Hotel Metropol

Mieszkam na tratwie, w bocznej uliczce handlowej dzielnicy Akry. Tratwa stoi wyniesiona na słupach do wysokości pierwszego piętra i nazywa się Hotel Metropol.

W porze deszczów ten dziwoląg architektoniczny gnije i pleśnieje, a w miesiącach suszy - rozsycha się i trzeszczy. Ale się trzyma! Pośrodku tratwy stoi zabudowanie podzielone na osiem przegród. To nasze pokoje. Reszta miejsca objęta rzeźbioną balustradą nazywa się werandą. Tam mamy wielki stół do posiłków i kilka małych stolików, przy których pijemy whisky i piwo.
W tropiku picie jest przymusem. Jeśli dwóch ludzi spotka się w Europie, wymieniają najpierw: "Dzień dobry! Co słychać?". Dwóch ludzi w tropiku wita się inaczej: "Czego się napijesz?". Pije się często w dzień, ale picie nakazane, picie programowe odbywa się wieczorem. Albowiem wieczór przechodzi w noc, a noc czyha na śmiałka, który zakpił z alkoholu. Noc tropikalna jest żelaznym sojusznikiem wszystkich wytwórni whisky, koniaków, likierów, sznapsów i piw na świecie i kto nie daje tym wytwórniom zarabiać, zwalczany jest przez noc jej najlepszą bronią: bezsennością. Każda jest męcząca, ale bezsenność w tropiku jest zabójcza. Człowiek katowany w ciągu dnia przez słońce, wycieńczony nigdy nie zaspokojonym pragnieniem, maltretowany i osłabiony musi spać.

Musi. Kiedy nie może!
Jest zbyt duszno. Wilgotne, lepkie powietrze wypełnia pokój. Zresztą nie jest to powietrze, ale mokra wata. Oddychać - znaczy tyle, co łykać kłębki waty nasączonej ciepłą wodą. Tego nie można znieść. To mdli, upadla, denerwuje. Tną moskity, hałasują małpy. Ciało jest lepkie od potu, wstrętne w dotyku. Czas stoi w miejscu, sen nie przychodzi. O nocy zła! O szóstej rano, przez cały rok niezmiennie o szóstej rano - wstaje słońce. Do martwej duszności tej łaźni dodaje żar swoich promieni. Trzeba wstać. A nie ma sił.
Napoleon rano nie wiąże sznurówek, bo mówi, że taki wysiłek jak schylanie się do buta jest dla niego przyduży. Psychicznie taka noc nastraja okropnie. Lévi-Strauss mówi o "smutku tropików". Bardzo celnie! Człowiek czuje się tam rozbity jak stary kapeć. Jest zgaszony, bezzębny, workowaty. Dręczą go nieokreślone tęsknoty, niewysłowione nostalgie, mroczne pesymizmy. Czeka, aby przeszedł dzień, aby przeszła noc, aby wszystko już wreszcie do jasnej cholery przeszło!

No i pije. Przeciw nocy, przeciw chandrze, przeciw nieczystościom w kiblu swojego losu. Tylko na takie stać go zmaganie.

Wujek Wally pije jeszcze dlatego, że mu to pomaga na płuca. Ma gruźlicę. Jest chudy, dyszy ciężko, z poświstem. Siada na werandzie i woła: "Papa - jedna!". Papa idzie do baru i przynosi butelkę. Ręce wujka zaczynają drżeć. Do szklanki nalewa whisky, dopełnia zimną wodą. Wysącza tę porcję i już szykuje nową. Oczy zachodzą mu łzami, wstrząsa nim bezgłośny szloch. Ruina, strzęp. Londyńczyk, w Anglii był majstrem budowlanym. Wojna zaniosła go do Afryki. Tu został. Dalej jest tym majstrem, tylko się rozpił i nosi wygniłe płuca, których nie leczy. Za co ma leczyć? Połowę zarobku oddaje na hotel, drugą - na whisky. Nie ma nic, nic literalnie. Koszule w strzępach, jedne wycerowane spodnie, liche sandały. Jego rodacy są eleganccy nieskazitelnie, wyklęli go, przepędzili. Zabronili mu się przyznawać, że jest Anglikiem. Dirty lump. Brudna łajza! Pięćdziesiąt cztery lata życia. Co mu zostało? Wypić trochę whisky i zejść do piachu. Więc pije i czeka kolejki na piach. "Nie złość się na rasistów - mówi mi. - Nie złość się na burżujów.
Czy myślisz, że pójdziesz do innej ziemi niż oni?".

Jego miłość do An. Mój Boże: miłość. An przychodziła, kiedy brakowało jej na taksówkę. Była kiedyś dziewczyną Papy i ciągle jeszcze żądała za tamto drobnych rekompensat: dwa szylingi. Twarz miała pociętą. Pochodziła z północnego plemienia Nankani, a na północy niemowlętom kancerują twarze. Zwyczaj brał się stąd, że plemiona z południa podbijały plemiona z północy i sprzedawały je białym jako niewolników, więc północni oszpecali czoła, policzki i nosy, czyniąc się w ten sposób towarem niechodliwym. W języku Nankani brzydki znaczy tyle samo co wolny. Synonimy. An miała miękkie, zmysłowe oczy. Cała była w tych oczach. Patrzyła na kogoś długo i kocio, a kiedy widziała, że to spojrzenie chwyciło, zaczynała się śmiać i prosiła: "Daj dwa szylingi na taxi". Wujek Wally dawał zawsze. Nalewał jej whisky, łzawił się, uśmiechał. Mówił jej: "An, zostań ze mną. Przestanę pić. Kupię ci samochód". Odpowiadała: "Po co mi samochód? Wolę się kochać". Mówił: "Będziemy się kochać". Spytała: "Gdzie?". Wujek wstał od stolika, do jego pokoju było kilka kroków. Otworzył drzwi, trzymał kurczowo klamkę. W mrocznym kojcu stało żelazne łóżko i mała szafka. An wybuchnęła śmiechem: "Tu? Tu? Moja miłość musi żyć w pałacach. W pałacach białych królów!".

Byliśmy przy tej scenie. Papa podszedł, trącił An w ramię i mruknął: "Spływaj". Poszła rozbawiona, machając nam ręką - bye, bye. Wujek Wally wrócił do stolika. Chwycił butelkę i zaczął z niej pić duszkiem. Nie dokończył, opadł na krzesło. Położyliśmy tego straceńca w jego kojcu, na żelaznym łóżku, na białym prześcieradle - bez An.
Odtąd mówił mi zawsze: "Red, jedyna kobieta, która cię nie zdradzi, to twoja matka. Nie licz na więcej". Lubiłem go słuchać. Był mądry. Powiadał: "Modliszki afrykańskie są uczciwsze niż nasze żony. Znasz modliszki? W świecie modliszkowym zaloty trwają krótko. Potem owady odbywają wesele. Para modliszków udaje się na noc poślubną. A rano modliszkowa zagryza modliszka na śmierć. Po co ma go zamęczać przez całe życie? Wynik przecież byłby ten sam. A wszystko, co się robi wcześniej, robi się uczciwiej".

Ten gorzki ton w wynurzeniach wujka niepokoił Papę. Papa trzymał nas krótko. Przed wyjściem musiałem mu mówić, gdzie idę i po co. Inaczej - awantura. "Boję się o ciebie!" - krzyczał. Kiedy Arab krzyczy, nie trzeba się tym przejmować. Taki ma sposób mówienia. A Papa był Arabem, Libańczykiem. Habib Zacca. Dzierżawił hotel od roku. "Po Wielkiej Klęsce" - mówił. O tak, walnęła w niego strasznie. "Zacca?- wołał jego przyjaciel. - Zacca to był milioner! Milioner! Zacca miał willę, samochody, sklepy, ogrody". "Jak mi stanął zegarek, wyrzucałem go przez okno - wzdycha Papa. - Mój dom miał drzwi zawsze otwarte. Codziennie tłum gości. Jedz, pij - co chcesz. A teraz? Oni mnie nie poznają. Muszę się im przedstawiać, a żarli u mnie za tysiące". Papa przyjechał do Ghany dwadzieścia lat temu. Zaczął od sklepiku z tekstyliami i doszedł do ogromnej fortuny, którą stracił potem przez rok. A stracił na wyścigach. "Konie mnie zjadły, Red".

Widziałem jego stajnię. Za miastem w palmowym lesie miał stajnię. Dziewięć białych koni: wspaniałe araby. Jak on je znał, jak pieścił! Na żonę Papa krzyczał, ale do koni czulił się jak kochanek. Wyprowadził jednego z nich. "Najlepszy koń w całej Afryce" - powiedział z rozpaczą, bo ten as miał na pęcinie ranę nieuleczalną. Wszystkie konie miały te rany, powoli stajnia mu zdychała. Dla niego była to tragedia większa niż strata miliona. Z utratą koni jego jedyna pasja nie miała znaleźć zaspokojenia. Bywały dnie, kiedy nie mógł odwiedzić stajni. Wtedy chodził podrażniony, ciskał pioruny. Uspokajał się dopiero w lesie palmowym, patrząc, jak chłopak stajenny przeprowadza przed nim kolejno bystre, krwiookie araby.

Żonie Papa nigdy koni nie pokazywał. Obchodził się z nią krótko, ostro. Często siadała w fotelu, paląc papierosa, nieruchoma, milcząca. Spytałem ją: "Ile pani ma lat?". "Dwadzieścia osiem". A była siwa jak gołąb, blada, zmarszczona. Urodziła czworo dzieci. Dwoje żyło w Libanie, dwoje w Akrze. Przywoziła czasem córkę - chora, skretyniała dziewczynka. Rzucała się na podłogę, pełzała na czworakach, krzycząc tak, że mroziło nam krew. Miała dziesięć lat i nie umiała chodzić ani mówić. Wlokła się do kąta, w którym stał gramofon, zadzierała głowę, błagała spojrzeniem. Matka puszczała płytę. Śpiewała Dalida i w ten śpiew wbijał się niesamowity pisk dziewczyny. Cieszyła się, jej twarz promieniała. Płyta milkła i z gardła dziecka wydobywał się bełkot: prosiła o jeszcze. Było to nie do zniesienia.

Mała lgnęła tylko do Premiera. On jeden umiał się do niej uśmiechać. Obejmowała go za nogi, łasiła się, mruczała. Głaskał ją po główce, pociągał za ucho. Mówiliśmy na niego Premier, bo przechwalał się znajomościami w rządzie Gwinei. Przedtem mieszkał w Konakri, czymś tam handlował. "Kto będzie jechał do Gwinei, niech mi powie - reklamował się. - Dam mu list do Sékou Touré. Mój koleżka. Ministrowie?
Co tam ministrowie: nie ma z kim gadać". Tu od razu chciał pójść do Nkrumaha. Ale strażnicy go zatrzymali. "Nie wiedzą, kim jestem" - powiedział o nich z politowaniem. Premier ma ze mną konszachty. Bierze mnie na bok, stawia piwo. "Słuchaj, Red - zaczyna - tyle jeździłeś po świecie, powiedz, w którym kraju mógłbym otworzyć wielki business? Mój business w Ghanie mały. Maleńki business".

Patrzę na tego grubaska, na jego spoconą twarz, na tę minę zbitego psa. Co mu poradzić? Myślę sobie - taki kapitalistyczny człowieczek, żaden finansowy rekin, tylko płotka z szeregowej armii drobnych sklepikarzy ? czemu by nie podsunąć mu jakiegoś pomysłu? Rozważam: Birma, Japonia, Pakistan. Wszędzie ciasno, wszędzie tłok. "Może Indie?" - pyta Premier. O nie, w Indiach ciężko. W każdym kraju monopole. "Za dużo monopoli - mówię - przeklęty kapitalizm". Kiwa głową, przyznaje markotnie: "Przeklęty kapitalizm". Premier jeździ z kraju do kraju, stara się wcisnąć na rynek, urosnąć, pod wieloma niebami próbował rozbić swój szałasik. Ale nic z tego. Jałowa mitręga, rozgoryczająca szarpanina. "Nie ma kraju na wielki business?" - pyta. "Chyba nie - mówię - tak mi się zdaje, że nie".

Szkoda mi Premiera. Chodzi, rozważa, przepytuje. Kupił sobie globus, wodzi po nim palcem. Czasem palec mu gdzieś przystanie. Woła mnie: "A tu, Red?". Patrzę. Pokazuje Filipiny. "Ej, nie - powiadam tam Amerykanie". "Amerykanie? - upewnia się z przestrachem. - Mały business?". Rozkładam ręce: "Pewnie mały. Maleńki business". Duma chwilę i zwierza się: "Bardzo bym lubił wielki business. Bardziej niż kobiety". "Kobiet nie lubisz?" - wtrącam. "Owszem, też dobre. Najpiękniejsze kobiety są w Dakarze".

W tym przedmiocie Premier kłóci się zawsze z młodym Khourim, synem Wielkiego Khouriego. (Też Libańczycy). Młody Khouri - Nadir - jest światowcem prawdziwym. W Paryżu ma samochód, w Londynie samochód i w Rzymie. Bęcwał z niego kompletny. Rozmowy z nim wprawiają mnie w nastrój ubawu szczytowego. "Jedź ze mną do Australii" - proponuje. "Kiedy nie mam forsy" ? odpowiadam. "To napisz do ojca, niech ci przyśle". "Mój ojciec skąpy - tłumaczę - nie daje mi tak fruwać". Nadir w rozpuście i w rozrzutności nie zna granic. Wszystko ma. Tata faszeruje go forsą bez przerwy. Wielki Khouri kocha młodego Khouriego. Stary mieszka w małym domku w mieścinie Nsawam pod Akrą. Domek próchnieje, sprzęty w nim liche. Chudobiedne obejście. Ale to jest mieszkanie bodaj najbogatszego człowieka w całej Afryce Zachodniej, multimilionera, Wielkiego Khouriego. Ten uliczny handlarz z Bejrutu ma kapitał, a nie ma wymagań. Wcina razowe placki pieczone na ogniu i mnoży zyski do zawrotnych sum. Jest staruszkiem, zemrze może w tym roku. W Bejrucie ma całą ulicę domów. Nie widział tego na oczy. Jak się temu przyjrzeć, aż krzyczy absurdem. Wielki Khouri jest analfabetą. Musi mieć zaufanego, który by mu pisał listy handlowe. Jest taki człowiek, mieszka z nami w Metropolu. Młody Khouri patrzy na niego zawsze z czcią. "To intelektualista" - tłumaczy mi. Rozmowny, dowcipny, kawałami sypał jak z rękawa. Pokazywał nam fotografię: miła, starsza pani pod parasolem. "To moja narzeczona - objaśniał - mieszka w Kalifornii. Czeka na mnie piętnaście lat. Poczeka drugie tyle i umrze. Ale śmierć nie jest straszna. Trzeba być tylko bardzo zmęczonym". I wybuchał śmiechem. Ciarki mi chodziły po plecach od tego śmiechu. Intelektualista upijał się po kryjomu, nigdy na werandzie. Mówił, że picie przy ludziach jest objawem braku kultury. W trakcie rozmowy wstawał, szedł do pokoju i z mety wysączał butelkę. Słyszeliśmy potem łomot ciała o podłogę: jakoś nigdy nie zdążał dojść do łóżka.

Intelektualista, jeśli nie pisał listów dla Khouriego, wdawał się w dysputy z Napoleonem. Była to drobna istota z pękatym brzuszkiem. "Tęsknię za domem - mówił - tęsknię za domem". Ale siedział tu kamieniem. Po werandzie maszerował krokiem defiladowym, tam i z powrotem. Wyjmował lusterko, liczył zmarszczki. "Mam sześćdziesiąt lat, a widzicie, jaki jestem młody, jaki silny! Mogę chodzić i chodzić, nic się nie męczę. Na ile wyglądam, co?". Papa odpowiadał: "Na dwadzieścia". "No proszę, widzicie" - triumfował, natężał się, aż występowały mu żyły na skroniach. Chyba miał kota. Wreszcie kiedyś wyjechał. Ustało jego tupanie. Zrobiło się ciszej.
Werandę było widać z ulicy. Oświetlało ją kilka słabych żarówek. W ich świetle dostrzegało się z dołu poruszające się na tratwie cienie. Te cienie nie należały do nikogo. Ich niema pantomima, ich powolny taniec odbywał się w sercu Kokompe. Ale ta dzielnica - rdzennie murzyńska - nie uznawała ich istnienia. Kokompe miała swoje życie, obce i niedostępne dla Metropolu. W opinii dzielnicy cienie z tratwy należały do innego świata. Był nim obszar zajęty przez bungalowy białych przedstawicieli administracji i handlu, dzielnica Cantonments. Z tamtej jesteście rodziny! - mówiła Kokompe, przechodząc obojętnym tłumem swych mieszkańców obok hotelu.
Ale cienie nie istniały także w oczach Cantonments. Gdzieżby tam! Dzielnica Cantonments odwracała się od tratwy z pogardą i wstydem. Tratwa była hańbą, którą Cantonments wolała zmilczeć, Cantonments - ta bogata, układna, snobistyczna biurokratka europejska, burżujka.
Więc tratwa nie była uwiązana do żadnej barki: cienie istniały dla siebie. Mogły mnożyć się lub znikać - nie miało to znaczenia. "Co ma znaczenie?" - pytał wujek Wally. Nikt mu nie odpowiadał.

Reportaż "Hotel Metropole" (sic!) ukazał się po raz pierwszy w dwutygodniku "Współczesność" (1960, nr 13), a w wersji książkowej, znacznie zmieniony, już jako "Hotel Metropol", w zbiorze "Czarne gwiazdy" (Czytelnik 1963), którego pierwsze wznowienie ukazało się nakładem wydawnictwa Agora we wrześniu 2013.
Reportaż ukazał się w numerze 3/2013 Kontynenty