Alkohole świata [FRAGMENT KSIĄŻKI 'Światoholicy']

W podróży pijemy szklaneczkę lokalnego trunku dziennie. Dla zdrowotności. Dla lepszego trawienia, wspomożenia organizmu w walce z nieznanymi bakteriami, dla rozładowania napięcia po całym dniu niewiadomych, dla zbratania się z lokalnym przewodnikiem i dla poprawy humoru po prostu.
Alkohole świata. Piwo Corona na plaży Alkohole świata. Piwo Corona na plaży Alkohole świata. Piwo Corona na plaży / fot. Jacek Pawlicki

Alkohole z podróży

Po latach podróży mamy niezły barek alkoholowych dziwactw. Z każdego wyjazdu staramy się przywieźć flaszkę lokalnego trunku, by po naparstku częstować gości podczas snucia opowieści o wyprawie. Po naparstku nie ze skąpstwa, ale dlatego, że tych lokalnych specyfików zwykle nie można wypić wiele. Niektórych w ogóle. Indyjskie wino kupowane w ekskluzywnym sklepie na miejscu smakowało całkiem dobrze, a po wylądowaniu w Warszawie okazało się mało przydatne nawet jako ocet. Nauczeni tym doświadczeniem wina z papai przywiezionego z Kenii nawet nie próbujemy otwierać. Po prostu leży sobie w naszej kolekcji alkoholowych ozdobników jako eksponat. Podobny los spotkał mezcal przywieziony z Meksyku. Butelka z robalem w środku wciąż czeka na odważnych, podczas gdy litry tequili popłynęły w tym czasie w postaci drinków, głównie margherity.

Mezcal - alkohol z Meksyku / fot. Bud_Spencer/CC/Flickr.com Mezcal - alkohol z Meksyku / fot. Bud_Spencer/CC/Flickr.com Mezcal - alkohol z Meksyku / fot. Bud_Spencer/CC/Flickr.com

Meksyk: flaszka z robalem

Meksyk: flaszka z robalem

Z mezcalem było tak. Siedzieliśmy w knajpie w meksykańskim Oaxaca, sącząc z oszronionych kryształkami soli kieliszków margheritę (tequila, cointreau i sok z limonki), gdy człowiek z sąsiedniego stolika puścił w naszym kierunku oko i wzniósł toast kieliszkiem wypełnionym miodowym płynem.

- Salut! Tu jest Oaxaca. Tu się pije mezcal - powiedział. I od razu dodał: - Nie chcecie jechać do prawdziwej mezcalerni?

Czy nie chcemy? Oczywiście, że chcemy, ale podwinięte w górę wąsy naszego rozmówcy nie pozostawiały wątpliwości, że dostrzegł w nas przede wszystkim szansę szybkiego zarobku i nie zamierzał jej przepuścić. To zadziwiające, jak turysta, podróżnik, natychmiast jest postrzegany przez lokalną ludność jako chodzący dolar. Ukułam nawet teorię, że podstawowym językiem podróży wcale nie jest angielski, ale "dolares" - język Waszyngtonów i Lincolnów (banknotów jedno- i pięciodolarowych). Przy grubszych opłatach - język Jacksonów i Franklinów.

- Zabiorę was do mojego amigo, który produkuje naprawdę przedni mezcal. Nie będziecie żałować - zapewnia nasz przewodnik i już siedzi przy naszym stoliku. Dobijamy targu.

I rzeczywiście nie żałujemy. Jedziemy przez jedną z najpiękniejszych krain Meksyku. Stoki gór pokrywają lasy agaw. Całe połacie, całe plantacje agaw.

- Tylko u nas rośnie odmiana błękitna. To właśnie ta, z której robi się mezcal - mówi nasz przewodnik. Pod dom właściciela mezcalerni zajeżdża z fantazją, wzbudzając chmurę pyłu i hamując tuż przy przekrzywionym kaktusie. Wyskakuje z wozu, sprawdza i mówi z dumą: - Znowu się udało.

Ten pochylony kaktus, wysoki na półtora metra, jest dla niego jak znak drogowy wskazujący miejsce na postój.

A na nas czeka Diego z tacą i szotami pełnymi mezcalu.

- Salut! Do dna - mówi.

- Na zdrowie! - odpowiadamy po polsku i zanurzamy się w oparach gęstego od dymu zapachu mezcalu.

Diego prowadzi nas do budynku przypominającego olbrzymią stodołę. Pod jedną ścianą leży góra obciętych agaw. A dokładnie corazones, czyli agawowych serc. Bo do produkcji mezcalu używa się jedynie rdzenia agawy, pozbawionego wszystkich liści. Tak wykastrowane agawy przypominają gigantyczne szyszki albo ananasy, które wrzuca się do palenque - stożkowatego dołu. Tam są gotowane. Stąd nazwa trunku, bo w nahuatl - języku Meksykan wywodzącym się z języka Azteków (pochodzą z niego także słowa "kakao", "czekolada" i "awokado") "mexcalli" znaczy po prostu "gotowana agawa".

Gotowanie odbywa się w specyficzny sposób. Na dnie ziemnych dołów układa się dębowe szczapy, na nich kamienie. Na kamieniach serca agaw. Całość przykrywa liśćmi. Podpalone drewno rozgrzewa kamienie, a rosnąca temperatura dokonuje w agawach przemiany skrobi w cukier. I tak bez przerwy przez trzy dni.

Diego sięga po ugotowaną w ziemnym piekarniku agawę, ucina kawałek i daje do ssania. Dymna słodycz rozlewa się po ustach. Ale daleka przed nią jeszcze droga do ostrości meksykańskiego trunku.

Ugotowane agawy trafiają do kamiennych żaren poruszanych przez konie, które zamieniają je w masę gotową do fermentacji. Słodko-kwaśnawy zapach rozkładu cukru w alkohol roznosi się po całej okolicy. Pierwsza destylacja następuje po dwóch tygodniach i daje zaledwie 25 procent. Z każdą kolejną moc mezcalu wzrasta. Diego na własny użytek ma mezcal o sile spirytusu, ale do sprzedaży trafia góra 40-procentowy. Z obowiązkową gusano de maguey - gąsienicą motyla żerującego wyłącznie na agawie błękitnej - w każdej butelce. To certyfikat autentyczności trunku, który powstał właśnie z tego jedynego na świecie gatunku agawy.

Alkohole świata. Słój z gusanos de maguey - gąsienicami żerującymi na gawie błękitnej, które wkłada się do każdej butelki mezcalu jako certyfikat autentyczności

Alkohole świata. Słój z gusanos de maguey - gąsienicami żerującymi na agawie błękitnej, które wkłada się do każdej butelki mezcalu jako certyfikat autentyczności. Fot. Jacek Pawlicki

Diego ma całe słoje gusanos. Pękate stoją dumnie na blacie baru. Pyta, czy chcemy po jednej na zagryzkę. Na szczęście obowiązek zjedzenia robala przypada tylko na tego, kto wychyla z butelki ostatni łyk.

- Mezcal wywodzi się z azteckiej pulque produkowanej już dwa tysiące lat temu - mówi Diego, nalewając do kieliszków następną kolejkę. - Tyle że Aztekowie nie znali destylacji. Dopiero konkwistadorzy przywieźli do Meksyku tę sztukę. I to jest jedyna dobra rzecz przywieziona przez Hiszpanów.

Nawet jednak hiszpańska destylacja nie pomaga w zwalczeniu kaca. Po mezcalu głowa jest ciężka jak sam trunek, choć trzeba przyznać, że nie jest to najgorsze alkoholowe doświadczenie w naszym podróżniczym życiu.

Cachaça - alkohol z Brazylii / fot. Braun1928/CC/Flickr.com Cachaça - alkohol z Brazylii / fot. Braun1928/CC/Flickr.com Cachaça - alkohol z Brazylii / fot. Braun1928/CC/Flickr.com

Brazylia: niewolnica cachaça

Brazylia: niewolnica cachaça

Zdecydowanie największego kaca mieliśmy w Brazylii. W niezwykle pięknych okolicznościach przyrody, bo nad wspaniałymi wodospadami Iguaçu. Tymi, które były scenerią w filmie "Misja" z Robertem De Niro i Jeremym Ironsem. 270 kaskad spadających w dół jak fiszbiny wielkiego wieloryba. Opary rosy zraszającej wszystko wokoło. A my dodatkowo płyniemy łodzią motorową pod kurtynę największego z wodospadów Garganta del Diabolo. Stanięcie twarzą w twarz z tą Gardzielą Diabła to gigantyczny prysznic. Nic dziwnego, że przed rejsem sternik każe schować wszystkie aparaty i dokumenty w wodoszczelnym sejfie pod pokładem. Dzięki temu przetrwały, podczas gdy my spłynęliśmy wodą. Wszystko było mokre. Z majtkami pod skórzanymi spodniami włącznie. Tylko kamerzysta ukryty w gumowym namiocie, który kręci film, wychodzi z tej wyprawy suchą nogą. Kto ma ochotę kupić nagranie, może za 20 dolarów zamówić płytę DVD dostarczaną wieczorem do hotelu. Zamawiamy. Tyle że wieczorem nie jesteśmy w stanie jej odebrać.

Foz de Iguaçu pochłania tropikalna burza. Pioruny rozrywają niebo na czerwono. Nie jeden, dwa, ale cała siatka przypominająca mapę krwiobiegu nieba. Niebo płonie. Świat płacze. Za oknem ściana wody i ani żywego ducha. Ulicą płynie rzeka. Pazury palm wyginają się na wszystkie strony. W hotelowym pokoju jedyne pocieszenie to powieszony pod sufitem telewizor z paroma lokalnym kanałami, czyli w języku mało dla nas zrozumiałym, bo portugalskim. I cachaça, popularna brazylijska wódka produkowana z trzciny cukrowej. Litr tego trunku mamy w plecaku. Długo nie myśląc, odkorkowujemy butelkę. Po pierwszej lampce (w pokoju są tylko szklanki do mycia zębów) "Niewolnica Isaura", serial niezwykle popularny w pierwszej połowie lat 90. w Polsce, a emitowany właśnie w brazylijskiej telewizji, wydaje się nam bardziej zrozumiały. Po drugiej lampce rozumiemy już nie tylko obrigado (dziękuję). Po trzeciej dialogi Isaury z Leonciem brzmią jak dialogi z "M jak miłość", a po czwartej dostajemy ataku śmiechu. I wtedy właśnie dzwoni telefon. Recepcjonistka informuje nas, że w holu czeka fotograf z filmem DVD. Mimo najszczerszych chęci nie jesteśmy w stanie zwlec się z łóżka i dojść do drzwi. O osiągnięciu windy i recepcji nie wspominając. Strasznie nam głupio, bo człowiek wlókł się do nas w taką pogodę, ale u nas nastąpiło po prostu ścięcie z nóg. Ciepła cachaça zrobiła swoje. Bez zagrychy i popitki. Do dziś nie wiem, jak to było możliwe, że wypiliśmy aż litr.

Na drugi dzień trzeba było zużyć cały zapas środków przeciwbólowych, by dotrzeć na lotnisko. I po drodze zakupić litr cachaçy, bo przecież bez niej nie byłoby po powrocie do Polski opowieści o Brazylii i pysznej caipirinhii, czyli cachaçy zmieszanej z cukrem trzcinowym, sokiem z limonki i miętą. W Europie jest to alkohol drogi. W Brazylii butelka zwykłej cachaçy kosztuje parę dolarów, co nawet dla miejscowej biedoty stanowi przystępne źródło zaklinania rzeczywistości. W ciągu roku produkuje się w Brazylii prawie 1,5 miliarda litrów tego alkoholu. Tylko jeden procent jest eksportowany.

Jenever - jałówcówka popularna w Danii i Belgii / fot. Shutterstock Jenever - jałówcówka popularna w Danii i Belgii / fot. Shutterstock Jenever - jałówcówka popularna w Danii i Belgii / fot. Shutterstock

Belgia: jałowcówka z fontanny

Belgia: jałowcówka z fontanny

Mieszkając w Belgii, okryliśmy również jenever. Całkiem przypadkiem w trzeci weekend października znaleźliśmy się w Hasselt - stolicy belgijskiej Limburgii, będącej jednocześnie stolicą jałowcówki. Właśnie wtedy raz w roku miejska fontanna nosząca nazwę Borrel Man wypełnia się ognistą wodą o smaku, zapachu i mocy jałowcówki. Wystarczy podstawić kubeczek i pić, i pić, i pić

Znalazłszy się w Hasselt w święto jenever, nie mieliśmy wyjścia, musieliśmy dołączyć do świętujących. Muzyka na żywo, tańcząca ulica i lejący się strumieniem jenever. Do dziś mamy dwa kieliszki zakupione wtedy w muzeum jenever i pięknie ozdobione naszymi imionami wygrawerowanymi za 100 franków (równowartość 10 złotych). Gdy w jesienną słotę nachodzi nas spleen, wypełniamy kieliszki jałowcówką i radość życia powraca w jednej chwili.

Belgijskie piwa / fot. Gertrud K./CC/Flickr.com Belgijskie piwa / fot. Gertrud K./CC/Flickr.com Belgijskie piwa / fot. Gertrud K./CC/Flickr.com

Belgia: szybka śmierć w piwie

Belgia: szybka śmierć w piwie

Mieszkanie w Belgii to jednak przede wszystkim pięć lat pod znakiem piwa. Ten niewielki kraj ma 500 rodzajów tego trunku. Od białych, niemal mlecznych piw, jak Hoegaarden, cudownie kojących latem pragnienie, po piwa owocowe, wśród których prym wiedzie wiśniowe Mort Subite . Ekscytujące nie tyle ze względu na nazwę - ? Mort Subite? znaczy ?Szybka Śmierć?, ale na owocowy smak i rubinowy kolor, dzięki któremu zyskało przydomek ?szampana wśród piw?. Nic więc dziwnego, że serwuje się je w kieliszku typu flute - przypominającym kieliszek do szampana. Bo w Belgii każde piwo ma własne szkło. Biały Hoegaarden - ciężką, rżniętą szklanicę. Bursztynowy Kwak - klepsydrę na specjalnym drewnianym stojaku, podobno stworzonym dla woźniców, którzy dzięki temu mogli jedną ręką wychylać piwo, a drugą trzymać lejce. Jest też cała kolekcja prawdziwych kielichów do piw trapistów. To trunki warzone przez mnichów - trapistów, wyłącznie w zakonnych murach, według specjalnej receptury zakładającej dwie fermentacje. Tylko siedem zakonów na świecie ma prawo do produkcji tego typu piwa, z czego sześć znajduje się w Belgii. Odwiedziliśmy rzecz jasna wszystkie, odkrywając przy okazji doskonałe zakonne sery, konfitury, miody i ciasteczka.

Odwiedzających nas w Brukseli gości prowadziliśmy jednak zawsze do Mort Subite, piwiarni położonej na obrzeżach brukselskiej starówki przy rue Montagne-aux-Herbes Potageres. Utrzymany w stylu fin de siecle lokal nosił na początku XX wieku nazwę La Cour Royale, ale jego goście, głównie pracownicy pobliskiego banku, wymusili zmianę nazwy. Wpadając na przerwie na piwo, lubili umilić sobie czas grą w kości. Ten, kto przegrywał, zwany był mort - martwym, a ostatnia partyjka, rozgrywana zwykle w pośpiechu, określana była jako mort subite.

Naszym gościom często kupowaliśmy w prezencie także inne zabójcze piwo z belgijskim rodowodem - Delirium Tremens. Pakowane w białe gliniane butelki zabierali jako turystyczną atrakcję. Jest produktem jednego z wielu niedużych, rodzinnych browarów.

My z brukselskiego okresu naszego życia przywieźliśmy do Polski pokaźną kolekcję szkła do piwa. Od kufli, przez menzurki, po niemal mszalne kielichy.

Bambusowe Bambusowe "kieliszki" są popularne w Kenii i Indonezji / fot. Claire & Dave/CC/Flickr.com Bambusowe "kieliszki" są popularne w Kenii i Indonezji / fot. Claire & Dave/CC/Flickr.com

Kenia i Indonezja: trunek w bambusie

Kenia i Indonezja: trunek w bambusie

W czasie podróży pijamy nie tylko szlachetne trunki. W Afryce zdarzyło się nam kosztować lokalnego piwa warzonego przez Masajów. Głównie z grzeczności, by nie urazić gościnności gospodarzy. To wątpliwej jakości trunek, tak pod względem smakowym, jak i jakościowym. Kociołki, w których powstaje, nie znają słowa "mycie". Na wierzchu piwa pływa szarobura fermentacyjna piana, a nad domowym browarem krąży stado spragnionych, natrętnych much.

Afrykańskie piwo powstaje z miąższu drzew kiełbasianych (patrz rozdział: DRZEWO) zaprawianego sokiem z trzciny cukrowej i w ekskluzywnej wersji uszlachetnionego miodem dzikich pszczół. Na terenach liźniętych cywilizacją do jego picia służą plastikowe, acz wielokrotnego użycia, kubeczki. W miejscach dzikich i takich, gdzie rośnie bambus, rolę naczyń pełnią bambusowe łodygi ścinane maczetą.

Bambusowe kieliszki to popularne "szkło" także w Indonezji. Tam w bambusie serwuje się wino palmowe. To chyba najszybciej produkowany alkohol świata. W prymitywnej wersji wystarcza dzień fermentacji. Wino ma wówczas lurowaty smak i mętny kolor, ale tubylcy piją je litrami. Na palmową popijawę w bambusowej zastawie trafiliśmy na pogrzebie u ludu Toraja na indonezyjskiej wyspie Celebes (patrz rozdział: POGRZEB). Kadzie winnego samogonu, liczące po kilkadziesiąt litrów opróżniane były błyskawicznie. Kielich z bambusowej rury mieści bez problemu pół litra płynu, a opróżnia się go do dna.

Na Celebesie spróbowaliśmy jednak bardziej cywilizowanej wersji tego alkoholu, czyli po parokrotnej destylacji. W ten sposób powstaje nie tylko czystszy, ale i mocniejszy napitek przypominający arak. Piersiówkę takiego trunku nabyliśmy, gdy skończyły się nasze alkoholowe zapasy. Bo w podróży pijemy szklaneczkę dziennie dla zdrowotności. Dla lepszego trawienia, wspomożenia organizmu w walce z nieznanymi bakteriami, dla rozładowania napięcia po całym dniu niewiadomych, dla zbratania się z lokalnym przewodnikiem i dla poprawy humoru po prostu. Indonezyjski arak, na etykiecie zwany dla zmyłki ginem, był jedynym alkoholem z firmowo zamkniętym korkiem dostępnym w sklepie. Oprócz niego tylko samogon nalewany w co się da. Pierwszy łyk tego firmowego trunku przekonał nas jednak, że i arak zwany ginem nie nadaje się do picia. Jest za to idealnym specyfikiem na kurację odwykową. Gorzkawy, o smaku zapachu do ciasta, odrzuca po pierwszym łyku.

Lao Lao - ryżowa whisky z Laosu / fot. Bertram Ng/CC/Flickr.com Lao Lao - ryżowa whisky z Laosu / fot. Bertram Ng/CC/Flickr.com Lao Lao - ryżowa whisky z Laosu / fot. Bertram Ng/CC/Flickr.com

Laos i Bhutan: moc ryżówki

Laos i Bhutan: moc ryżówki

Lokalne trunki lubią zwodzić nazwą spragnionych przybyszy. W Laosie obowiązkowym punktem programu jest testowanie laotańskiej whisky, która z whisky nie ma rzecz jasna nic wspólnego. To rodzaj ryżowego bimbru zwanego Lao-Lao. Wytwarza się go w każdej wiosce. Podczas rejsu po Mekongu (patrz rozdział: DROGA) byliśmy częstowani Lao-Lao za każdym razem, gdy łajba przybijała do brzegu. Próbowano nas przy tym wszędzie nauczyć wymawiania nazwy tego narodowego trunku. Bo tylko pozornie oba człony Lao-Lao brzmią tak samo. W ustach Laotańczyka pierwszy wymawiany jest przeciągle i oznacza "alkohol", drugi szybko, wysokim tonem, i znaczy "z Laosu".

Alkohol z Laosu ma tyle wspólnego z whisky, co indyjski Bagpiper Deluxe, uchodzący za jedno z najlepszych whisky w kraju Gandhiego. W Bangalore na południu Indii w sklepach monopolowych rzadko kiedy sprzedaje się ten alkohol na butelki. Mało kogo stać na butelkę upragnionego whisky, więc mężczyźni, a tylko oni są klientami takich sklepów, kupują alkohol na kieliszki. Konsumpcja serwowanego w 50-gramowych kieliszkach Bagpipera odbywa się na miejscu.

My jako zagraniczni klienci mogliśmy pozwolić sobie na zakup całej butelki. Bagpiper Deluxe stanowi żelazny zapas alkoholowych dziwactw naszego barku. Przez ostry zapach spirytusu z trudem próbuje przebić się cieniutka nutka beczki.

Odmianą ryżowego trunku w Azji jest także ara. Pierwszy raz próbujemy jej w Bhutanie. Maleńkim i jedynym już królestwie Himalajów. Arę pędzi się w każdym domu, w drewnianych saganach ustawionych blisko pieca. Gotowy alkohol o mocy dwudziestu paru procent i mętnym zabarwieniu przelewa się do naczyń przypominających maselnice naszych babek. A stąd serwuje do miseczek. Jak sake.

- Miseczka przed snem sprawia, że śnisz słodko jak baby - przekonuje nas właściciel restauracji, w której jemy kolację. My jednak już wiemy, że lepsze od ary są w Bhutanie inne procenty. Bo ten maleńki, himalajski kraj produkuje naprawdę dobrą whisky. Górale ze szkockiego Highlandu, ojczyzny whisky, nie byliby tu zawiedzeni. A dla nas bhutańska whisky ma szczególny smak przygody [...].

Wódka wężowa z Wietnamu / fot. Shutterstock Wódka wężowa z Wietnamu / fot. Shutterstock Wódka wężowa z Wietnamu / fot. Shutterstock

Wietnam: gad nabity w butelkę

Wietnam: gad nabity w butelkę

W Azji poznaliśmy jeszcze jeden specyfik, nieporównywalny z niczym innym na świecie - wietnamską wężówkę. Stanowi żelazny punkt menu na północy Wietnamu. Butelki wypełnione zwiniętymi gadami znaleźć można na każdym bazarze. W restauracjach trudno ustrzec się od poczęstunku wężówką, zachwalaną jako wietnamska viagra.

W okolicach Hanoi serwuje się snakes drink - wino ryżowe wymieszane pół na pół ze świeżą krwią gada. Miejscem wyspecjalizowanym w tym trunku jest położona na obrzeżach wietnamskiej stolicy wioska nieoficjalnie zwana Snake Village. Słynie z przydomowych restauracji, w których klient sam wybiera sobie żywego gada, przy czym za najbardziej pożądane uchodzą te najgroźniejsze, głównie kobry.

Wybrany okaz jest na oczach klienta zabijany, a upuszczona z niego krew mieszana z alkoholem. Dla odważnych zamiast kostek lodu dorzuca się do szklanki bijące serce gada.

Resztę stworzenia serwuje się w postaci zupy i grillowanych kawałków mięsa. Proceder nie jest do końca legalny, bo polowania na węże doprowadziły do załamania równowagi biologicznej w regionie, w wyniku czego pozbawione naturalnych przeciwników szczury opanowały Hanoi oraz osady północnego Wietnamu.

Snakes blood to jednak magiczny dla Wietnamczyków trunek - przedłuża życie, zapewnia męskiego potomka, wygładza skórę, poprawia apetyt, wzmacnia kości, wspomaga porost włosów, łagodzi ból, usuwa stres

No, chyba że stres powoduje, jeśli nie ma się ochoty na trunek, a jest się do jego picia na każdym kroku nagabywanym.

Lodowiec w Chile / fot. Shutterstock Lodowiec w Chile / fot. Shutterstock Lodowiec w Chile / fot. Shutterstock

Chile: drink z lodowca

Chile: drink z lodowca

Najbardziej niezwykły drink, który przyrządzaliśmy podczas podróży, przytrafił się nam w Patagonii. Gdy w jej chilijskiej części zdobywaliśmy lodowiec Serrano. Zimno podczas podejścia po sinym jęzorze lodu było nieziemskie. Wiatr naszpikowany lodowymi igiełkami siekał bez opamiętania. Mroźne powietrze wdzierało się nosem aż do mózgu. Tak w dzieciństwie wyobrażałam sobie drogę dzielnej Gerdy do zamku Królowej Śniegu z baśni Andersena. Teraz mogłam to przeżyć na własnej skórze. Opatulona w kilka warstw, w ciepłej czapie i rękawicach z wełny alpaki - andyjskiej odmiany wielbłąda - czułam, jak mimo to zamarzam z każdym podmuchem wiatru. Jak z każdym krokiem zamieniam się w sopel lodu. Jak każdy oddech pokrywa szronem szalik, którym mam owiniętą twarz. W mojej głowie było tylko jedno marzenie - kubek gorącej herbaty. Tymczasem nasz przewodnik, sprowadzając nas z lodowca, poprosił, byśmy wzięli ze sobą po kawałku lodu. Błękitne bryły pływały w kryształowej wodzie. Trzeba było zanurzyć w niej skostniałą rękę i sięgnąć po mroźny kryształ. Po co? Otóż na pokładzie statku, którym przypłynęliśmy pod lodowiec, czekały na nas szklanki wypełnione pisco, południowoamerykańskim brandy z winogron, do którego należało dorzucić własnoręcznie zebrany lód. Odłamywaliśmy go po kawałku i upychaliśmy w szklankach. Resztę wrzucało się do chłodni. Przyjemne ciepło kabiny natychmiast rozpuszczało zimno w kościach i lód w pisco. To zaś rozgrzewało krew w naszych żyłach. I trzeba przyznać, że było to najprzyjemniejsze pisco w życiu, choć wcześniej pijaliśmy je w Peru w najbardziej klasycznej postaci jako pisco sour z pianą z ubitego białka, sokiem z limonek oraz cukrem. Oba kraje, Peru i Chile, uważają pisco za swój narodowy alkohol i od lat toczą spór o to, które państwo jest jego ojczyzną.

Słowo pochodzi z języka Inków, w którym oznaczało ptaka pishkos występującego na terenie peruwiańskiego miasta Pisco. I najprawdopodobniej lokalny trunek. Ale dopiero udoskonalony techniką destylacji przywiezioną przez Hiszpanów na tereny obecnego Chile, stał się alkoholem, jaki znamy dziś. Chile produkuje go 30-krotnie więcej niż Peru, a statystyczny Chilijczyk wypija dwadzieścia razy więcej pisco niż Peruwiańczyk. Na szczęście obaj, wznosząc toast, wołają zgodnie: "Salut!".

My dorzucamy: "Na zdrowie!", a znad szklaneczek sączonych na statku podczas międzynarodowej wyprawy na lodowiec Serrano słychać jeszcze: "Sante!", "Cheers!", "Skoal!", "L'chaim!". Jak to podczas podróży bywa, gdzie w niezwykłych miejscach spotykają się zwykli ludzie. Z niezwykłymi pasjami i zwykłymi potrzebami. Różne kultury, różne języki, różne narody. Szklaneczka alkoholu zawsze wszystkich zbliża.

POLECAMY:


?Światoholicy?. Aleksandra Pawlicka, zdjęcia Jacek Pawlicki

"Światoholicy" Aleksandra Pawlicka, zdjęcia Jacek Pawlicki

We dwoje od Wyspy Wielkanocnej po Ziemię Ognistą, od Laponii po Papuę - 6 kontynentów, 60 krajów w 20 lat

Kupisz w Kulturalnym Sklepie >>

Więcej o: