Białoruś. Ukryte życie martwej sarny.

Inne puszcze wycinano, a Białowieskiej nikt nie ruszał. Ducha puszczy turyście poczuć wolno, ale tylko kolektywnie. Wokół puszczy Łukaszenka wybudował obwodnicę, którą nikt nie jeździ. - Dlaczego?
1.
W domu Wiktora ze ścian spogląda na mnie kilkanaście par oczu. Wszystkie nieme, zastygłe w śmierci.
Na Wiktorze nie robią już wrażenia. On ze śmiercią obcuje na co dzień: od kilkunastu lat wypycha zwierzęta, które przynoszą mu myśliwi polujący w białoruskiej Puszczy Białowieskiej. Potem je sprzedaje lub wiesza w swoim mieszkaniu.

Wiktor zasiada do śniadania przy kuchennym stole i patrząc w oczy wiszącej nad nim martwej sarnie, przeżuwa suszoną kiełbasę. - Od kiedy odeszła ode mnie żona, tylko z nią jadam - z dumą pokazuje na produkt pracy swoich rąk: zwierzę o perfekcyjnie sterczących uszach i sierści błyszczącej bardziej niż za życia. A mnie, zdeklarowanej ekolożce, staje w gardle łyk wyprodukowanego przez lokalny kołchoz kefiru.
- Tak to jest, kiedy miastowy, i na dodatek z Zachodu, przyjedzie do naszej puszczy - gospodarz, patrząc, jak się krztuszę, śmieje się do rozpuku.

Wiktor przez czterdzieści lat pracował jako leśnik w Parku Narodowym "Białowieżskaja Puszcza". Dziś jest na emeryturze i mieszka w Kamieniukach, gdzie znajduje się siedziba Parku. Pokój w mieszkaniu pełnym trucheł wynajmuje mi nielegalnie. - Legalnie u nas nie można. Poprzedni dyrektor zwalniał, jeżeli ktoś z pracowników brał do siebie na kwaterę. Dlaczego? Bo to konkurencja dla Parku Narodowego.

W okolicy jest kilka oficjalnych agroturystyk, ale można je policzyć na palcach jednej ręki. Park zachęca, żeby zatrzymać się w prowadzonych przez niego hotelach. Każdy z nich to betonowy klocek. Wprawdzie po liftingu, ale za to bez duszy.
- Z duszą u nas kiepsko - wzdycha Wiktor, częstując mnie po śniadaniu lidzkim kwasem chlebowym, najlepszym na Białorusi. - Nasi rządzący, nie przestając być komunistami, stali się jednocześnie kapitalistami. A dusza gdzieś się zapodziała.

2.
O puszczańskiej duszy więcej opowiada mi Georgi Kazulka, który jej poszukiwaniu poświęcił pół życia.
Pierwsze pół, w którym jeszcze nie zdążył odkryć, że puszcza ma duszę, spędził - jak Wiktor i większość mieszkańców ich wsi - pracując w Parku Narodowym. Zaszedł wysoko, bo aż na stanowisko wicedyrektora do spraw naukowych. A potem równie spektakularnie spadł, gdyż jego poglądy na puszczę nie spodobały się nowemu dyrektorowi. Jest upalny dzień. Kazulka prowadzi mnie skrajem lasu. Odganiamy krążącą nad naszymi głowami chmarę komarów.
Kiedy zostałem zwolniony z pracy, nastał dla mnie trudny czas. Ale ten trud, nieodłączny element duchowej drogi, pozwolił mi odkryć prawdę o puszczy.
- Jaka jest ta prawda?
- Puszcza to czakra, ważne energetyczne centrum - Georgi Kazulka wypowiada te słowa, a potem długo milczy. Jego oczy w kolorze puszczańskich świerków patrzą na mnie i szukają zrozumienia dla właśnie wyrażonej tezy.
- Skąd pan to wie? ,br> - Bo czuję bijącą z niej energię. Już Władysław Jagiełło i rosyjscy carowie wiedzieli, że puszcza to miejsce mocy. Zapraszali tu europejskich władców, organizowali im polowania, a potem forsowali decyzje, które ważyły na losach całej Europy.

Kiedy przechodzimy przez mostek na puszczańskiej rzece, Kazulka zwraca się w moją stronę:
- Czy zastanawiała się pani, dlaczego podczas gdy inne puszcze wycinano, Białowieskiej nikt nie ruszał? - pyta, a jego pytanie zawisa w próżni. Odpowiada więc sam: - Bo ludzie, którzy tu mieszkają, od zawsze czuli niezwykłego ducha puszczy. Ten duch jest w stanie odmienić każdego, kto ją odwiedza.

3.
Jednak według Wiktora jedyny duch, jakiego można tu poczuć, to duch Związku Radzieckiego.
- Wystarczy spojrzeć na granicę. Od Polski naszą republikę oddzielają zasieki z drutu kolczastego i codziennie orany pas ziemi - opowiada. Sistemę, bo tak nazywa się złożony system ochrony granic byłego ZSRR, postawiono, kiedy w Polsce rodziła się "Solidarność". Właśnie wtedy władze radzieckie rozkazały na zachodzie imperium postawić wysoki płot, który miał zapobiec rozprzestrzenianiu się na wschód nieprawomyślnych idei. Ale historia z twórców sistemy zadrwiła, bo już dekadę później komunizm obalili tu sami komuniści. Zaledwie kilka kilometrów od polskiej granicy, w sercu Puszczy Białowieskiej, przywódcy bratnich republik podpisali tzw. układ białowieski, zgodnie z którym ZSRR miał przestać istnieć.

Pałacyk, w którym upadało komunistyczne imperium, stoi do dzisiaj w miejscowości Wiskule i służy jako rezydencja prezydenta Łukaszenki. Turyści nie mają tam wstępu.

Nie wolno im też zbliżać się do sistemy. A ona rejestruje ślady każdego lisa, dzika i zająca, który w pogoni za lepszym życiem przeszedł do Unii Europejskiej. A także tego, który z Unii zbiegł. Wyznacza granicę cywilizacji, dzieląc puszczę na dwie części: demokratyczną i quasi-komunistyczną. W demokratycznej mówi się otwarcie: wiadomo, kto z polityków jest za rozszerzeniem Parku Narodowego, a kto przeciw; wiadomo, ile mieszka tu żubrów, jeleni i rysi. Każdy atak na bobrzą rodzinę wzbudza krzyki ekologów, każdy krzyk ekologów - reakcje polityków, każda reakcja polityków - poparcie lub sprzeciw lokalnych mieszkańców.

Nad białoruską częścią puszczy unosi się natomiast mgła milczenia. Tu nikt głośno o puszczy nie dyskutuje, nikt nie protestuje, nie próbuje puszczy zmienić czy o nią walczyć (wyjątkiem jest Georgi Kazulka, który prowadzi poświęconą ekologii stronę internetową). Głośnym echem odbijają się tylko słowa prezydenta Łukaszenki, który Park Narodowy "Białowieżskaja Puszcza" objął osobistym patronatem. Jego dekrety natychmiast stają się ciałem. Ten wydany dwa lata temu, opatrzony numerem 59, niemalże zmienił puszczę w świątynię. Na jego mocy zwiększono obszar ochrony ścisłej białoruskiej puszczy. Zapowiednaja zona (tak się ten obszar nazywa) zajmuje dziś ponad połowę całego lasu. Na tym terenie nie staje stopa żadnego śmiertelnika (większości Białorusinów nawet nie przyjdzie do głowy, by sprzeciwiać się ustaleniom prezydenta, a nieliczni niepokorni płacą wysokie kary). Tu nie usuwa się naderwanych przez wiatr gałęzi, nie zbiera jagód, malin i grzybów. Jeśli po zapowiedniej zonie przejdzie huragan, nikt nie sprząta połamanych drzew. Decyzją prezydenta mają zostać tam na zawsze.

4.
Marzy mi się spotkanie z taką puszczą.
W okienku przy siedzibie Parku zostawiam blisko dwadzieścia tysięcy białoruskich rubli i na kilka godzin wypożyczam rower. Podsuwają mi do podpisania bumagę z regulaminem turysty (nie zjeżdżać z drogi, nie zrywać jagód, nie nacinać drzew) i proszą o wybranie trasy (są trzy do wyboru).

Damką, w której nie działają przerzutki, wjeżdżam na wyasfaltowaną, idealnie gładką drogę. Po kilku kilometrach docieram do lasu, który rzadko ma do czynienia z człowiekiem: wywrócone pnie zdążyły porosnąć mchami, sosny pną się strzeliście ku niebu, a krzewy, przez które ciężko byłoby się przedrzeć, próbują je doścignąć. Jestem naprawdę blisko poczucia tej świętości, o której mówił Georgi Kazulka. Cisza jak w cerkwi przed nabożeństwem, intensywny zapach mchu i bezchmurne niebo. Kiedy jadę coraz głębiej w las, próbując poczuć moc płynącą z puszczańskiej czakry, do moich uszu dociera turkot. Piła spalinowa? Motocykl? Nie, to kosiarka. Na poboczu stoi uśmiechnięty pracownik parku Białowieżskaja Puszcza i kosi trawę.

Białorusini ze względu na ochronę przyrody nie wpuszczają do puszczy samochodów, ale najwidoczniej nie mają nic przeciwko kosiarkom.

Nie daję się zbić z tropu. Mimo turkotu nie zbaczam z raz wybranej drogi (w końcu podpisałam bumagę). Jadę nad Jezioro Liackoje. Po drodze mijam: siedem ciężarówek, pięć samochodów osobowych, ekipę drogowców łatających dziury w bocznej ścieżce i tylko trzy rowery. No i jedną rozjechaną żmiję, w kulturach pierwotnych symbol chtonicznej mocy, która zapewne nieświadoma, że panuje tu taki ruch, wyszła powygrzewać się na ciepłym asfalcie.

Nad jeziorem, będącym efektem radzieckiej melioracji, trzech nastolatków wrzuca się na przemian do wody. Jeden z nich, potknąwszy się o wybetonowany brzeg, zanosi się głośnym krzykiem.

5.
- A nie mówiłem, że nasi włodarze to kapitaliści?
- Wiktor z mojej podróży zaśmiewa się do łez, pokazując kilka złotych zębów, które wstawił jeszcze za poprzedniego systemu.
- Co hałas w puszczy ma wspólnego z kapitalizmem? - dopytuję.
- Ciężarówki hałasują, bo przewożą drzewo do tartaków i Park na tym zarabia. A kosiarka działa dla wygody naszych turystów, na których też zarabiamy. Bo białoruscy turyści lubią, jak wszystko jest podane na tacy - Wiktor rozgryza wschodnią duszę. - Dlatego trawa jest tu wykoszona, asfalt równiutki, mapy dokładne, a wokół drogi stoją oznaczenia, które nie pozwolą się zagubić nawet najbardziej roztrzepanym klientom.

Żeby zachęcić turystów do przyjazdu, Łukaszenka wydał nawet nakaz wybudowania obwodnicy puszczy. Mieszkańcy nazywają ją "prezydencką drogą". - Porządnie zrobiona, nie powiem. Ale my nią nie jeździmy, bo prowadzi znikąd donikąd - mówi Lena, mieszkanka Kamieniuków. - Droga zaczyna się na świeżo otwartym przejściu granicznym z Polską, a kończy niedaleko Wiskuli. Chwalą ją chyba tylko turyści z Zachodu, ale i ci mają z nią problem, bo do dziś nie naniesiono jej na mapy.

Z tym zarabianiem na puszczy Wiktor ma rację: Park Narodowy "Białowieżskaja Puszcza" to wielkie przedsiębiorstwo. Należy do niego jedyny w Kamieniukach sklep, restauracja, muzeum, cztery hotele, tartaki, a nawet mieszkania Wiktora i innych pracowników. Dyrektor zatrudnia ponad tysiąc osób, które dokarmiają zwierzęta, wycinają chore drzewa, sprzątają hotelowe pokoje, zbierają siano na leśnych polanach, przygotowują polowania dla zagranicznych turystów i sprzedają bliny. I tylko dwunastu przewodników turystycznych. Niedużo, biorąc pod uwagę, że białoruską puszczę tylko w zeszłym roku odwiedziło prawie pół miliona turystów.

W okienku informacji turystycznej słyszę, że nie ma szans na indywidualnego przewodnika. Las najlepiej zwiedzić, wykupując wycieczkę autokarową. Jeżeli chcę poczuć ducha puszczy, to - tak jak to w komunistycznych systemach bywa - tylko kolektywnie.

6.
Wiozą nas tam, gdzie dziesięć lat temu rósł unikatowy las.
Biolodzy mówili na niego: dąbrowa świetlista, bo składał się głównie z dębów, przez które przebijały się promienie słońca. Ten las upodobało sobie stado żubrów, pracownicy Parku zbudowali tam paśnik i zimą podrzucają im jedzenie.

Klimatyzowane wnętrze autokaru, z głośników płynie sentymentalny szlagier "Białowieżskaja Puszcza". Przewodniczka sypie garścią faktów, na przestrzeni dziesięciu minut mieszcząc całą historię najstarszego lasu Europy. Każe patrzeć przez okno - a nuż przy drodze przycupnął jakiś lis albo chociaż zając. Ale lis czy zając nie są na tyle nieroztropne, żeby podchodzić do wypełnionego turystami autobusu.

Wiozą nas tam, choć po żadnej dąbrowie nie ma już śladu. Dziś na jej miejscu stoi rezydencja Dziadka Mroza. Jak podaje przewodnik: główna atrakcja turystyczna białoruskiej Puszczy Białowieskiej. Stragany z koszulkami, świecidełkami, matrioszkami i cudami na kiju. Obok restauracja, w której serwują bliny z kawiorem. Każą szybko zamówić, bo Dziadek Mróz już czeka. Choć jest środek lata, łapiemy się wszyscy za ręce, obejmujemy nimi wysoki świerk i ocierając ukradkiem pot z czoła, śpiewamy bożonarodzeniowe pieśni.

Potem Dziadek Mróz (to wiem od Wiktora: - Park zatrudnia na etacie dwóch Dziadków Mrozów. Jeden, ten większy, przyjechał aż z Moskwy, drugi tutejszy), ten większy, z moskiewskim akcentem, sypie garścią dowcipów i każdemu turyście wręcza prezent niespodziankę: czekoladę z podobizną żubra. Dzieciaki wskakują na karuzelę, z której co chwila słychać melodię "Jingle bells".

Miało być jak w bajce. Przegryzając bliny z kawiorem, cieszę się, że bajka już się kończy.

7.
- Wiktor, pokaż mi wreszcie prawdziwą puszczę - proszę, kiedy wieczorem siadamy w jego kuchni pod wypchaną sarną.

Choć jestem w Kamieniukach ponad tydzień, nie udało mi się poczuć mocy płynącej z puszczańskiej czakry, o której wspominał Georgi Kazulka. Wiktor odpala papierosa i stwierdza:
- To, co widziałaś, to jest prawdziwa puszcza - jest wyraźnie zdziwiony tym, że nie zachwycam się Dziadkiem Mrozem, którym zachwycają się setki tysięcy turystów żyjących na wschód od sistemy. I trochę na odczepnego proponuje, że jeśli moja indywidualistyczna dusza nie potrafi kolektywnie zachwycić się puszczą, może mnie zaprowadzić tam, gdzie - zgodnie z nakazem prezydenta - turyści nie chodzą.

Ruszamy skoro świt. Wiktor, prawdziwy puszczański mężczyzna, wzdryga się na zapach repelentu, który czuć ode mnie na kilometr. Wiezie mnie do miejscowości Biełaja. Dalej ruszamy pieszo: mijamy zarośnięte mchem fundamenty cerkwi, cmentarz, na którym stoją stuletnie krzyże (mówią tu na niego "polski cmentarz", choć pod mchem leżą i prawosławni, i katolicy). Droga robi się coraz węższa. Wiktor wyprzedza mnie o kilka kroków. - To tu - staje w miejscu, gdzie kończy się ścieżka. Pokazuje na wbitą w ziemię tabliczkę, na której widnieją słowa: Absolutno-Zapowiednaja Zona. Kiedy próbuję przejść dalej, z miną srogiego celnika kładzie mi rękę na ramieniu. - Nielzja. Możesz popatrzeć i zrobić zdjęcie, ale ani kroku dalej - mój przewodnik robi się wyraźnie podenerwowany.

Potem Wiktor siada na trawie przed tabliczką i jednym ruchem wyciąga kleszcza, który wpił mu się w przedramię. Kucam obok niego i patrzę: na powywracane drzewa, które wtapiają się w ziemię, na świerki z uschniętymi gałęziami. Na jagodniki uginające się pod ciężarem owoców. Na rozkład i zgniliznę, których nikt nie usiłuje ujarzmić. Przypomina mi się "Stalker" Tarkowskiego. Tam też była zona, w której aż kipiało od metafizyki.

- Nie wchodzimy tam ze względu na wysokie mandaty? - pytam, bo korci mnie, żeby zjeść kilka przejrzałych malin. Ale mina Wiktora mówi sama za siebie: tu się nigdy nie wchodzi. Tak jak w cerkwi nie zagląda się za ikonostas. Tak jak w muzeum nie dotyka się eksponatów pochowanych w gablotach.

Odpuszczam więc maliny i siadam obok niego.

Nie wiem, ile tam siedzieliśmy. Ale to był moment, kiedy zrozumiałam, co mówił Kazulka. Objawiła mi się puszcza. Odarta z fałszywego folkloru Dziadka Mroza, z pustych rytuałów zbiorowych wycieczek i fasady równiutko wykoszonej trawy. Puszcza, której moc poczuliśmy oboje, mieszkający po różnych stronach sistemy.

Tekst powstał przy wsparciu Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej.

Reportaż o białoruskiej Puszczy Białowieskiej (Kontynenty nr 4/2013) dostał nagrodę specjalną jury w międzynarodowym konkursie " Belarus in Focus". Został zauważony wśród 67 artykułów z 14 krajów.