Biszkek

Nie ma już stodoły, a sad dawno wycięli. Kiedyś osłaniała dom. Teraz wiatry rozpędzają się z trzech stron świata i uderzają w drewniane ściany. Zwłaszcza od wschodu znad rzeki.
Przywieźli mnie pewnie w sześćdziesiątym pierwszym albo drugim. Pewnie autobusem. Zawiniętego w tłumok, w podługowaty tobół, tak jak się wtedy dzieci woziło. Dziadek pewnie zaprzągł konia i wyjechał dwa kilometry na przystanek w centrum wsi. Więc wyobrażam sobie, że ostry zapach końskiego potu, gdy mościliśmy się na wozie, był pierwszą wonią tamtych dni i stron, która do mnie dotarła. W ogóle woń zaprzęgu, bo przecież była w tym skóra uprzęży, deskowanie wozu, w którym woziło się siano, snopy, wymłócone zboże i gnój wiosną (chociaż na specjalnej podłodze zwanej gnojowicą), smar z piast, rozgrzana guma kół, kurz, derka, którą zarzucało się na zgrzany koński grzbiet To wszystko musiałem poczuć podczas tej pierwszej podróży do domu stojącego w sadzie.

Potem, gdy stałem już na nogach, zapachów musiało być więcej. Bo dom był mroczny i trochę wilgotny. Sad zasłaniał słońce, zmierzch zapadał wcześniej niż na świecie, a na elektryczność przyszło jeszcze czekać długie lata. Jesienią, zimą i wiosną żyło się wokół pieca w kuchni. Dopiero latem babka wynosiła się z gotowaniem do murowańca po wschodniej stronie obejścia. Więc to się musiało mieszać i wzmacniać, te wonie ludzkie, kuchenne, i zwierzęce, bo przecież bydło było o dziesięć kroków, w oborze, za ścianą w śpichlorku wisiała uprząż, zapasowe albo zużyte podchomącia, z parapetu, gdy przygrzało słońce, czuć było elektryczne ogniwa, które zasilały radio. Kanciaste, kartonowe, ale górę, z której wychodziły przewody, zalane miały czarną, bitumiczną masą jak lepik. I w słońcu pachniało to niczym rozgrzana smołowana szosa. Ta chemia elektryczności wchodziła w przedziwne związki z pelargoniami i wiśniami puszczającymi sok w pięciolitrowym słoju pod zeszklonym od upału cukrem. Ale to musiało być już latem. I nafta, zawsze nafta, niezmienna naftowa aura rozchodząca się promieniście spod sufitu od lampy przykrytej kloszem płaskim jak talerz i jak talerz na biało emaliowanym.

Nie sądzę, by te wszystkie zapachy zmieniły się od odejścia Niemców, czyli w ciągu, powiedzmy, dwudziestu lat. No, może ta elektrochemia przybyła, przybyło zapachów jedzenia, więcej tłuszczu, trochę mięsa, bo co by nie mówić, to nadejście komunizmu oznaczało odejście albo cofnięcie się głodu. Może mydło było jakieś, może już trochę nawet pachnące. Tak to sobie teraz wyobrażam. Że w tym tobołku wniesiono mnie w powietrze jeszcze prawie wojenne.

Wojsko odeszło, smród prochu rozwiał się w powietrzu, rozpłynęły się czarne obłoki dieslowskich spalin i wieś pachniała po staremu. Zrobiło się cicho. Pies szczekał, krowa ryczała, o zmierzchu słychać było, jak wiadra w studniach obijają się o cembrowiny. Było cicho. Poszli sobie i teraz hałasowali na wschodzie, dalej i dalej, aż całkiem umilkli.

Treblinka znajdowała się o jakieś trzydzieści kilometrów w linii prostej. W dół Bugu. Rok po odejściu wojska ze wsi do obozu przyszedł pierwszy transport. Gdy się o trzydzieści kilometrów dalej pali dziesiątki tysięcy ludzkich ciał, to powinno być czuć. W dołach, na rusztach z szyn kolejowych, polewając benzyną, na wolnym powietrzu. Z Bełżca do Rawy Ruskiej jest dwadzieścia pięć kilometrów, a ludzie opowiadali, że wiatr przynosił do miasteczka resztki spalonych włosów. Ale tutaj nie pamiętam, by wieczorami przy naftówce ktoś Treblinkę wspominał. Może te trzydzieści kilometrów sprawiało, że to było gdzie indziej. Inne trzydzieści kilometrów niż dziś, gdy tak sobie wsiadam i jadę to tu, to tam: Granne, Arbasy, Tonkiele, Wólka Zamkowa, jakbym patrolował brzeg rzeki i wyglądał nie tyle dzieciństwa, co faszystowskiej nawały. No ale, nie pamiętam, by ktoś wspominał podczas tych wieczornych siedzeń z ciotkami, stryjenkami, stryjecznymi babkami. O wszystkim się mówiło, o życiu, o śmierci, o duchach, ale nie o duchach Żydów, które nad wsią niósł wiatr. Nie pamiętam nawet słowa "Żyd". Mogłem go nie znać. Trzydzieści kilometrów od miejsca, gdzie spalili siedemset albo osiemset tysięcy żydowskich ciał. Ponieważ pamięć wsiąkła w piach albo rozwiała się w powietrzu? Albo w ogóle jej nie było? Bo mieliśmy swoje duchy, które zjawiały się wśród nas na skutek zwyczajnej śmierci? I zawsze pojedynczo. Nigdy setkami i tysiącami, od których zawodziło nocne niebo nad wsią.

A jakby to było tu, w lasach między Tończą, Teofilówką a Krzemieniem? Powiecie: ale kolei brak. A jakby była? Do linii łączącej Małkinię z Sokołowem tylko piętnaście kilometrów. Co to jest piętnaście kilometrów bocznicy dla Niemca? I jakby stamtąd unosił się ten czarny dym i potem niesiony wiatrem osiadałby na słomianych strzechach, impregnując je ludzkim tłuszczem? I jakby z tych dołów nocą wstawała czerwona łuna? I czuć by było woń śmierci, i to by weszło i w te strzechy, w ściany, i przez ściany do domów, weszło w rzeczy i w szafy, w ubrania i w pościel świeżą, gotową dla gości? I jakbym w swoim beciku też to musiał poczuć pierwszego dnia, gdy dziadek przyjechał po nas furmanką, i furmankę też by było tym czuć, i konia, i wszystko? Jak w Poniatowie i Wólce Okrąglik. I jakby oni wszyscy: dziadek, babka, ciotki, wujenki, stryjenki, cała wieś musieli patrzeć na wolno sunące wagony i nasłuchiwać odgłosów, których nigdy wcześniej nie słyszeli, i gdy zawiał wiatr, musieli czuć tę woń ni to ludzką, ni to zwierzęcą, ten smród brudu i śmierci, i nawet oni przyzwyczajeni do chlewów, obór, zdychania, padliny nie wiedzieliby, co z tym zapachem zrobić. Bo przecież ciągnął niby jeszcze od żywych, ale już nieistniejących. Rzeka płynie, a ja od Bużysk patrzę na wieś po drugiej stronie. Pomiędzy nagimi drzewami widzę wieżyczkę kościoła. Ledwo pamiętam jego wnętrze, ale było jasne i przytulne, po wiejsku barokowe. Po ikonostasie nie został ślad. Nie pamiętam też przymusu. Czasami w niedzielę omijałem bramę i szedłem nad rzekę, na wzgórze, by patrzeć na drugą stronę. Parafia była pod wezwaniem Przemienienia Pańskiego, więc to nadrzeczne wzniesienie mogło być lokalną górą Tabor. Gehenna leżała trzydzieści kilometrów na północny zachód. A gdyby tu? Przychodziłbym z wiejskimi chłopakami na pola popiołów, na zasypane doły, na zatarte ślady. Pod pomnik z kamienia. Naiwny szczyl z miasta ze znajomością szkolnej historii. Chłopaki wiedziałyby więcej. Od ojców, od dziadków, z rozmów dorosłych przy wódce. Mówilibyśmy o złocie. Złoto rozpalałoby naszą wyobraźnię tak samo jak seks. Skarby. Złoto jest wieczne, więc czulibyśmy je pod stopami. Poprzez popioły. Mogę to sobie wyobrazić. Tę wyspę skarbów. I naszą rozmowę przy tanim winie. Że ten to to, że tamten tamto, że zaraz po wojnie to się znajdowało, że wystarczyło pokopać, że nikt nie pilnował, że leżało prawie na wierzchu, grzebnąć i już, przesiać popiół i ziemię i zaraz się błyszczało.

A nie strach? Jaki strach? Ani tu trupa nie było, ani kości, ani nic. Strach na cmentarzu jest, a nie na takiej pogorzeli, że siać trzeba, żeby w ogóle coś. Tak byśmy rozmawiali. Że jeden to, drugi tamto, stąd ma. Dach z blachy, chlew z cegły i jeszcze pochowane na zaś. Tak byśmy rozmawiali, złoto nocą świeciłoby z ziemi. Może byśmy nawet przyszli szarą godziną pokopać nieśmiało tu czy tam. Chłopcy zawsze szukają skarbów. A jeszcze w miejscu, gdzie na pewno są No, ale to było trzydzieści kilometrów dalej, więc zamiast schodzić do Gehenny, przesiadywaliśmy na górze Tabor i zamiast za złotem tęskniliśmy za Białostockiem. Przynajmniej ja. A teraz patrzę na drugi brzeg i wyobrażam sobie, że jednak, że idą przez las, niby ostrożnie, ale niosą szpadle, łopaty jak na jakiś późny pogrzeb, sita do siania prochów, wódkę na odwagę, bo chociaż spalone i żydowskie, to jednak kość się trafi, pusty oczodół wyjrzy, więc niby nie trupy, ale jednak trupy. Wyobrażam sobie, jak gdzieś na boku po dwóch, po trzech rozważają: iść, nie iść, jak kobiety mówią: ani mi się waż, a inne, że tak, bo przecież wszyscy chodzą, wieczorami szeptem, żeby dzieci nie słyszały, przy wątłym płomyku albo już w łóżku w ciemnościach, które tylko blask złota rozświeca. Bo przecież niczyje leży w pokładach popiołów, które są jak przedwieczny minerał, jak geologia: wapń, krzem, potas, pierwiastki, a nie żadne życie.

Więc niczyje, zostawione na przepadek, bo ziemia wchłonie głębiej i głębiej, i głębiej, na wieki wieków, i nikomu nic z tego. Tak. Bo ich nie ma tak bardzo, jakby nigdy nie było. Dym i minerał. I jak w alchemii wydestylowane złoto z bytu. Więc trzeba iść, idźmy, bracia nędzni, bracia z chałup z drewna pod strzechą naciągniętą tłuszczem, bracia, idźmy, bo się należy za nędzę, za rabi garb, idźmy nawet w noc, bo blask podziemny nam poświeci. Tak sobie wyobrażam, stojąc w chłodnym i srebrzystym świetle wczesnej zimy. Jak na kolanach przegrzebują warstwy rękami, w które ziemia wżarła się na zawsze. Nawykli do wykopków, do wilgotnego gruntu, do zgiętego grzbietu. Stoję na drugim brzegu, nad metalicznym nurtem i myślę o nich, jak idą po niczyje, bo nie może być czyjeś, należące, skoro kogoś nie ma. I to nawet nie, że umarł, ale po prostu nie ma, bo ciało zmieniło się w dym i pył, czyli w nic. A i nawet jak była dusza, to przecież inna i nie nasza. Tak musieli myśleć, żeby odegnać strach. A może tylko słuchali instynktu. Więc przymykam powieki i widzę, jak rozkopują i grzebią, czujni, niewinni i zachłanni. Bardziej pomysłowi kupują za samogon trotyl od Ruskich i detonacjami rwą pokłady popiołów, by potem cierpliwie je przesiewać, aż pojawi się błysk, blask kruszcu albo kamienia. Może dom byłby murowany i pod blachą? Więc dzieciństwo od razu inne. Inne odgłosy, inne zapachy, wszystko inaczej. Szepty po kątach. Półsłówka. Czarne cienie pamięci. Zawiść. Strach, że przyjdą nocą, żeby odebrać. Bo kiedy złoto raz zabłyśnie, nie gaśnie już nigdy. Świeci przez ściany, przez podłogi, przez drewno i przez mur świeci na całą wieś i na przyszłość, bo jest nie do zapomnienia i świeci do śmierci. Wyobrażam sobie, że byłbym wtedy z bogatszego domu i sam byłbym inny dzięki żydowskiemu złotu, i żyłbym jak z połkniętą trucizną, nie wiedząc, kiedy zadziała.

Wyobrażam sobie to wszystko. W krainie dzieciństwa, w krainie niewinności. Na wschodzie, na prawo od Wisły. W przedpieklu. Na wysypisku człowieczych resztek. W ciemności kontynentu. Nie można się wydostać z tych ziem jak przekładaniec z mięsa, krwi, kości. Nasiąkniętych DNA. Można sobie wyobrazić biotechnologiczne wskrzeszenie. Jak wstają. Polacy, Ukraińcy, Żydzi, Białorusini wstają, Rosjanie, Kałmucy, Turkmeni wstają. Miliony. Zastrzelonych, zasypanych, spalonych, zarżniętych, uduszonych, utopionych, zamarzniętych, zagłodzonych. Przyszły bóg ich klonuje. Dziesiątki milionów. Całe państwo, cały naród umarłych. Podnoszą się i żyją jeszcze raz. Zajmują terytorium. Zaczynają od nowa. Wyobrażam to sobie, gdy jadę do Hrebennego, na samą granicę, a przy drodze kulą się z zimna handlarze ziemniaków i jabłek. Tak samo gdy jadę do Koterki, do końca drogi numer 640, do stającej w lesie cerkwi pod wezwaniem Ikony Matki Boskiej, Wszystkich Strapionych Radości, gdy zatrzymuje mnie Straż Graniczna i każe wracać, ale w końcu pozwalają obejrzeć błękitną, drewnianą świątynię. Bo nie mogę się powstrzymać, żeby nie dotrzeć jak najdalej. Tak było nad Świsłoczą, gdzie snułem się cały dzień wśród piaszczystych wzgórz pomiędzy Łapiczami, Ozieranami, Rudakami i Chomontowcami. We wsiach były czerwone kocie łby, które powoli zarastały trawą. Nic nie jeździło. Nie było aut. Obejścia też zarastały. Ktoś czasami siedział na ławce i patrzył. Jak pięćdziesiąt lat temu, jak sto, jak zawsze. Ale od dawna nic się nie działo. Nie nadchodzili obcy, nie nadciągała pożoga ani mord. Mieli umrzeć w spokoju. Razem z zapadającymi się domami i razem ze wsią. Za domami, nad rzeką widziałem słupy graniczne wbite w mokradła. Ze wzgórza widać było białoruski kołchoz. Wszystko ścichłe, ale czujne, czy nie idą jakieś Bułak-Bałachowicze, czy Kowpak nie idzie, Einsatzgruppe B nie idzie, carscy nie idą, styczniowi, czy nie idzie ktokolwiek. Żeby jednak umrzeć w spokoju. Na tej ławce, z oczami skierowanymi w przeszłość.

No i dobijam do tych brzegów wschodu. Tutaj, za Krynkami, albo w Oszu na Jedwabnym Szlaku. Albo na skraj pustyni do Manlay. Ponieważ nie mogę uwolnić się od myśli, że wciąż trwa wędrówka ludów, że wciąż przetaczają się tędy najazdy, że ziemia drży i drży powietrze. I że nigdy nie nadciągnie spokój, ponieważ w żyłach tych ziem, w jej podziemnych rzekach krąży narkotyk, który podsyca szaleństwo, i dostaje się zawrotu głowy od ogromu przestrzeni i od złudzenia, że można ją opanować i przemienić. Czyngis-z chan, Tamerlan, Piotr, Stalin, Hitler, kapitalizm, globalizm nadciągają jak meteorologia, jak tektonika i geologia. W Murgobie schodziliśmy pylistymi zaułkami wśród glinianych domów w stronę rzeki. Pod szarą ścianą, w cieniu, siedziała stara kobieta. Miała białą chustkę i płytkie kalosze wsunięte na filcowe buty. Obok kręciło się dwóch małych chłopców. Pozdrowiliśmy ją po rosyjsku. Była emerytowaną nauczycielką. Miała dzieci w Biszkeku, w Moskwie, w Duszanbe. Miała też niezliczoną liczbę wnuków. Coś między dwudziestką a trzydziestką. Jej brązowa twarz pozostawała nieruchoma, gdy ona mówiła. Gdzieś z głębi, z oddali patrzyły na nas czarne oczy. Mówiła, że mało pieniędzy, trzydzieści dolarów emerytury, ale przynajmniej nie ma wojny. To się powtarzało. Ta wojna. Jej nieustanna obecność tylko na jakiś czas zawieszona. To było tak, jakby mówiła: dobrze, że wiatr ustał. Albo: dzięki Bogu już po zimie. Lecz pogoda nie ustala się raz na zawsze ani kołowrót pór roku nie zamiera. Dwaj mali chłopcy skupili się przy niej instynktownie jak stado. Jeden przykucnął między jej nogami, drugi stanął z tyłu i położył rękę na jej ramieniu. Mieli twarze ledwo o cień jaśniejsze. Wspominała kogoś z rodziny, kto zginął w drodze do Berlina, ale nie potrafiła powiedzieć gdzie. Berlin był nieskończenie daleko, ale przecież bliski przez wojnę i śmierć. Miała tam swoich zmarłych, więc prawie tak, jakby sama tam była. A my tutaj swoich ze zsyłek, więc to jednak było blisko i nie przyjechaliśmy całkiem w nieznane. Chłopcy milczeli. Patrzyli na obcych. Musieli znać opowieści o wojnie, o Berlinie, o krewnych, którzy nie wrócili. Tak jak i ja znałem. Odkąd zacząłem rozumieć słowa. Przysypiałem w cieple i półmroku i słyszałem: Niemcy to, Ruscy tamto, partyzanci . W świetle pojedynczej naftowej lampy widziałem ich cienie. Słyszałem ich kroki za drewnianą ścianą w ciemności. Skradali się. Słowa babek i ciotek przybierały kształty. Zabrali, podpalili, poszli. Z zachodu na wschód, ze wschodu na zachód. Wszędzie zostawiali ślady. Jak ten nieistniejący most, którego szukaliśmy. Jak ten strach przed pokotem trupów w sośninie wciąż żywy po latach. Albo wspomnienie czerwonych, cuchnących bandaży, nad którymi unosiły się roje much. Kobieta z Murgobu mogłaby być moją babką albo ciotką. Siedziała w tej samej pozycji co one, w chustce, tak samo pogrążona w przeszłości, podświadomie oczekując jej powrotu.

To jest fragment tekstu pt. "Biszkek" Andrzeja Stasiuka, który w całości jest dostępny w najnowszym wydaniu Kontynentów (1/2014).

Kontynenty w Kulturalnym sklepie>>
Kontynenty w App Store>>
Kontynenty w Google Play>>
Kontynenty w Publio (mobi, PDF)>>


Andrzej Stasiuk na Wyborcza.pl: "Nie dajmy sobie wmówić, że trzeba tylko zwyciężać, zarabiać, kupować. Polsk jest tyle, ilu Polaków" - Przeczytaj cały wywiad na wyborcza.pl >>