Maroko

...

Sławomir Renk 2002-11-27, ostatnia aktualizacja 2002-11-27 12:36:34.0

Wyruszyliśmy 1 lipca 1995 roku z Siemianowic Śląskich i po przejechaniu przez Czechy, Niemcy, Francję i Hiszpanię, szóstego dnia rano stanęliśmy w Algerciras na przystani promowej. Dlaczego zabrało nam to aż tyle czasu? Po pierwsze, z wiadomych przyczyn (opłaty) unikaliśmy jak ognia autostrad we Francji i Hiszpanii, co znacznie wydłużyło czas jazdy, a po drugie kierowca to też człowiek.

Maroko Sławomir RenkWyruszyliśmy 1 lipca 1995 roku z Siemianowic Śląskich i po przejechaniu przez Czechy, Niemcy, Francję i Hiszpanię, szóstego dnia rano stanęliśmy w Algerciras na przystani promowej. Dlaczego zabrało nam to aż tyle czasu? Po pierwsze, z wiadomych przyczyn (opłaty) unikaliśmy jak ognia autostrad we Francji i Hiszpanii, co znacznie wydłużyło czas jazdy, a po drugie kierowca to też człowiek. Algeciras Znajduje się tutaj całe mnóstwo kas sprzedających bilety. Przebiegliśmy przez wszystkie łudząc się, że uda nam się znaleźć konkurencyjną ofertę. Niestety wszędzie obowiązują jednakowe ceny i nie ma mowy o targowaniu się. ISIC nic nie daje. Po długotrwałych bojach udało się zyskać dosłownie kilka peset rabatu i to wszystko. Na promie należy dobrze pozamykać samochód nie chcąc przeżyć niemiłej niespodzianki. Na trasie Algeciras - Ceuta pływają różne promy - wszystko zależy od szczęścia (cena zawsze ta sama). W jedną stronę płynęliśmy łajbą, która kolebała się prawie 1,5 godziny, zaś w drugą promem, w którym wnętrze wyglądało jak w samolocie a rejs trwał 35 min. (nie było można za to wyjść na pokład). Wybraliśmy Ceutę z kilku powodów. Po pierwsze - bilet jest dużo tańszy niż do Tangeru. Po drugie - koniecznie należy zatankować w Ceucie na którejś z dziesiątek stacji, jakie znajdują się na tym skrawku ziemi. Cena ropy to ok. 45 pts. czyli prawie dwukrotnie mniej niż w Hiszpanii. Idąc za radą przewodnika chcieliśmy wymienić w Ceucie pieniądze. Cała gonitwa po bankach w poszukiwaniu dirhamów okazała się zupełnie bezsensowna, gdyż nigdzie ich nie było. Jak się potem okazało, można to zrobić bez najmniejszego problemu na granicy po stronie marokańskiej. Na granicy Hiszpanie obeszli się z nami dość łagodnie, ale na stronie marokańskiej nie poszło już tak gładko. Zajął się nami groźnie wyglądający urzędnik w dżelabie, który bardzo nam pomógł załatwić wszelkie formalności. Należało wypełnić kwestionariusze, odstać w kolejce do dwóch okienek i pokazać się osobiście przed wydaniem paszportu. Kierowca załatwiany był w osobnym pomieszczeniu. Trochę z niepokojem patrzyliśmy na ludzi przed nami, którzy wyładowywali wszystkie rzeczy z wozu na platformę. Po chwili podszedł do nas oficer wyglądający na kogoś dla kogo poczucie humoru jest czystą abstrakcją (nie radzę tego sprawdzać) i oczywiście kazał wszystko wyjąć. Z pomocą naszego opiekuna dał się zadowolić sprawdzeniem około 1/4 rzeczy i dał nam spokój. Po wymianie pieniędzy nasz urzędnik z typowo marokańską bezpośredniością oświadczył, że chciałby otrzymać prezent, a najlepiej, gdyby to były pieniądze. Z czasem przyzwyczailiśmy się do takiej bezpośredniości, tak że przy wyjeździe nie szokował nas widok, gdy jeden pan wręczał urzędnikowi w okienku łapówkę na oczach wszystkich, a ten go przepuszczał bez problemu. Tak oto znaleźliśmy się w Maroku. WYBRZEŻE ATLANTYCKIE Pokonanie trasy Ceuta-Tiznit, czyli około 1100 km zajęło 8 dni. Jest to wystarczająco dużo czasu, ale wymaga dość intensywnego zwiedzania. Po przejechaniu granicy trafiliśmy do małego miasteczka Sebta na pierwszy rozjazd z drogowskazem. Odtąd należy się przestawić na marokańskie warunki oznaczenia dróg i wytężać uwagę aby odpowiednio skręcić. Ogólnie oznaczenia nie są złe a jakość dróg zaskakująco dobra. Proponuję drogę wzdłuż wybrzeża do Tangeru. Jest ona bardzo malownicza, ale należy uważać na mgły i bardzo silne wiatry, które usiłowały wprost zepchnąć nas z drogi. Tanger Na nocleg wybraliśmy kemping Miramonte- całkiem przyzwoity, cena 15 DH za osobę, 10 DH za namiot. Co ważne - do mediny mieliśmy tylko 10 min. drogi. Pod kempingiem plaża (zimna i brudna woda), na której w nocy można zostać zaatakowanym przez patrol żołnierzy marokańskich. Wejścia na kemping strzeże solidna brama, ale reszta otoczona jest półmetrowym murkiem - nie zostawiać dobytku bez opieki. Co zwiedzić? Oczywiście wszystko co się da, a szczególnie pałac Dar El-Makhzen z muzeum etnograficznym i archeologicznym (u kasjerki można podziwiać pomalowane henną dłonie w tradycyjne berberyjskie wzory), kazbę, muzeum miniatur wojskowych. W Tangerze można kupić ładne jedwabne damskie dżelaby, które właśnie tutaj okazały się być najtańsze. Cap Spartel i Grottes d'Hercule Jadąc na południe polecam zatrzymać się w tych miejscach, a szczególnie w grotach. Należy zdecydowanie opędzać się od handlarzy, natomiast przy wejściu do groty można kupić bardzo ładne i tanie czapki. Dziadek, który ofiarował swoje usługi przewodnickie, zadowolił się kilkoma dirahmami, za to zwrócił nam uwagę na pewne szczegóły, których byśmy sami nie zauważyli. Asilah Należy się tutaj zatrzymać i spędzić trochę czasu wałęsając się po unikalnej medinie. Drogo - lepiej nie kupować. Lixus Był to dla mnie pierwszy kontakt z antycznymi ruinami i niech mi wybaczą miłośnicy starożytności, ale widziałem tylko kupę kamieni. Tym niemniej uważam, że również to należy zobaczyć. Nie spotkaliśmy żadnych ?hord naganiaczy?. Sale - Rabat Droga z Lixus do Sale nie obfitowała w wydarzenia, ale okazała się być ogromnym, ciągnącym się chyba kilometr, kramem z ceramiką (właściwie liczne kramy jeden obok drugiego, po lewej stronie naprzeciw torów kolejowych). Jadąc do Sale, mniej więcej na wysokości Kenitry, ni stąd ni z owąd wjechaliśmy na autostradę widmo (nie ma jej na mapach). Jechało się bardzo fajnie, tym bardziej, że byliśmy prawie jedynymi użytkownikami, ale na samym jej końcu znajdowała się kasa (15 DH). W Sale, będącym właściwie przedmieściem Rabatu, należy się zatrzymać ze względu na kemping De la Plage (standard taki sobie, brak cienia; na kempingu liczne, ciekawe, międzynarodowe towarzystwo), z którego można dojść, przechodząc przez most, w 30 minut, do stolicy kraju. W Rabacie jest wiele rzeczy wartych obejrzenia:

- wieża Hasana, mauzoleum Mohameta V (do którego jednak nie można było wejść);

- nekropolie merynidzkie Chellach (niespotykane ilości bocianów i innych ptaków, jak również przepiękne kwiaty w ogrodach);

- pałac królewski - niestety, poza bramą i wartownikami nic nie widać;

- kasba Oudaia;

- Narodowe Muzeum Sztuki Marokańskiej było w remoncie, ale przy wejściu do kasby, po lewej stronie znajdowała się wystawa tłumnie odwiedzana przez Marokańczyków, ukazująca króla Hassana II na fotografiach, we wszelkich możliwych ujęciach.

Z murów kasby interesujący widok na Sale. Polecam Cafe Maure, gdzie podają dobrą herbatę miętową. Przy wejściu do kasby zwróćcie uwagę na potężny cmentarz muzułmański (po drugiej stronie drogi, przy wjeździe do miasta). Jeśli wybieracie się w Atlas Wysoki, koniecznie musicie odwiedzić Wydział Kartograficzny przy Av. Moulay Hassan 31, przed południem), aby kupić mapy topograficzne interesujących was regionów. Najbardziej przydatna to Ibel Toubkal 1:50 000 i Oukaimeden 1:100 000. Sentymentalnym i praktycznym polecam odwiedzenie ambasady polskiej. Zostawcie tam listę uczestników i planowaną trasę podróży (to tak w razie czego), a jeśli ładnie się uśmiechniecie do pani, która tam pracuje, to napisze wam ona pismo po francusku zaświadczające, że jesteście studentami szczególnie zainteresowanymi historią i kulturą Maroka. Potem kilka okazałych pieczątek i podpis ambasadora. Pismo to ma czarodziejską moc (chyba ze względu na swój bardzo urzędowy charakter) - policjanci na rogatkach po przeczytaniu nagłówka puszczą was bez słowa, a w muzeach daje się wytargować duże ulgi. Z muzeami w Maroku jest tak: wszystkie podlegają Ministerstwu Kultury i Sztuki i wszędzie obowiązują te same ceny (wyjątek to Jardin Najorelle, który jest muzeum prywatnym, i Volublis) , a więc 10 DH - my, 5 DH - oni, czyli Marokańczycy i 2 DH grupy z autoryzacją. Aby uzyskać autoryzację, należy złożyć podanie do w/w ministerstwa i odczekać kilka miesięcy na pozytywną decyzję. Ale pismo z Ambasady przy odrobinie daru przekonywania może zostać potraktowane jako autoryzacja, a gdy jeszcze poprze się je dowodem w postaci biletów za 2 DH z poprzedniego muzeum, to sukces murowany (bywają oporne przypadki). Każda inna próba wytargowania niższej ceny nie powiodła się.

Przed Sale znajduje się ciekawy Jardins Exotiques (10 DH) - w środku można poczuć się przez moment jak w dżungli.
Casablanca To wielkie i prawdę mówiąc niezbyt ciekawe miasto. Niewątpliwie interesujący jest meczet Hassana II z uwagi na swoją monumentalność. Komuś, komu Casablanca kojarzy się wyłącznie z filmem pod tym tytułem, polecam wizytę w hotelu Hyatt Regency przy Place Des Nations Unies, gdzie można się obfotografować z Humphreyem Bogarem do woli. Azemmour Polecany w przewodniku widok z mostu rzeczywiście jest piękny. W miasteczku odwiedźcie ruiny fortecy, do których zaprowadzi was każde dziecko, czy tego chcecie czy nie. El-Jadida Symbolem tego miasta jest Citerne Portugaise. Niektórzy być może będą czuć się nabici w butelkę, gdy za 10 DH zastaną wpuszczeni do niewielkiego pomieszczenia w piwnicy, ale jest to pierwsze wrażenie, które szybko mija w obliczu tego niezwykłego miejsca. Najlepiej wstąpić tu w słoneczny dzień ani zbyt wcześnie ani zbyt późno. Essaouira Miasto w którym chce się zostać na dłużej. Niezliczone ilości sklepików i sklepów z wyrobami z drzewa cedru i tui. Jeśli chcecie coś takiego przywieźć sobie na pamiątkę, kupcie to tutaj - takiego wyboru i cen nie będzie już nigdzie. Odwiedzając Skala Du Port, nie można zapomnieć zrobić zdjęcia Essaouiry przez okrągłe okno w murze, najlepiej z wszędobylską mewą. W ogóle nie brakuje tutaj tematów do zdjęć, ot chociażby: malowniczy port rybacki (co za kolory!) lub dość szokujący, nie tylko wzrokowo, targ rybny. Nie polecany kemping w mieście rzeczywiście okazał się kawałkiem placu otoczonym murem, ale dzięki swej doskonałej lokalizacji pozwalał na wieczorne spacery po mieście i plaży. Na plaży można wypożyczyć deski do windsurfingu za ok. 100 DH za godzinę. Agadir Broń Boże zatrzymać się tu, chyba, że ktoś jest ciekaw, jak spędzają czas bogaci Niemcy. Zanim dojedzie się do Agadiru, mniej więcej w połowie drogi między nim a Essaouira, znajdują się piękne, całkowicie dzikie i odludne plaże. Warto się tu zatrzymać, gdyż im bliżej Agadiru, tym gorzej, a poza tym może to być już ostatni kontakt z oceanem przed wyjazdem w głąb lądu. Między Agadirem a Tiznit można spotkać pasące się kozy na drzewach arganiowych. Sidirbat Gorąco polecam wypad do tego rezerwatu. Wprawdzie latem będzie tu bardzo trudno spotkać flamingi (jeden z nas widział podobno aż cztery, lecz nie różowe), ale okolica jest urzekająca, przepiękne plaże i wspaniałe fale. Kierować się należy ciągle wzdłuż rzeki Oude Massa, po jej prawej stronie. Można spokojnie dojechać aż do samej plaży. Tiznit Miasto ma swój charakter. Instynktownie wyczuwa się, że pustynia musi być już blisko. Kemping tuż przy wejściu do miasta stanowi plac otoczony murem z tłuczonym szkłem na jego szczycie. W murze znajdują się wnęki dające przyjemny chłód, cień i miejsce do spania, gdzie można zrobić to spokojnie bez namiotów. (10 DH - osoba). Tiznit to duży ośrodek jubilerski. Najlepiej dać się zaprowadzić do warsztatu jubilerskiego, na przykład zagadując właściciela kawiarni znajdującej się zaraz za murem po prawej stronie. Jeszcze lepiej dojść tam samemu. Chcąc dojść do warsztatu i tzw. muzeum kierujemy się w uliczkę na prawo, mijając po drodze Source Bleue. Można tu na własne oczy podziwiać proces tworzenia biżuterii, a zaraz obok, w sklepie, wybrać coś dla siebie (sklep rzeczywiście przypomina muzeum). Dany przedmiot, który nas interesuje, wkłada się do skórzanej miski i podchodzi do właściciela, który najpierw popatrzy w oczy a potem rzuci cenę, która oczywiście zwala z nóg. Znając zasadę, że jeśli Marokańczyk mówi, że coś kosztuje 1000 DH to znaczy, że jest warte 200 DH, należy się targować. Chciałbym podkreślić, że ta biżuteria jest rzeczywiście bardzo ładna i niewątpliwie warta sporych pieniędzy. Gdziekolwiek indziej w Maroku będziecie oglądać biżuterię w sklepach, mało będzie ona miała wspólnego ze sztuką, a raczej będzie trąciła Cepelią (nie obrażając oczywiście Cepelii). ANTYATLAS Ósmego dnia naszej wyprawy ruszyliśmy w kierunku Tafraoute. Drogę Tiznit-Tafraoute przez Col De Kerdous najlepiej przebyć późnym popołudniem. Zachodzące słońce, oświetlając okoliczne góry, wydobywa z nich fantastyczne kolory. Podjazd pod przełęcz, z uwagi na bardzo wąską drogę i stromiznę, jest trudny. Znacznie łatwiej jest wjechać na Tizi'n Test lub Tizi'n Tichka. Tafraoute Jest bardzo przyjemnym miastem, w którym spędziliśmy aż 4 dni. Kemping Les Trios Palmiers - dobry, choć pozbawiony zupełnie cienia (a było piekielnie gorąco), jeden czynny prysznic, szkło na murze. W nocy grasował po nim czarny skorpion, ale go upolowano. Z miasteczka (podobnie jak z każdej budki w Maroku) można spokojnie dodzwonić się do Polski, a jakość dźwięku jest zdumiewająca (3 zdania - 15 DH). Cóż takiego można robić w Tafraoute? Wybraliśmy się obejrzeć rzeźbioną Gazelę (mijając hotel Les Amandieres, droga do Tazki), a potem z pobliskiej wioski Adai, zgodnie z zaleceniem przewodnika GeoCenter, ruszyliśmy obejrzeć ?godne uwagi prehistoryczne petroglify? i gdzie doszliśmy? - do Rzeźbionej Gazeli. Ruszyliśmy również w stronę Aguard Oudad. Można spróbować dostać się do Malowanych Skał przechodząc przez wioskę (należy skręcić przy małym sklepiku po prawej stronie) lub iść dalej prosto drogą aż na niewielką przełączkę, gdzie należy ostro skręcić w prawo i iść w tym kierunku. Po ok. 10 minutach powinny się ukazać Malowane Skały. Drogowskazy po drodze są dość tajemnicze i tak naprawdę trudno się domyślić, w którym momencie należy skręcić. Na pewno skusi was zdobycie szczytu Ibel Lekst, wznoszącego się po północnej stronie doliny Aheln. Należy dojechać na przykład wynajętym w Tarakatine za 140 DH starym Land Roverem do przełęczy Tizi'n Tarakatine i wioski. Przechodzi się przez wioskę i idzie w górę grzbietem coraz wyżej. Po minięciu kilku wzniesień terenu można dostrzec szczyt oznaczony kamiennym słupkiem. Wejście zajmuje ok. 4 godzin. Zejście trzeba sobie dobrze przemyśleć, żeby się nie wpakować w niepotrzebną kabałę. Pod szczytem otwiera się przepaść doliny prowadzącej w dół do widocznych dwóch wiosek i głównej drogi. Da się nią zejść, ale nie wprost ze szczytu, lecz należy pójść dalej granią do widocznej przełęczy. Nieomal przy wylocie doliny znajdzie się wodospad niemożliwy do przebycia (obok skalnego okienka), który można spokojnie obejść z lewej strony. W drugiej z kolei wiosce jest sklep. Dla ambitnych polecam wyprawę do Agadir Tasguent. Trzeba dostać się do rozwidlenia dróg na przełęczy Tizi'n Hlil (autostop wcześnie rano), a dalej próbować dostać się do Ait Abdallah (niezwykle senna wioska). Z wioski do spichlerza jest jeszcze 26 km, ale nie ma tu drogi asfaltowej. Pozostaje albo iść piechotą w obie strony, albo liczyć na cud, tzn. przejeżdżający Land Rover z turystami, który nas zabierze. W wiosce są tylko dwa samochody, w tym jeden stoi na cegłach, a drugi jest własnością gościa, który nie chce słyszeć o jakiejkolwiek jeździe. W oczekiwaniu na pojazd weszliśmy (1,5 godziny marszu) na majestatycznie górujący nad wioską szczyt Ibel Azgour (2092 m npm) - od wylotu wioski kierować się na południowy zachód. Wieczorem pojawiło się w wiosce kilka aut, ale żadne nas nie zabrało. Pozostało więc do pokonania 31 kilometrów asfaltu do kempingu lub nocleg w którymś z domów i enigmatyczny autobus o 600 rano. W Tafraoute właściciel kempingu na pewno zaprosi was na herbatę do La Maison Tuareg, gdzie wysłuchacie opowieści z pustyni i koncertu muzyki tuareskiej, a wszystko po to, aby coś wam sprzedać. Jeden z muzyków jest strasznie ?napalony? na alkohol, więc można go tu korzystnie sprzedać.

W drodze do Aut Mellout zwróćcie uwagę na Tioulit.
Taroudannt Poraził nas tutaj piekielny upał. Wieczorem w miasteczku zrobiło się przyjemnie, wyruszyliśmy więc na tutejszy suk, który okazał się dość interesujący. Nie ma kempingu - trzeba chodzić po hotelikach (wybór jest duży). Nas interesował większy pokój, w którym wszystkie siedem osób mogłoby się wyspać. Nie pamiętam jego nazwy, ale było to na głównej ulicy, naprzeciwko cukierni, za placem Al Alaouyine. Pokój kosztował 100 DH, a na parterze w barze można było oglądać TV Polonię. MARAKESZ I ATLAS WYSOKI Asni Po przejechaniu przez przełęcz Tizi'n Test, co było niemałym przeżyciem, dotarliśmy do tego małego, zapyziałego miasteczka z mnóstwem wlokących się za nami cwaniaków, usiłujących coś sprzedać. Jedyną rzeczą godną uwagi były tu zupki za 1,5 DH, podawane w glinianych miseczkach, którymi naprawdę można było się najeść. Marakesz Zatrzymaliśmy się na kempingu z dobrze zaopatrzonym sklepem spożywczym, wodą zdatną do picia, działającymi (niektórymi) prysznicami. Ostrzegam przed dość aktywnymi złodziejami, którzy bez problemy wchodzą od tyłu na kemping. Z kempingu do centrum, na plac Jemaa El Fna jest około 30 min drogi. Marakesz to miasto, do którego czuję wielki sentyment. Tu bowiem przeżyliśmy wiele zdarzeń i skąd trudno było się nam wyrwać. Spędziliśmy tu tydzień (licząc jeszcze dni po powrocie z gór). Co trzeba zobaczyć? Plac Jemmaa El Fna, na który wraca się kilka razy w ciągu dnia, który kusi wieloma atrakcjami i stwarza wspaniałe okazje do robienia zdjęć (ale uwaga, jeśli zostanie się na tym przyłapanym, to trzeba zmykać bo inaczej trzeba płacić). Zimne soki pomarańczowe są wspaniałym antidotum na lejący się z nieba żar. Kosztują 2,5 DH, ale nie należy tyle płacić. My dogadaliśmy się z jednym sprzedawcą, który za 10 DH dawał nam 7 soków i zawsze do niego wracaliśmy. Konkurencja jest spora, więc jeśli nie zgodzi się jeden, to zrobi to drugi. Suki i medina - tu również trzeba spędzić wiele czasu napawając zmysły smakami, zapachami i kolorami. Zabytki warte zwiedzenia:

- meczet Kotubija - niestety tylko z zewnątrz; w tym czasie obłożony był rusztowaniem;

- Bab Agnaou i grobowce Saatydów - numer z autoryzacją nie przechodzi;

- koniecznie pałac De La Bahia - zwiedzanie z przewodnikiem, biletu się nie kupuje, a po zakończeniu zwiedzania, gdy ma się nadzieję, że zniesiono opłaty przewodnik kasuje po 10 DH;

- Medresa Ali Ben Jusuf - obowiązkowo trzeba zobaczyć;

- Dar Si Said - niewątpliwie jedno z najciekawszych muzeów sztuki marokańskiej;

- Jardin Majorelle - ciekawa roślinność i w sumie bardzo sympatyczne miejsce, w środku muzeum sztuki (zamknięte), wstęp 15 DH; ultra czyste toalety z różowym papierem;

- pałac El Badi - myślę, że niejednego może rozczarować, gdyż właściwie są to tylko ruiny murów, trochę lochów i betonowe dwa baseny;

- hotel La Mamounia - wart zwiedzenia ze względu na niespotykany wybór map, przewodników (w tym Michelin, Lonely Planet, Rough Guide i inne), ogrom kolorowych albumów, książek o Maroku, slajdów itp. Podejrzewam, że tego, co można tutaj dostać na temat Maroka, nie ma w najlepszych księgarniach turystycznych Europy Zachodniej.

Nie jest wart długiej drogi Jardin Menara, który nie ma nic wspólnego z ogrodem. Szkoda również czasu na poszukiwania Kubba Ba'adiyn. W Marakeszu warto zajrzeć do sklepu z wyrobami z kamienia - miliony masek i figurek (gdzie to jest, nie jestem w stanie wytłumaczyć, ale gdzieś w okolicy suku). Przy Av. Yacoub Al-Mrini znajduje się kościół katolicki - msze w niedziele o 900.
Atlas Wysoki 25 lipca pojechaliśmy do Imlil. Droga z Asni początkowo jest asfaltowa, ale potem zamienia się w coś, co przypomina koryto rzeki. Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby coś nadjechało z przeciwka - nie sposób tam zawrócić. W Imlil zatrzymaliśmy się na noc obok schroniska CAF-u (10 DH od osoby). Chłopak z obsługi wyjaśnił nam, co i jak z chodzeniem po górach, objaśnił mapę i zaproponował trasę. Potem spędziliśmy kilka miłych chwil w kawiarence z miejscowymi przewodnikami (nota bene, jeden z nich znał kilka polskich zwrotów, a barman liczył po polsku). Według oficjalnej taryfy muły kosztowały 75 DH za dzień, a przewodnik 150 DH (ale żąda się odpowiednio 100 i 200 DH). Z własnego doświadczenia wiemy, że zarówno muły, jak i przewodnik, są całkowicie zbędni. Nie dawajcie wiary tym, którzy będą was usiłowali przekonać, że bez tego absolutnie nie dacie sobie rady. Za to na pewno niezbędna jest mapa, którą podobno można kupić w biurze turystycznym w Imlil (otwarte od 900), ale właściciele często bywają w górach i biuro jest zamknięte na cztery spusty. Nam udało się odkupić mapę od jednego przewodnika za 100 DH. Rano wyruszyliśmy do schroniska Neltnera. Całą trasę pokonaliśmy w ok. 6 godzin, co nas bardzo zdziwiło, gdyż spodziewaliśmy się, że będzie gorzej. Na dole było upalnie, zaś przy schronisku było bardzo zimno i siąpił deszcz (deszcz padał regularnie codziennie po południu). Kawa w schronisku kosztowała 3 DH - nie można przesiadywać tu zbyt długo. Na szczyt Ibel Toubkal wychodzi się o 600 rano, kierując się na lewo od schroniska i w górę. Wejście zajmuje ok. 5 godzin, a zejście 3 godziny. Jeszcze tego samego dnia doszliśmy do Lacd'Ifni. Stanowczo odradzam tego typu pomysły, gdyż zmuszeni byliśmy przedzierać się przez morenę jeziora w całkowitych ciemnościach i byliśmy kompletnie wyczerpani. Przełęcz Tizi'n Ouanoumss nie wydaje się być taka wysoka, jaka jest w rzeczywistości, ale widok z niej jest cudowny. Woda w jeziorze jest ciepła, więc można sobie popływać. Nawet tutaj można kupić wszechobecną coca-colę, ale nie liczcie na to, że butelki, które zostawi wam pewien dziadek i po prostu sobie pójdzie, to jest prezent. Gdy już je wypijecie, wrzucicie plecaki na plecy i ruszycie, to nagle on wyrośnie przed wami jakby spod ziemi żądając po 10 DH za butelkę. Po kilku godzinach drogi doszliśmy do Amsouzarte, gdzie zatrzymaliśmy się na noc na małym prywatnym placyku (40 DH za 3 namioty). Obok jest Cafe ze strasznie hałasującym agregatem. Tam również można się rozbić. Następnego dnia przeszliśmy przez Tizi'n Ououraine do Azib Likemt. Miejsce na biwak znajduje się po prawej stronie potoku wśród skał. Wioska składa się z kilku glinianych chałup i jest zupełnie odcięta od świata. Dalej, idąc w górę wioski wzdłuż doliny, dochodzi się do męczącego podejścia na Tizi'n Likemt (ok. 4 godz. drogi). Z przełęczy do wioski Tacheddirt jest jeszcze następne dwie godziny marszu. Przed wioską jest rozejście szlaków: w prawo i w lewo leci trawers. My poszliśmy w prawo, co nie było najlepszym pomysłem i zmusiło nas do przedzierania się przez dzikie zbocze. Spróbujcie w lewo. Po dojściu do drogi zatacza się łuk w lewo i wchodzi na główną dróżkę, prowadzącą do ?centrum?. Przy kranie z wodą znajduje się schronisko i sklepik (mając 50 DH można kupić w nim wszystkie towary). Schronisko jest prywatne. Można dostać nocleg za 10 DH za osobę (jeżeli ktoś chce - można spać na dachu). Do dyspozycji jest kuchnia gazowa, na której można gotować do woli. Gospodarz częstuje miętową herbatą, za co potem liczy sobie 10 DH. Dalej zamierzaliśmy w ciągu dwóch dni dotrzeć do Setti Fatmy i rzeczywiście zabrało nam to tyle czasu, a to dlatego, że w pewnym momencie rozdzieliliśmy się i odnalezienie się zajęło nam sporo czasu. Wyszliśmy rano, a około godz. 1400 osiągnęliśmy wioskę Timgiust, a potem minęliśmy kilka następnych (tu skończył się zasięg naszej mapy). Jedna grupa szła górą- ciągle trawersem nad korytem rzeki, a druga samym korytem - obie wersje prowadzą do celu. Pierwsza grupa musiała się zatrzymać na nocleg na trawersie (jak się rano okazało, do Setti Fatmy brakło 40 min. drogi), a druga dotarła do wioski. W wiosce jest mnóstwo sklepików, kramów i barów. Można tu wymienić wszystko i okazyjnie dostać ładne rzeczy, np. kamienne maski, dzbanki na herbatę itp. Z parkingu odjeżdżają autobusy do Marakeszu (o godz. 1700?) oraz taksówki, które zabierają 6 osób + kierowca. Płaci się za taksówkę 15 DH od osoby + dodatkowe 10 DH za przystawanie w celu zrobienia zdjęć. Dojeżdża się do Bab Er Rob, skąd jest jeszcze kawał drogi na kemping. DOLINY POŁUDNIOWE I SAHARA Przejazd przez Tiz'n Tichka nie jest tak emocjonujący, jak przez Tiz'n Test. Przy zjeździe należy koniecznie zajrzeć do Telouet i do marokańskiego Hollywood, czyli Ait Benhaddou (kto widział ostatnio ?Klejnot Nilu?, ten wie, o co chodzi) - najlepiej pod wieczór - dobre światło do zdjęć. W sklepikach ciekawe ametysty. Uważajcie na wszelkiego rodzaju falsyfikaty geologiczne, np. podbarwione na błękitno ?ametysty? lub wręcz wklejane do środka kryształy lub ?ametysty? barwione na różowo. Jest tego po drodze bardzo dużo i naprawdę trudno znaleźć coś rzeczywiście oryginalnego i naturalnego. Quarzazate Kemping jest tu bardzo przyzwoity, z elektrycznością i ławeczkami pod latarniami, ale daleko od centrum. Należy zwiedzić kasbę w centrum oraz zajrzeć do Ensembla Artisanal, gdzie można przypatrzyć się pracy tkaczy dywanów.

Dalej pojechaliśmy do Zagory (sympatyczny, mały zacieniony kemping D'Amezrou), a potem po drodze wstąpiliśmy do Tamegroute, gdzie znajduje się biblioteka ze wspaniałymi zbiorami (wolne datki, zakaz fotografowania).
Mhamid To prawie ?koniec świata?- wioska, gdzie mury budynków wyrastają wprost z piasku. Przed wioską jest kemping. Jak twierdził nasz kierowca - bardzo znośny (okazało się, że kręciła się po nim żmija rogata). Po wjeździe do wioski, zaraz za bramą, przy placyku po prawej stronie znajduje się hotelik i tam radzę się zatrzymać. Za 5 DH od osoby można rozbić namiot na dachu, a do tego dostaje się stolik i krzesełka. Gospodarze są sympatyczni i jest elektryczność. Przy hoteliku jest zdezelowane Mitsubihi Pajero, które polecam wynająć, mimo że cena wydaje się być wysoka - za 6 osób udało się po kilkugodzinnych targach wytargować 1150 DH. Obok jest drugi hotel, gdzie samochód kosztuje już 1600 DH i trzeba go sprowadzać z Zagory. Cała wyprawa rozpoczęła się ok. godz. 1200. Oprócz nas na dachu siedziało jeszcze sześciu miejscowych - pasażerów do oazy. 60-kilometrowa podróż trwała sześć godzin. Po drodze mijaliśmy niewielkie wydmy, dalej hamadę, namioty nomadów, oazę (palmy z prawie dojrzałymi daktylami i źródło wody - zdatna do picia), stada wielbłądów i dojechaliśmy do wysokich piaszczystych wydm, pośród których rozbiliśmy namioty na noc. Erg jest rzeczywiście duży - bez porównania z Ergiem Chebbi. Powrót rano następnego dnia trwał nieco krócej. Częste awarie samochodu, jak również brak wody do chłodnicy, nie były bynajmniej zaaranżowaną specjalnie dla turystów atrakcją, dlatego należy się liczyć z tym, że mimo wszystko samochód może kiedyś nie ruszyć z miejsca na środku pustyni. Po powrocie do Mhamid odczuliśmy głęboką ulgę. W Mhamid można jeszcze wynająć wielbłądy i odbyć kilkugodzinną przejażdżkę w kierunku małych wydm (koszt ok. dwukrotnie mniejszy). Gorges Du Dades 6 sierpnia ponownie znaleźliśmy się na kempingu w Ouarzazatte, skąd następnego dnia pojechaliśmy do przełomu rzeki Dades. Udało nam się dojechać nieco poza Ait Oudinar, gdzie na stromych, ostrych zakrętach nasz samochód odmówił posłuszeństwa. Podeszliśmy nieco wyżej, gdzie kończył się asfalt i stamtąd podziwialiśmy wspaniałe widoki. Gorges Du Todra W rejonie przełomu po prawej stronie znajdują się trzy kempingi, jeden obok drugiego - ceny porównywalne (ok. 8 DH od osoby). My zatrzymaliśmy się w Camping Le Lac. Warto przespacerować się w górę doliny poza przełomem, ale należy pamiętać, że ryby w rzece są niejadalne. Dalej pojechaliśmy na wschód i w Tinejdad odbiliśmy do Erfud. Erefud Jeśli chcecie pojechać do Erg Chebbi, to zostańcie lepiej w Erfud i wynajmijcie Land Rovera, których jest tu mnóstwo. Cenę wszędzie taka sama - 500 DH. Noc spędziliśmy na dachu malutkiego hoteliku za 5 DH od osoby, naprzeciwko postoju landroverów przy Av. Moulay Jsmail, nieco przed hotelem Taifilalet. W Erfud można kupić wiele skamieniałości po dość umiarkowanych cenach oraz nieprawdopodobnie piękne i wielkie róże pustyni (nigdzie indziej nie spotkaliśmy takich). Nie są one niestety wystawione na sprzedaż w sklepikach, lecz skrzętnie pochowane w kartonach, więc należy włożyć trochę trudu w zjednaniu sobie sympatii miejscowych. Land Rover zabrał nas o 330 - kierowca mówił tylko po arabsku. Dojechaliśmy się do Merzougi i wyszliśmy na erg na wschód słońca. Erg jest mniejszy niż ten za Mhamid, ale wydmy są większe (szczególnie jedna przypomina górski szczyt) i jest też znacznie tłoczniej. Potem przejeżdżaliśmy przez miejsce, gdzie wydobywa się skamieniałości (jak się ma porządny młotek, to nawet można znaleźć coś dla siebie). Obok jest kram, ale ceny są nie do przyjęcia. Minęliśmy jeszcze jezioro Dayet Srji i ok. 1100 wróciliśmy do Erfud. Teoretycznie da się dojechać do Merzougi własnym samochodem, ale niezbędny jest przewodnik, gdyż łatwo można się zgubić w labiryncie dróg. Z Erfud ruszyliśmy na północ doliną Ziz przez Midelt (kemping w centrum) do Azrou. Przed Azrou, przejeżdżając przez lasy cedrowe, spotykamy drogowskaz do Cedre Gourand (na prawo). CESARSKIE STOLICE I OKOLICE Meknes W mieście znajduje się dobry kemping Agdal, jeden z lepszych w Maroku, ale dość drogi - 17 DH od osoby i 15 DH za namiot (obsługa jest dość elastyczna, więc można nieco zaniżyć koszty). Jest on dobrze położony, chociaż do samego centrum jest ok. 20 minut marszu. Na miejscu jest sklep - drogo. Jest również w Meknes schronisko młodzieżowe - 25 DH za osobę, wstęp z legitymacją PTSM i nie ma mowy o targowaniu się. Pokoje wyglądają dość schludnie, a całość wygląda czysto i zadbanie. Jest jednak dalej do centrum. W Meknes można zwiedzić wszystkie najważniejsze obiekty w ok. 3 dni. Są to:

- plac El Hedim i Bab El-Mansour - na pewno traficie tam wiele razy. Specjalnością Meknes są pyszne ciastka sprzedawane na placu i w okolicach po 1 DH;

- Mauzoleum Moulai Ismaila - można wejść do środka, ale trzeba zdjąć buty; do zasadniczej części nie-muzułmanie nie są wpuszczani;

- Heri Es-Souani - zaraz po wejściu z kempingu po lewej stronie; całość robi duże wrażenie;

- Medresa Bou Inania - warto wejść na dach i stamtąd podziwiać Wielki Meczet i panoramę miasta;

- Koubbat As-Sufara - szczególnie polecam w czasie upału;

- Dar Jamai przy placu El Hedim - niestety było zamknięte;

- można również przespacerować się za Bab Berdaine (po drodze tanie daktyle) na cmentarz muzułmański i Koubba Sidiego Ben Alss.

Będąc w Meknes być może traficie na festyn i pokazy tradycyjnej fantazji, które odbywają się na terenie leżącym pod pn-zach. murami Ville Imperiale (od El Hedim w prawo i w dół). Pokazy te często odbywają się w Meknes lub okolicach - najlepiej po prostu wypytać miejscowych.
Volubilis To trzeba zobaczyć na pewno i nie warto się zastanawiać, czy 25 DH za wstęp to rozbój, czy też nie. Wejście bokiem ?na lewo? jest możliwe, ale nie należy wtedy wcześniej zbliżać się do kasy i zwracać na siebie uwagi. Jeśli chcecie zrobić ciekawe zdjęcia unikalnych mozaik, to nie zapomnijcie zabrać ze sobą wody do ich polania. Obok jest kram z pamiątkami i bardzo drogimi pocztówkami. Moulay Idris Należy przejechać przez miasteczko, wjechać pod górę i zostawić pojazd na parkingu. Stąd jest tylko kilka kroków do miejsca, skąd najlepiej można podziwiać panoramę miasta. Zaprowadzi was tam każde dziecko, czy tego chcecie, czy też nie. Przy zejściu w dół do centrum mija się jedyny okrągły minaret w Maroku. Mauzoleum Moulay Idrisa dla nie-muzułmanów nie prezentuje się zbyt ciekawie - dość wcześnie zatrzymuje nas barierka. Pozostaje powłóczyć się trochę po ryneczku i targu warzywnym i ... wracać.

Volubilis i Moulay Idris można spokojnie zwiedzić w ciągu jednego dnia (z dojazdem do Fezu na kemping).
Fez Atmosfera tego miasta bardzo mi się podobała i z wielkim żalem musiałem je opuścić. Spędziliśmy tu prawie 4 dni. W Ville Nouvelle jest schronisko młodzieżowe (nocleg - 25 DH). Zauważyliśmy brak turystów, ale też i zainteresowania nimi. Pan z obsługi był bardzo niemiły i za to, że go obudziliśmy z południowej drzemki, po prostu nas wyrzucił i obrzucił wyzwiskami - nie polecam tego miejsca. Kemping Diamant Vert położony jest około 8 kilometrów od miasta, w drodze do Ifrane (20 DH osoba, 20 DH namiot, 20 DH samochód). Jest czysto, a obok kempingu znajduje się dyskoteka na wolnym powietrzu, estrada, basen i kawiarnia (wszędzie wstęp wolny). Przed bramą kempingu zatrzymuje się autobus nr 17 - kursy (1,1 DH) mniej więcej co pół godziny, ale tylko w ciągu dnia. Przystanek w Ville Nouvelle na przecznicy łączącej Av. Hassan II z Boulevard Tariq Ibn Ziad.

Do Nowego Fezu wchodzi się bulwarem Moulay Youssef i dochodzi się do Pałacu Królewskiego. Po prawej stronie interesujący cmentarz żydowski, do którego warto zajrzeć (wolne datki). Dochodząc do bramy Bab Sem Marine, w okolicznych kramikach można najeść się fig i daktyli, próbując w każdym po jednym. Należy jednak zachować umiar, bo można być niemile potraktowanym. Potem przez bramę Bab Dekakene do Bab Bou Jeloud i jesteśmy w Starym Fezie. Jeszcze przed bramą, skręcając w prawo i schodząc w dół, można dojść do Muzeum Dar Batha (wspaniałe zabytki sztuki marokańskiej). Po wejściu do Starego Fezu, przy głównym deptaku mediny po prawej stronie znajduje się medresa Bu Inanija (mimo, że jest remont, to strażnik wpuszcza na górę). Zwiedzenie tej, jak i następnej medresy El-Attarine, jest oczywiście sprawą honorową. Chcąc obejrzeć meczet El-Karawijjin i uniwersytet, jedyną metodą jest wejście na dach sklepu z dywanami i restauracji Palais De Fes. Można również, przechodząc obok meczetu, zajrzeć przez drzwi na dziedziniec, gdzie wierni dokonują ablucji przy fontannie. Trafić należy także na Place An Nerjjarine (fontanna) - na placyku sklep fotograficzny, gdzie można wytargować dobrą cenę za filmy i przezrocza. Nie można być w Fezie i nie widzieć garbarni skór. Od medresy As-Seffarine w górę wąską uliczką, a potem w lewo, wchodzi się na widokowe platformy, będące jednocześnie sklepami. Osobom o małej odporności zmysłowej odradzam głębokie wciąganie powietrza tudzież wychylanie się za barierkę - smród urywa głowę. Potem można pokręcić się między straganami nad potokiem aż do placu Er-Rsif (na placu Wafabank - wspaniała klimatyzacja). Chodząc po głównych uliczkach mediny nie można się zgubić, ale zapuszczenie się w głąb zaułków może skończyć się długim poszukiwaniem drogi powrotnej. Po Fezie można chodzić w nieskończoność. Jeśli chcecie kupić pamiątkę ze skóry, to nie ma lepszego miejsca - wybór jest ogromny i jest tu wyjątkowo tanio.
Park Narodowy Tazzeka Jadąc od strony Fezu należy skręcić w Sidi Abdallah i dość dobrą drogą piąć się w górę. Wysoko w lesie, po prawej stronie, zauważycie wspaniałe miejsce na biwak - murowane stołki i ławki. Na przeciwko, za ogrodzeniem, znajduje się ?hodowla? gazeli, które podchodzą rano blisko i można je obserwować. Obok mieszka sympatyczny strażnik parku. Można też zostać na nocleg na kempingu w Bab Bouidir. Przed wioską w lewo wije się stroma droga na szczyt Jbel Tazzeka, a nieco dalej odchodzi droga prowadząca do wejścia do Gouffre Du Friouato. Jaskinia jest niesamowita, składa się z olbrzymiej komory z dziurą w stropie, na dno której prowadzą betonowe schodki. Przy ich końcu znajduje się ciasne wejście do drugiej części jaskini. Należy mieć dobre światło i trzymać się ścieżki. Jest ślisko, niezbyt chłodno, i można się łatwo wybrudzić. Zwiedzanie tej części trwa co najmniej 1,5 godz. Moim zdaniem, ta jaskinia to jedna z ważniejszych osobliwości przyrodniczych Maroka. Wstęp 3 DH. RIF I WYBRZEŻE ŚRÓDZIEMNOMORSKIE Al Hoceima Z Tazy dość dobrą drogą wśród nieciekawych w tym rejonie pasm Rifu dotarliśmy do Al Hoceimy. Przed miasteczkiem zwróćcie uwagę na Penon De Alhucemas. Kemping Cala Bonita (z hiszp. śliczne zatoczka) wbrew nazwie jest nieprawdopodobnie zatłoczony, a na plaży pełno śmieci. Wszyscy wspominamy ten kemping jako najgorsze miejsce, gdzie przyszło nam spędzić noc w Maroku. Jest przeraźliwie tłoczno i głośno. Należy zapomnieć o zmrużeniu oka w nocy. Ubikacje są ciągle zajęte, a cuchnie od nich prawie tak, jak w garbarni w Fezie. Po zobaczeniu tego, co się dzieje na plaży, odechciewa się kąpieli. Płaci się tylko za miejsce - 45 DH obojętnie, czy będzie to 10-osobowy hangar, czy małe 2-osobowe iglo. Jeśli musicie się zatrzymać w Alhoceimie na noc, to chyba nie macie wyboru, ale kilka km przed miastem są również plaże z możliwością rozbicia namiotu. W samym mieście nie ma nic interesującego. W porcie jest prawdziwy bar piwny! Ketama Chcąc wejść na Mount Tidiquin, będziecie musieli spędzić noc w Ketamie lub okolicy, albo też bardzo wcześnie rano wyjechać z Al Hoceimy. W Ketamie atmosfera jest gęsta i nie jest to przyjemne miejsce na opuszczanie pojazdu nawet dla zrobienia zakupów, a co dopiero mówić o pozostaniu na noc. W okolicy nie ma żadnego kempingu. Można próbować rozbić się w lesie (jadąc od Al Hoceimy po prawej stronie, kilka kilometrów przed Ketama) - jest tam płasko i można wjechać głęboko w las i próbować się ukryć. Nam się to nie udało i zostaliśmy zwąchani przez podejrzane typki już po pół godzinie. Jak twierdzili miejscowi, używając dość wymownego gestu, zostawanie na noc w tym miejscu jest niebezpieczne. W końcu przygarnęła nas pewna rodzina wieśniaków, mieszkająca po drugiej stronie drogi nieopodal tego miejsca. Byli to bardzo gościnni i mili ludzie, którzy oczywiście również zajmowali się uprawą haszyszu, ale o dziwo wcale nie proponowali nam jego kupna. W Ketamie nie można liczyć na spokój, nawet pod posterunkiem policji. Aby wejść na szczyt, należy pójść drogą odchodząca pod skosem w lewo z Tleta Ketama (naprzeciwko warsztatu samochodowego). Nie można tam wjechać zwykłym samochodem. Szczyt widać przez większą część drogi i choć wydaje się być daleko, to w jedną stronę jest nie więcej niż 3,5 godz. drogi. Przy wielkim szczęściu można złapać ciężarówkę. Po kilkunastu minutach od wyjścia dochodzi się do rozdroży, z których odchodzą trzy ścieżki w tym samym kierunku: jedna wyżej, druga na tym samym poziomie, a trzecia niżej. Należy wybrać tą środkową. Idąc grzbietem, na około pół godziny przed szczytem, trzeba uważać, aby nie przeoczyć odbicia w lewo i do góry. Na szczycie są blaszane domki i piękne widoki przypominające Tatry Zachodnie. Chefchaouen Bardzo miłe miasto z wprawiającymi w zachwyt kolorami bieli i błękitu. Schronisko YMCA oraz kemping (5 DH od osoby, zacieniony i w sumie dość porządny) znajdują się daleko od centrum. W mieście trzeba powłóczyć się po medinie. Kasba była niestety zamknięta. Na placu Mohameda V można się wylegiwać na ławeczkach. Do kupienia dużo ładnej ceramiki (podobnie w Meknes i przy drodze Chefchaouen - Tetouan). Tetouan Po zobaczeniu tych wszystkich wspaniałych miejsc w Maroku muszę przyznać, że Tetouan nie zrobił na mnie żadnego wrażenia i właściwie trudno jest mi powiedzieć, co warto tam zobaczyć. Być może należy zacząć zwiedzanie Maroka od tego miasta. Jest to dobre miejsce na dokonanie ostatnich zakupów. Miasteczko Martil w części przypomina europejski kurort, a kemping od razu nasuwa skojarzenie z kempingiem w Al Hoceima (jest znacznie większy, a plaża nieco znośniejsza). Na plaży za 20 DH można sobie zrobić zdjęcie na wielbłądzie. Przystanek autobusowy do Tetuanu, po wyjściu z kempingu w lewo i zaraz potem w prawo ok. 100 m (2,5 DH ok. 25 min. jazdy). Na kempingu prawdopodobnie zaprzyjaźni się z wami chłopak, który pojedzie z wami do miasta i oprowadzi po nim, a następnie zaprowadzi do sklepu z dywanami. Jeśli nie chcecie robić zakupów, to nie dajcie się wciągnąć w zabawę w rozwijanie dywanów. Ale jeżeli jesteście zdecydowani, to sami wybierzcie, który spośród dziesiątków rozwiniętych wam się podoba. Następnie zostaje on odłożony na bok i pracownik sklepu wraz z osobą, która wyraziła swoje zainteresowanie udaje się na targi. Dywany są rzeczywiście piękne, wykonane z czystego jedwabiu. Naciągnięto mnie na kupno jednego, ale nie żałuję. Jeśli coś się wam naprawdę podoba, to twardo się targujcie (kilka razy wychodźcie ze sklepu) a jeśli nie, to się w ogóle za to nie bierzcie. Targowanie się dla zabawy może postawić was w kłopotliwej sytuacji.

Na granicy w Ceucie podobne formalności jak przy wjeździe. Oczywiście do Ceuty należy wjechać z pustym bakiem i kanistrem. Potem tanie litrowe hiszpańskie piwo, prom i jesteśmy w Europie.




Artykuł pochodzi z serwisu www.travelbit.net