Usiąść z kobietą, która zmienia się w nietoperza

Kiedy odwiedzam mamę, za każdym razem wygląda to podobnie: witam się, zostawiam walizki i idę nad rzekę. Wkładam rękę do wody i... to uczucie jest dla mnie domem
Zobacz trailer filmu "Song from the Forest" w reżyserii Michaela Oberta >>
Premiera filmu: 4 lipca 2014
Poniżej publikujemy wywiad, który ukazał się w nr 1/2014 "Kontynentów"

Z Michaelem Obertem rozmawia Paweł T.Felis

Paweł T. Felis: Jak znajduje się takich bohaterów jak Louis Sarno, o którym opowiada pana dokument "Song from the Forest"?

Michael Obert: Ja ich nie znajduję. Ja na nich wpadam. O Lousie dowiedziałem się przypadkiem, kiedy byłem w Republice Środkowej Afryki. Ktoś powiedział: jest taki człowiek, który z powodu pewnej piosenki ćwierć wieku temu zaszył się w buszu z Pigmejami z plemienia Bayaka, założył rodzinę i ma syna z Pigmejką. Chciałem dowiedzieć się więcej.

Żeby zrobić film?

Skąd! Nigdy nie miałem nic wspólnego z filmem. Od dwudziestu lat nie mam telewizora.
Nie chciałem nawet o Louisie pisać. Miałem tylko ochotę z nim pobyć.

Wasze pierwsze spotkanie?

Żeby dotrzeć do jego wioski, przez las tropikalny trzeba przedzierać się przez kilka godzin. Na miejscu od razu otoczyło mnie mnóstwo Pigmejów: biegają, sprawdzają moją koszulę, coś krzyczą. Nagle hałas cichnie. Pojawia się on - biały, wysoki mężczyzna, bosy, prawie nagi. I pyta: co ty, do cholery, tutaj robisz? Chwyciłem go za rękę, to była jesień 2009 roku. Ten jeden uścisk dłoni dwóch białych facetów między grupą Pigmejów zaczął przygodę, która dla mnie trwa już trzy i pół roku. Spędziliśmy razem pięć dni. Pigmeje zabrali mnie na tradycyjne polowanie na antylopy, pozwolili spać obok siebie na ziemi przy ognisku. Po dwóch dniach wiedziałem, kto jak ma na imię, z kim jest spokrewniony, na jakim gra instrumencie. Louis należał do tego świata, ale inaczej - był jak mędrzec, który czuje intensywniej i widzi więcej. Nawet nie rozmawiał jak wszyscy: kiedy już otwierał usta, to po to, żeby snuć opowieść. Byłem pewny, że żegnamy się na zawsze. Ale wiedziałem, że w co drugą sobotę Louis jeździ do stacji WFF i korzysta z internetu. Na wszelki wypadek zostawiłem mu swój adres e-mailowy.

Odpisał?

Po paru miesiącach: "Odwiedzam mamę, będę na lotnisku JFK. Może się spotkamy?". Tak poznałem w Stanach jego matkę, braci, przyjaciół, również Jima Jarmuscha. Napisałem o nim artykuł. I pojawił się pomysł na film. Do dziś nie wierzę, że to wszystko zdarzyło się naprawdę. Może dlatego, że kiedy oglądam "Song from the Forest", mam wrażenie, że patrzę w lustro?

Co was łączy?

Głównie miłość do Afryki. I mieszkańców. Poza tym organiczna, niemal duchowa więź z przyrodą. Dorastałem w południowo-wschodnich Niemczech nad brzegiem Renu i ta rzeka była całym moim światem. Może to stąd? Louis to moje alter ego. Ktoś, kim mógłbym być, ale nie jestem. Słuchając o jego ojcu, dużo myślałem o własnym. Gdy poznałem jego 13-letniego syna, musiałem sam siebie zapytać, dlaczego nie mam dzieci i nie chcę mieć. Louis zostawił swoje życie na dobre, zakotwiczył się. Ja wyjeżdżam i wracam, żyję "pomiędzy".

Ciągle w drodze?

To moja walizka. Wróciła ze mną dwa dni temu z Nigerii, dziś lecę z nią do USA. Niektórych rzeczy w ogóle nie wyjmuję.

Nie miał pan nigdy - jak Louis - olśnienia: chcę tu zostać na zawsze?

Kiedyś w Paryżu. Później w Kolumbii, w Chile. W Alzacji kupiłem nawet dom, chciałem produkować ser i wieść życie poczciwego farmera. Wytrzymałem osiem miesięcy. Ale coś się zmieniło. Mam 47 lat, nie chcę być już wszędzie obcy.
Od kilku lat mam mieszkanie w Berlinie, swoich przyjaciół. Prawie dom.

To właśnie najważniejsze pytanie pana filmu: czym jest dom?

Myślę, że w tym piekielnie szybkim, stechnicyzowanym, zglobalizowanym świecie dom już dawno przestał być konkretnym, geograficznie określonym miejscem. 99 proc. moich przyjaciół nie pochodzi z Berlina. Pewnie podobnie jest w Warszawie. Ale czy to znaczy, że wszyscy jesteśmy bezdomni? Od kiedy zmarł mój ojciec, zacząłem częściej odwiedzać mamę - w domu, w którym się urodziłem i spędziłem dzieciństwo. Za każdym razem wygląda to podobnie: witam się, zostawiam walizki i idę nad rzekę. Wkładam rękę do wody i... to uczucie jest dla mnie domem. Aż mam ciarki, gdy o tym mówię... Ale kiedy moje podróże stały się bardziej intensywne, odkryłem, że mogę włożyć rękę w jakąkolwiek rzekę na świecie i poczuć dokładnie to samo. Zrozumiałem, że to "coś" jest we mnie.

Jak się właściwie te podróże zaczęły? Miał pan przecież być biznesmenem.

Poszedłem na ekonomię i już pierwszego dnia wiedziałem, że to absurd. Potem skończyłem zarządzanie, wysłano mnie do Paryża. Dostałem niewiarygodną pensję, piękne mieszkanie, samochód...

I?

Przebudziłem się. Zadzwoniłem do ojca, który był zwykłym robotnikiem w fabryce: "Rzucam pracę, mam spakowane walizki, jadę do Ameryki Południowej". Był w szoku, mama też. Ale usłyszałem: jedź.

Ta podróż zajęła panu ponad dwa lata.

Wcale tego nie planowałem. Jeździłem z miejsca do miejsca, z kraju do kraju. Kiedy dotarłem do Ziemi Ognistej, spojrzałem na południe: wszędzie woda, woda, a dalej już tylko lód. Pomyślałem, że podróż dobiegła końca. Wróciłem. I postanowiłem zająć się pisaniem.

Pisał pan wcześniej?

Wyłącznie ekonomiczne tabele i statystyki.
Podróże to czas niewiarygodnej wolności i równie wielkiej samotności. Poznajesz bardzo dużo osób, ale na chwilę. Nosisz w głowie mnóstwo wrażeń, obrazów, myśli, tylko nie masz się z kim tym dzielić. Więc zacząłem notować.

Naturalny reporterski talent?

O, nie... Kiedy próbowałem te zapiski opublikować, dostałem odpowiedź: "Uprzejmie prosimy nie przysyłać niczego więcej: nie publikujemy szkolnych esejów". Zacząłem więc dużo czytać. I trafiłem na książki Kapuścińskiego. To był wstrząs: jego narracja, styl, sposób budowania opowieści... Genialna zdolność łączenia politycznego dziennikarstwa i poezji. Kiedy po wielu latach niektórzy mnie z nim porównują, ciągle czuję się zawstydzony. To inna liga.

Ważniejsza jest sama podróż czy to, co może dzięki niej powstać?

Na początku myślałem: chcę jechać do Mauretanii. I szukałem pretekstu. Dziś odwrotnie - musi być coś, co mnie przyciągnie: temat, człowiek, zdarzenie. Czasem materiały zbieram przez lata, czekam na właściwy moment.

Ale od czasów podróży Kapuścińskiego zmieniło się bardzo dużo. On odkrywał nieznane światy - dziś dziennikarze, kamery, komórki są wszędzie.

Ale te kamery są po to, żeby zbierać newsy, które żyją dziesięć minut. A newsy w ogóle mnie nie interesują.
Mniej więcej od dziesięciu lat moje pisanie stało się dużo bardziej polityczne. Teksty powstają długo, ale staram się, żeby miały swój ciężar. Od informacji są inni. Ja próbuję pisać tak, żeby czytelnik mógł ten świat zrozumieć, zanurzyć się w niego od środka. Weźmy Mogadiszu. Niemal zawsze, kiedy stolica Somalii pojawia się w wiadomościach, chodzi o zamach albo wybuch bomby. A mnie zafascynował Mohamoud Ahmed Noor, urodzony w Somalii sierota, który przez długie lata żył w Anglii. Miał żonę, dzieci, w północnym Londynie prowadził kafejkę internetową. Nagle dzwoni do niego somalijski prezydent: "Potrzebujemy cię tutaj, wróć". I Noor zostawia swoje życie, jedzie w samo centrum wojny domowej, chociaż wie, że kilku jego poprzedników zostało zabitych. Historia Somalii przez postać Noora... Czy to nie jest temat dla Kapuścińskiego? Albo jeden z moich ostatnich artykułów o Synaju, gdzie tysiące afrykańskich imigrantów, którzy próbują się przedostać do Izraela, trafia w ręce handlarzy ludźmi. Trzymają ich w obozach, głodzą, torturują, a w trakcie tortur dzwonią do ich bliskich i próbują wymusić okup. Dla mnie to historia bardzo osobista: mieszkańcy Erytrei i Etiopii wielokrotnie pozwalali mi przecież u siebie nocować, karmili mnie, pomagali.

Jest jakiś klucz, metoda, żeby przełamać w innych barierę nieufności?

Metoda oznaczałaby, że mam świadomą strategię, dzięki której wyciskam z ludzi historie jak soki. A ja po prostu jestem ciekawy. I staram się nie mieć uprzedzeń. Kiedyś przez osiem miesięcy podróżowałem wzdłuż Nigru: tak powstała moja pierwsza książka "Regenzauber". W jednej z wiosek utknąłem na ponad tydzień, bo nie było żadnej łodzi. Podeszła do mnie starsza kobieta: mieszkała na uboczu, nie rozmawiał z nią nikt z miejscowych. Zaoferowała herbatę. A potem opowiedziała o tym, że systematycznie przechodzi metamorfozy, czyli... zmienia się w nietoperza. I co? Rozum podpowiada: to brednie. Ale muszę zapomnieć o wszystkim, czego się nauczyłem, usiąść z tą kobietą i pozwolić, żeby zabrała mnie do swojego świata. Podobnie było w Darfurze, kiedy stanąłem twarzą w twarz z mordercą kilku tysięcy osób. Jak rozmawiać z nim bez obrzydzenia, podskórnej agresji? Ale sytuacja jest taka sama: zostawiasz wszystko, co wiesz, czujesz. Muszę otworzyć każdy por w mojej skórze, żeby jego opowieść wchłonąć.

Często się pan boi?

Bardzo dobrze znam strach. I najbardziej przeraża mnie moment, kiedy go stracę. Jeśli jadę w miejsce, w którym jestem obcym, czuję się trochę jak antylopa czekająca na lwa. Widzisz go i w sekundzie musisz przekuć swój strach w ruch, działanie. Musisz uciec. Chwila zawahania i jesteś martwy.

"Żadna opowieść nie jest warta tego, żeby dać się pokroić na kawałki" - to pana słowa.

Bo nie jest. Po wszystkich wojnach, które widziałem, wszystkich zwłokach, na które patrzyłem, ciągle kocham życie. I wciąż uważam, że ta planeta to naprawdę piękne miejsce.
Całkiem niedawno wielu moich kolegów zginęło choćby podczas tak zwanej arabskiej wiosny. Kim jestem, żeby pytać: czemu to służyło? Ale od takich pytań trudno uciec. Z drugiej strony wracam właśnie z północnej Nigerii, gdzie ludzie ciągle kroją się nawzajem na kawałki. Wiadomo, że biały obcokrajowiec, w dodatku dziennikarz, nie należy do osób, które mogą czuć się tam bezpieczne. Nawet minimalizowane ryzyko jest ciągle ryzykiem.

Śnią się panu czasem podróże, miejsca, ludzie z przeszłości?

Kiedy jestem w Berlinie, w ogóle nie mam snów. Może dlatego, że czuję się bezpieczny? Wystarczy jednak, że wsiądę do samolotu albo autobusu, a sny pojawiają się od razu.

Koszmary?

Nie. Może dlatego, że sam proces pisania działa terapeutycznie. Po konkretnej podróży odbywam ją kolejny raz, kiedy o tym piszę: w każdym zdaniu, słowie, literze, którą zmieniam, szlifuję. Wszystko odchorowuję. Kiedy kończę, w dziwny sposób zostawiam to za sobą. Ale mam sen, który powraca do mnie regularnie: nieskazitelnie czysta, głęboka woda i ja. Oddycham wodą, widzę dno, wokół ryby. Niezauważalnie woda zmienia się w powietrze i zaczynam latać. Patrzę z góry: żadnych wojen, martwych ludzi, tylko lasy, puszcze, czasem pustynie. Ale zawsze zaczyna się od wody.

Ryszard Kapuściński, jak pokazał w swojej biografii Artur Domosławski, nie zawsze literalnie trzymał się faktów, co wywołało w Polsce gorącą dyskusję.
Bo czy reporter może w ten sposób naginać rzeczywistość?


Do pewnego momentu tę dyskusję śledziłem. Ale dałem sobie spokój, bo stawała się coraz bardziej absurdalna. Kiedy jestem dziennikarzem, nie wymyślam żadnych postaci, nie przytaczam faktów, które nie miały miejsca. Nie muszę: mam ich aż za dużo. A jednocześnie w swojej pracy literackiej nieustannie poruszam się na bardzo cienkiej granicy między rzeczywistością i fikcją. Nie ma to nic wspólnego ze zmyślaniem: po prostu to ja jestem dla konkretnych wydarzeń filtrem. To ja łączę detale, zestawiam obrazy i wypowiedziane przez kogoś słowa. Coś odrzucam, coś innego wyciągam na plan pierwszy. Jestem wierny bohaterowi, historii, zebranym materiałom, a przecież nie przykładam do rzeczywistości lustra, tylko tworzę z niej opowieść.

Może więc najlepsze reporterskie książki powinny stać na półce z literaturą piękną?

Podziały gatunkowe są sztuczne. Również w filmie. Kiedy zacząłem kręcić "Song from the Forest", mówiłem: potraktujmy go jak film fabularny. Nie chcę gadających głów, nazw, faktów. Chcę zostawić tajemnicę, wydobyć z tego świata esencję. Niektórzy po projekcji mówili: dlaczego nie podpisałeś Jima Jarmuscha albo byłej żony bohatera? Bo to nie ma znaczenia.

Zdarza się, że słyszy pan opowieść, poznaje kogoś i postanawia z góry: nie chcę o tym pisać?

Bardzo często.

Dlaczego?

Bo chronię swoich informatorów. I szanuję czytelników. Nie chcę zaśmiecać ich umysłów bzdurami, choćby fanatyczną ideologią. Nie zamierzam być tubą dla radykalnych islamistów na przykład. Poznałem też wiele cudownych miejsc, o których z premedytacją milczę. Bo jeśli tekst z dwunastoma pięknymi zdjęciami ukaże się w "National Geographic", za pięć lat to miejsce może się zmienić nie do poznania. Takiej odpowiedzialności brać nie chcę.

Stosuje pan czasem "podróżniczy detoks"?

Jeśli tak, to z przymusu. Kiedy piszę książkę, nie wyjeżdżam, bo boję się, że już tej książki nie skończę. Jeszcze gorzej było przy okazji filmu: z powodu montażu i postprodukcji spędziłem dwa lata niemal wyłącznie w Berlinie. I muszę przyznać, że cierpiałem, moi bliscy też. Ta walizka nie może być po prostu zbyt długo pusta.

Kontynenty w Kulturalnym sklepie>>
Kontynenty w App Store>>
Kontynenty w Google Play>>
Kontynenty w Publio (mobi, PDF)>>