Uśmiech Gagarina

Wala, wyjmij łyżeczkę z Herbaty, bo wykłujesz sobie oko.
- Nie, łyżeczka musi zostać. Zbiera gorąc.


Kiedy byłam mała, uwielbiałam małe, zamknięte pomieszczenia. Zazdrościłam zielonemu Oscarowi z "Ulicy Sezamkowej", że mieszka w koszu na śmieci. Wyłaniał się czasem ze stalowego kubła, unosząc pokrywę. Mówił coś złośliwego, a potem znów znikał w środku. W moim ulubionym, najmniejszym pokoju naszego mieszkania urządziłam sobie namiastkę takiego kubła. Była to wąska szczelina pomiędzy biurkiem a regałem. Wsuwałam się w nią i siedziałam, bezpiecznie przyciskana z obu stron solidnymi kawałkami drewna. Uspokajała mnie obecność granic, napierających ram. Tam, w mojej szczelinie, miałam najwspanialsze, najśmielsze marzenia. ( )

Taki Wschód

Pierwszą ważną granicę przekroczyliśmy z tatą wspólnie w 1990 roku, w Brześciu - dziś białoruskim, wtedy jeszcze radzieckim. Pojechaliśmy z bagażami na Warszawę Wschodnią i tam wsiedliśmy do ekspresu Berlin - Moskwa, tego samego, którego ciężkie wagony sypialne najlepiej miażdżyły aluminiowe złotówki. Podobało mi się w ciasnym przedziale, z małymi lampkami przy łóżkach, złożonymi w kostkę prześcieradłami i umywalką ukrytą pod blatem stolika. Wlazłam na wąską drabinkę i wypatrywałam naszego miasteczka. Przelecieliśmy przez nie pędem, krótko po piętnastej. Nie zdążyłam zobaczyć, czy Benek stał przy przejeździe, licząc wagony. I czy pomachał mi któryś ze szkolnych przyjaciół, odliczając: "szczęście, nieszczęście, paczka, list". Nie wiem, czy stałam się czyjąś dobrą wróżbą. Pamiętam tylko nieprzyjemne uczucie pozostawiania domu za sobą i kolejne godziny, coraz bardziej mnie od niego oddalające.
"Pospiesz się, wyjdziemy" - musiał powiedzieć tata, gdy dotarliśmy do Brześcia, bo pamiętam, że zeskoczyłam z twardej leżanki i zaczęłam wiązać żółte trampki, które później ukradziono mi w szkole. Gdy zobaczyłam je na nogach kolegi z innej klasy, tak się za niego zawstydziłam, że nie pisnęłam ani słowa.

Nasz pociąg stał na bocznym torze, w hangarze. Wagon został już podniesiony i przyszykowany do zmiany podwozia - po drugiej stronie granicy tory były szersze. W pociągu trwało zamieszanie. Celnicy przetrzepywali przedziały. Zaglądali pod gumowe uszczelki przy oknach, zrywali pościel z leżanek, grzebali w bagażach, świecili latarkami w kratki wentylacyjne. Może tata wolał, żebym na to nie patrzyła. Albo chciał już być w podróży, doświadczać.

Wyszliśmy. W dworcowym budynku podawali herbatę. Na peronach straszny tłok - podchodzili obcy ludzie, nie rozumiałam, co mówią. Próbowali nam coś sprzedać. Wyraźnie zapamiętałam tylko jeden moment - przechodzimy przez metalowe bramki. Jako dziewczynka muszę pójść osobną. Bałam się rozdzielenia i tego, że się stracimy z oczu, nigdy już nie odnajdziemy. Zostanę tu bez możliwości powrotu do domu. Przekroczenie granicy było czymś nieodwracalnym.
Jechaliśmy dalej, nie mogłam zasnąć. Patrzyłam w noc za oknem, dziwiąc się, że nie jest biała. Czekałam na poranną Moskwę, z której miałam już wiele precjozów. Elektroniczną grę o wilku w kurniku spieszącym się, by łapać spadające jajka. Przykręcaną do biurka temperówkę z szufladką na kredkowe obierki i obrotową korbką. Oraz plastikową lalkę - marynarza w granatowych spodenkach, białej koszuli i czapce ze złotymi literami składającymi się w słowo "Gieroj". Przez jakiś czas sądziłam, że tak mu na imię. Najsilniej moje wyobrażenia pobudzał komplet dziesięciu pocztówek ukazujących Moskwę nocą - żarzyła się różowawym i zielonym blaskiem, dodatkowo rozmazanym w hipnotyzującą poświatę. Po lśniących od deszczu ulicach mknęły nieznane mi samochody, a cerkiewne wieże i iglice kłuły granatowe niebo jak zamki z baśni. Wszystko to potwierdziło się, a nawet więcej.
Poszliśmy z tatą na Wystawę Osiągnięć Narodów ZSRR. Stało tam szesnaście budynków, każda z republik radzieckich miała własny. Mnie ciągnęło do siedemnastego - był to Pawilon Kosmiczny, gdzie z wielkiego zdjęcia zawieszonego pod sufitem uśmiechał się do mnie sam Jurij Gagarin. Widziałam też Łajkę, a przynajmniej tak informował napis obok repliki małej kapsuły. Zajrzałam przez okienko, w podświetlonym wnętrzu siedział wypchany sobowtór dzielnego psa. Przed wyjściem kupiłam komplet znaczków z różnymi pojazdami, które krążyły gdzieś w kosmicznych ciemnościach. Znaczki były wypukłe, mogłam sprawdzać opuszkiem kształt maszyn i wyobrażać sobie, jak przesuwają się wysoko, wysoko nade mną w międzyplanetarnej ciszy.
Spaliśmy na podłodze w maleńkim mieszkaniu Saszy i Iry, młodego małżeństwa, z którym tata zaprzyjaźnił się podczas wcześniejszych pobytów w Moskwie. Budziłam się wśród półek ciasno zastawionych miniaturowymi wagonikami i lokomotywami. Były różnorodne i fascynujące w mikroskopijnych detalach. Nikt nie siedział na ich krzesełkach, nikt nie dorzucał węgla do tycich kotłów. Ale od święta Sasza, przystojny motorniczy moskiewskiego metra, rozkładał na dywanie małe tory i puszczał swoje kolejki w ruch. Był jak chłopiec zafascynowany maszynami. Wszystko, co zdołał zaoszczędzić, wydawał na wagoniki, choć ledwo wiązali koniec z końcem. Łagodna Ira nic na to nie mówiła, uśmiechała się tylko. Byli przed trzydziestką, jeszcze wszystko mogło ułożyć się lepiej.

Zazdrościłam Saszy poważnego zawodu - woził tysiące ludzi. I z tego powodu musiał bardzo wcześnie wstawać do pracy. Z metra zapamiętałam wielkie żyrandole ze zwisającymi szkiełkami, długie ruchome schody sunące wolno w dół, mozaiki na stacjach. I to, że pod miastem można było jeździć w kółko, nie wysiadając z wagonika.

Z pierwszej wizyty w Moskwie przywiozłam czerwone szelki, kwadratowe zeszyty i siedmiostrunową gitarę. Przesiedziałam z nią na obcej ulicy ponad godzinę, bo tata poszedł wymieniać ruble na dolary w podziemiach jakiegoś hotelu. Oczywiście podróżowaliśmy nie tylko z chęci poznawania świata. Do Moskwy pojechały z nami dżinsy, papierosy i kosmetyki. Wracało złoto, ukryte bezpiecznie w pudle rezonansowym mojej gitary.

Żona Saszy - Ira - aż do pierestrojki pracowała w państwowym sklepie. Potem sprzedawała pirackie kasety magnetofonowe na ulicznym stoisku. Tuż po 1989 roku razem z Walą, swą tadżycką przyjaciółką, kilkakrotnie nas odwiedziły. Najpierw tata wysyłał im zaproszenie potwierdzone przez notariusza. Po kilku tygodniach dzwonił telefon. Tata mówił coś po rosyjsku, a wkrótce na progu naszego mieszkania zjawiały się one - obie w dresach, z wielkimi torbami.
Walę polubiłam od razu, bo ciągle się śmiała. Miała natapirowane ciemne włosy, skośne oczy i mocno uróżowane policzki.
Na wszystko reagowała piskliwym chichotem. Szczególnie na powtarzany przeze mnie dziecinny żart, że jeśli nie wyjmie wreszcie łyżeczki z herbaty, wykłuje sobie oko. Odpowiadała, że łyżeczka musi zostać - zabiera gorąc z napoju.

Przywoziły trochę pościeli i sprzętów: maszynki do mielenia mięsa, żelazka, latarki, grzałki. Pokazywaliśmy im Warszawę. Byliśmy razem w Pałacu Kultury i Nauki, w zoo, na Starówce. Ale je obchodziło tylko, co ludzie na sobie noszą. I jak noszą. Podpatrywały, żeby tę wiedzę zawieźć potem do siebie.

Rano, zaraz po śniadaniu, jechały na targ przy stadionie Skry, a potem na Stadion Dziesięciolecia. Pozbywały się radzieckich towarów i ruszały do sklepów. Wracały wieczorem, szczęśliwe. Zjadły, popiły herbatą i znikały w sypialni moich rodziców, gościnnie im odstąpionej. Na dużym łóżku przykrytym ciemnobrązową narzutą rozkładały trofea: spodnie, spódnice i kurtki z dekatyzowanego dżinsu, cienkie papierosy w wąskich paczkach, sportowe buty, sztruksowe sukienki, kremy do twarzy i rąk, perfumy jaśminowe, tony kosmetyków w jaskrawych kolorach: cienie do powiek, szminki, pudry, tusze do rzęs i lakiery do paznokci. Kolczyki, klipsy, bransoletki i wisiorki. Oglądały, przekładały, omawiały. Dzwoniły potem do Moskwy, uspokajając znajomych, że udało się dostać wszystko, o co prosili. Tata pomagał im zasuwać wypchane torby.

Nagle, jeszcze w pierwszej połowie lat 90., przestały przyjeżdżać. Popyt na ich poszewki i czajniki szybko się skończył, wygasła zresztą cała wymiana towarowa w obozie demoludów. Jugosłowiańskie kremy i czeskie czekolady straciły czar rarytasów. Interesowało nas już tylko to, co importowane zza Odry. Dopóki zachodnie granice były zamknięte, podróże do innych krajów socjalistycznych rekompensowały poczucie uwięzienia, skończonych możliwości. Ale niewiele miały wspólnego z poznawaniem świata, za dużo było podobieństw. Służyły raczej wymianie handlowej, pozwalały urozmaicać skromne zasoby. Później jednak gwałtownie staliśmy się dla siebie nieatrakcyjni. To była "nienawiść małych różnic" - podobna do tej, jaka podzieliła Bałkany. Nie mogliśmy sobie wybaczyć postsocjalistycznej szpetoty i wszyscy zwróciliśmy się ku Europie Zachodniej - w jej oczach chcieliśmy wypaść jak najlepiej.

Do Moskwy wróciłam z tatą jeszcze raz, w roku 2000. Sasza nadal jeździł metrem, Ira była bez pracy. Ich córka - Żenia - nosiła się cała na niebiesko, nie wyłączając włosów i paznokci. Wala zniknęła bez śladu. Poszliśmy znów na Kreml, do Car Puszki, na plac Czerwony, do GUM-u i mauzoleum Lenina, na Patriarsze Prudy, do grobu Raisy Gorbaczowej i do Galerii Tretiakowskiej.

Dawny Pawilon Kosmiczny zmieniono w hurtownię napojów i owoców. Miejsce gwiezdnych wojen zajęły opatulone folią kartony i paczki. W zimnym, zabałaganionym budynku kręcili się pochłonięci robotą ludzie. Dowozili i przeładowywali towar. Podłoga zapaskudzona, pachniało wilgocią. Doszłam do końca i zadarłam głowę. Gagarin wciąż tam był - wysoko, pod samym sufitem. Uśmiechał się zwycięsko i sympatycznie, tylko dużo mniej wyraźnie, bo przesłaniała go zarzucona niedbale szmata - ktoś zakrył go w pośpiechu. Czy po to, by odesłać ostatni dekoracyjny element w przeszłość, gdzie jego miejsce? A może, by roześmiany bohater nie musiał patrzeć na przykry finał kosmicznego podboju.
Pożegnaliśmy Moskwę.

To jest część fragmentu książki Pauliny Wilk pt. "Znaki szczególne", który w większej całości dostępny jest w najnowszym wydaniu magazynu Kontynenty (1/2014) w tekście pt. "Uśmiech Gagarina"

Kontynenty w Kulturalnym sklepie>>
Kontynenty w App Store>>
Kontynenty w Google Play>>
Kontynenty w Publio (mobi, PDF)>>


Paulina Wilk na TOKFM: "Moje pokolenie życie kupuje na zapas. To życie z odroczonym terminem płatności" Przeczytaj wywiad na portalu tokfm.pl >>