józefowie. Józefów zresztą nazywany jest rowerowa stolicą Roztocza, a trzeba przyznać, że region ten jest wprost stworzony do rowerowych wycieczek. Więc może rower? A może kajak? W końcu spływy Tanwią i Wieprzem cieszą się ogromną popularnością, nie może być tak bez powodu. A może w ogóle - nie bądźmy tacy sztampowi - wybierzmy konie.?

Szczebrzeszyn był wielokulturowym i wielowyznaniowym miasteczkiem. Na zdjęciu czynne kościół św. Mikołaja i cerkiew Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny oraz nieczynna synagoga - zamieniona na dom kultury.Szczebrzeszyn był wielokulturowym i wielowyznaniowym miasteczkiem. Na zdjęciu czynne kościół św. Mikołaja i cerkiew Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny oraz nieczynna synagoga - zamieniona na dom kultury. Fot. Anna Kowalska

I chwilę trwało, zanim ustaliliśmy, co nam najbardziej w duszy gra, i dlaczego właściwie jest to chrząszcza brzmienie w Szczebrzeszynie. Nie będę zdradzać, czy o wyborze przesądził sentyment do łamańców językowych, twórczości Jana Brzechwy czy praktyczne usytuowanie miejscowości na trasie do Zwierzyńca - w końcu nie mieliśmy w planach. planowania, a spontanicznych decyzji tłumaczyć nie wypada. Szczebrzeszyn zresztą kusił nie tylko jako rodzinna miejscowość Chrząszcza i Woła ze sławnego wiersza, ale też jako miłe, klimatyczne i wielokulturowe miasteczko. Prócz dwóch. co tam dwóch: wielu pomników i rzeźb chrząszcza udało nam się więc zobaczyć w maleńkim Szczebrzeszynie barokowe kościoły św. Mikołaja i św. Katarzyny, najstarszą w Polsce murowaną cerkiew (Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny), mieszczącą dziś dom kultury synagogę oraz najstarszy na Lubelszczyźnie kirkut. Ten ostatni dał nam zresztą trochę popalić - i to dosłownie. Porastający teren cmentarza gąszcz pokrzyw sięgał momentami ramion, skutecznie utrudniając podziwianie niezwykle ciekawych, chylących się ku ziemi, zabytkowych macew. Szkoda!

Najstarszego na Lubelszczyźnie kirkutu nie sposób zwiedzić. Piękne, stare macewy skrywa gąszcz pokrzyw, chaszczy i zwalonych drzew.Najstarszego na Lubelszczyźnie kirkutu nie sposób zwiedzić. Piękne, stare macewy skrywa gąszcz pokrzyw, chaszczy i zwalonych drzew. Fot. Anna Kowalska

Miasto-Ogród i roztoczańska Amazonka

Po wizycie w Szczebrzeszynie droga sama zawiodła nas do Zwierzyńca. Nie żebyśmy mieli coś przeciwko! Ta dawna wiejska rezydencja kanclerza i hetmana wielkiego koronnego Jana Zamoyskiego to obecnie nie tylko ciekawa miejscowość z największą liczbą pomników na jednego mieszkańca i barokowym kościołem „na wodzie”, ale także świetne miejsce wypadowe do Roztoczańskiego Parku Narodowego. Wiedzieliśmy, że w Zwierzyńcu porzucimy na trochę samochód - nie byliśmy jednak pewni, czy większą ochotę mamy na wycieczkę rowerową - choćby do Zagrody Guciów, stadniny konika polskiego we Floriance czy dębów w Górecku Kościelnym - czy może na kajaki. Jako że na rowery wsiadamy częściej, zdecydowaliśmy się zwodować.

O znalezienie wypożyczalni kajaków w okolicach Zwierzyńca nietrudno - warto jednak z tej szerokiej oferty wybrać firmę, która zapewni nam nie tylko atrakcyjne ceny, ale też atestowany, dobrej jakości sprzęt, fachową opiekę i instruktaż. Choć rzeka Wieprz do trudnych nie należy (a na odcinku, którym płynęliśmy, rzadko sięgała powyżej kolan!) - ostrożności nigdy za wiele. W końcu chodzi o wypoczynek i relaks! My trafiliśmy doskonale i panowie z wypożyczalni „Pagaj” nie tylko dostarczyli nam świetny sprzęt kajakowy i asekuracyjny oraz dowieźli na miejsce startu naszego spływu, ale też doradzili, jakim odcinkiem rzeki będzie nam najlepiej płynąć, by zebrać maksimum wrażeń w czasie, jakim dysponowaliśmy.

Wieprz to czy Amazonka.? Spływ górnym odcinkiem rzeki - niezwykle czystym i płytkim, ale mocno meandrującym - dostarczał wielu emocji. Nie było jednak przeszkód, których nie moglibyśmy pokonać!Wieprz to czy Amazonka.? Spływ górnym odcinkiem rzeki - niezwykle czystym i płytkim, ale mocno meandrującym - dostarczał wielu emocji. Nie było jednak przeszkód, których nie moglibyśmy pokonać! Fot. Anna Kowalska

Dziś już wiemy i z ręką na sercu i my możemy polecić spływ górnym odcinkiem rzeki Wieprz - od Obroczy do Zalewu Rudka w Zwierzyńcu (w tym właśnie miejscu zbierają się najczęściej ekipy na spływy). To urzekająco piękny fragment czystej (ostoja pstrąga!) i spokojnej rzeki, która niezwykle malowniczo meandruje wśród roztoczańskich pól i lasów, pozwalając jednocześnie cieszyć się relaksem na łonie przyrody i przeżywać dreszczyk emocji związany z pokonywaniem drobnych przeszkód, jakie co i rusz pojawiają się na trasie. Przepływanie pod mostkami, omijanie zwalonych konarów, spotkania z zamieszkującymi te tereny zwierzętami (kaczki, dzięcioł, kukułka, krowa.), a nawet poszukiwanie toalety - to była prawdziwa frajda!

Dzięki dobremu sprzętowi i fachowemu instruktażowi panów z Pagaja czuliśmy się na Wieprzu absolutnie bezpieczni. To fantastyczna przygoda i świetny relaks na łonie natury!Dzięki dobremu sprzętowi i fachowemu instruktażowi panów z Pagaja czuliśmy się na Wieprzu absolutnie bezpieczni. To fantastyczna przygoda i świetny relaks na łonie natury! Fot. Anna Kowalska

Po emocjach spływu byliśmy już gotowi wracać. No może nie wracać, ale ruszać dalej. I może nie gotowi, ale zmuszeni okolicznościami - powoli późne popołudnie zmieniało się bowiem bezlitośnie w wieczór, a przed nami całkiem długa droga do kolejnego noclegu - już na Polesiu. Słońce, trochę ruchu i świeże powietrze zaostrzyło też nasze apetyty - jak dobrze było na pożegnanie ze Zwierzyńcem pokrzepić się tutejszymi przysmakami: tym razem znów popróbowaliśmy lokalnych odmian pierogów, były też placki ziemniaczane i. tagliatelle ? Starczyło i za kolację.

Spływ na odcinku od Obroczy do Zalewu Rudka zachwyca zmiennością krajobrazu i urozmaiceniami na trasie. Spotkania z mieszkańcami rzeki i okolicznych pól są tu niemal gwarantowane!Spływ na odcinku od Obroczy do Zalewu Rudka zachwyca zmiennością krajobrazu i urozmaiceniami na trasie. Spotkania z mieszkańcami rzeki i okolicznych pól są tu niemal gwarantowane! Fot. Anna Kowalska

Zobaczyliśmy: Dom Centralny, Katedra Zamojska (dawna kolegiata) z wieżą widokową, Nadszańce i Bastion VII w Zamościu; pomniki Chrząszcza, kościoły św. Mikołaja i Katarzyny Aleksandryjskiej, synagoga, cerkiew i kirkut w Szczebrzeszynie; piękną przyrodę górnego odcinka rzeki Wieprz od Obroczy do Zalewu Rudka; kościół św. Jana Nepomucena na wodzie, budynki Zarządu Ordynacji Zamojskiej, Pałac Plenipotenta i Browar z 1806 r. w Zwierzyńcu

Zjedliśmy: roztoczańskie placki ziemniaczane, pierogi z kaszą gryczaną i. tagliatelle
Przejechaliśmy: 174 km

Sobibór - sielanka idealna

Ten wypad do Sobiboru to była już całkowita fanaberia. O ileż sprytniej byłoby pozostać na Roztoczu i zamiast tracić czas na przejazd, dłużej cieszyć się licznymi atrakcjami, jakie oferuje ten region.? Nam jednak zachciało się pojeździć, poimprowizować i mieć weekend fanaberii. A moją były właśnie odwiedziny malowniczego Siedliska Sobibór, którego rozkochana w starym drewnie właścicielka Ewa Szeloch zgromadziła i niezwykle udanie zaadaptowała do mieszkania kilka autentycznych drewnianych obiektów wiejskiej zabudowy. Chłopaków nie trzeba było długo namawiać, bo skoro w ostatnim dniu zamarzyła się nam wszystkim laba totalna, to miejsce było do niej wprost idealne!

Siedlisko SobiborSiedlisko Sobibor Fot. Anna Kowalska

Położony o rzut beretem od trójstyku granic (Polska, Ukraina, Białoruś) Sobibór otacza szerokie ramię Bugu. Malownicze łąki, piaszczyste drogi, piękne lasy Sobiborskiego Parku Krajobrazowego, pełne torfowisk i śródleśnych jeziorek (ostoja m.in. mięsożernej rosiczki i żółwia błotnego, spotkać tu można także bielika, orlika i mnóstwo. bocianów, w tym także czarnych!), zachęcają do spacerów. Można po prostu iść przed siebie - w las lub nad rzekę, można wybrać się do jednego z okolicznych rezerwatów - na cokolwiek się zdecydujemy, satysfakcja z obcowania z piękną przyrodą gwarantowana. W Sobiborze można pojeździć rowerem, można zrobić stąd także wypad nad Jezioro Białe, spłynąć malowniczym Bugiem czy wybrać się do pobliskiej Włodawy.Znów zbyt wiele możliwości, jak na jeden - ostatni - dzień naszego „wyjechanego” weekendu!

Siedlisko SobiborSiedlisko Sobibor Fot. Anna Kowalska

Ale zaraz, zaraz - przecież nie mieliśmy ulegać presji przewodników, a wypocząć! A do tego nie trzeba było nawet opuszczać Siedliska. Kto lubi sielskie klimaty, nie będzie zawiedziony. Nie ma tu tandetnej cepelii, są za to pięknie odnowione stare meble, autentyczne - po wsiach wyszukiwane przez właścicielkę - makatki, piec chlebowy, przeszklona ściana stodoły, ruska bania w dawnym spichlerzu (z widokiem na łąkę!), jesion pnący się ku niebu przez dziurę w dachu tarasu i katedralne, rozetowe okno na poddaszu stajenki zaadaptowanej na dwa urocze studia: koronkowe i w kropki. W zagrodzie mieszkają bociany, na drzewach figlują wiewiórki, a gości wizytują miejscowe, spragnione czułości koty. I ten zapach ciepłej ziemi, traw i drewna!

Nic dziwnego, że leniuchowaliśmy prawie cały dzień! Sama obserwacja wiewiórek podkradających orzechy z ganku pochłonęła nas na długie minuty - jak dobrze, że nie trzeba było wstawać z hamaka (choć ledwo udało nam się z niego nie spaść ze śmiechu)! Spacer nad Bug, kawa na tarasie i chwile na zawieszonej na gałęzi drzewa huśtawce - takiej jak ta z dzieciństwa. (oczywiście mojego!) - okazały się dla nas receptą na wypoczynek idealny.

Ja chciałam jeszcze zobaczyć jedno miejsce. Mało beztroskie i sielankowe, miejsce pamięci: w pobliskich lasach w latach 1942-43 mieścił się hitlerowski obóz zagłady. Jego więźniowie wzniecili słynny, krwawo stłumiony bunt (opowiada o tym m.in. film „Ucieczka z Sobiboru”), który przeżyło ich zaledwie 300 (a całą wojnę przetrwało 30 ocalałych z Sobiboru). Teren obozu nie jest jednak w tej chwili udostępniony zwiedzającym - prowadzone są tam obecnie prace archeologiczne, ponieważ Niemcy - zacierając ślady swojej zbrodni - zrównali obóz z ziemią i obsadzili drzewami.
Na ostatni punkt programu naszej weekendowej wycieczki wybraliśmy więc - już w drodze do Warszawy - Włodawę. Niegdyś wielonarodowe i wielowyznaniowe miasto, zamieszkiwane przez Polaków, Białorusinów i Ukraińców, ważny ośrodek kalwinizmu na tych terenach i duża gmina żydowska - dziś słynie przede wszystkim z dużego barokowego zespołu synagogalnego (w którym mieści się Muzeum Pojezierza Łęczyńsko-Włodawskiego), barokowego klasztoru popaulińskiego i - również barokowych - kramnic (zwanych też czworobokiem), czyli umiejscowionych na środku kwadratowego rynku jatek i kramów kupieckich. Włodawa oferuje miłą prowincjonalną (w tym najlepszym tego słowa znaczeniu) atmosferę, idealną na późnopopołudniowy spacer.

I tak dobiegł końca nasz „wyjechany weekend”, pełen spełnionych zachcianek, przygód i wrażeń z drogi, boskiej laby. Jeszcze „tylko” powrót. A o tym, jak wraca się do Warszawy u schyłku weekendu napisać można wiele. Początkowo trasa wiodła malowniczymi okolicami, których widoki chłonęliśmy jeszcze desperacko przez okna samochodu, tak żeby starczyło choćby na tydzień, choćby do kolejnego weekednu. Później, przed Siedlcami, mieliśmy już tylko ochotę wracać. Tłok i poziom bezpieczeństwa na drodze lepiej przemilczeć. Cóż - wygląda na to, że każda idylla (a taki właśnie był to weekend!) musi zostać okupiona małym piekiełkiem.

Zobaczyliśmy: dolinę Bugu, torfowiska i lasy Sobiborskiego Parku Krajobrazowego, Synagogę Wielką, Synagogę Małą, rynek i Czworobok we Włodawie
Zjedliśmy: hot-dogi na stacji benzynowej
Przejechaliśmy: 252 km
(łącznie 686 km)