Jakuck - drewno i lód

Współczesny Jakuck ma już, podobnie jak inne syberyjskie miasta, mechaniczną fonetykę. Na ulicach słychać trzask metalowych drzwi, rumor wibrującej poręczy, charkot silników i gruchot wielkich metalowych wycieraczek na schodach sklepów. Tudzież łoskot ogłuszających bitów z głośników autobusów
Załóg [osiedle w Jakucku - red.] brzmi inaczej. W jego co bardziej zacisznych kwartałach wraz ze starymi domami uchowała się fonetyka drewna, przede wszystkim sosnowa i modrzewiowa, rzadziej brzozowa czy jodłowa. Drzwi, okiennice i furtki trzaskają tu miękko, deski na wyściełanych drewnem podwórkach skrzypią niezmiennie po sosnowemu, metalowe klamki i kołatki pasują do drewna, jakby były z niego wycięte, i nie drażnią uszu zbędnymi decybelami. Nawet jeśli samochód przejedzie błotnistymi uliczkami bez plamy asfaltu, to nie usłyszysz, bo niskie płoty nie potęgują hałasu i nie wciskają go przechodniom w uszy jak rezonansowe pudła prospektu Lenina czy Lermontowa.
Choć określenie "fonetyka modrzewiowa" trzeba by zachować dla tajgi. Najpospolitszym gatunkiem drzewa od Zabajkala po Kołymę jest modrzew, a szum tajgi to zazwyczaj poświst wiatru na miękkich, ale ostrych igłach. Towarzyszył Tunguzom, Kurykanom, słychać go w ewenkijskich bajkach i jakuckim olongcho. Wycie wiatru w koronie modrzewia to też fonetyka Kołymy, nie mniej przejmująca niż skowyt purgi na drutach kolczastych wokół łagrów. Tego słuchali więźniowie od Ałdanu po Magadan, kiedy spali, fedrowali, uciekali i zamarzali. Słuchali modrzewia. (...)

SŁÓWKA

Wciąż dochodzą mnie jakieś nowe słowa, hasła, których nie sposób znaleźć w słowniku współczesnego języka jakuckiego. A jeśli nawet są, to tłumaczenia niepełne albo nazbyt poprawne.

  • Mambiet - negatywnie o ułusniku, który zazwyczaj jest pijany, nie ma kasy na powrót do domu i koczuje w okolicy dworca autobusowego. Lepiej mówi po jakucku niż po rosyjsku. Może zaczepić na ulicy i żądać rubli, a jeśli nie dasz, zabierze ci uszankę. Uszanka z piżmaka czy jenota kosztuje około pięciu tysięcy rubli (pięćset złotych). Jeśli idziesz z Jakutką, a mambietów jest dwóch, to mogą zbluzgać, a nawet pobić. Trzeba unikać ich jak mientów.

  • Mienty - milicja. Mogą za nic wrzucić do suki, poturbować, wmówić, że byłeś pijany, i żądać kasy. Zatrzymanym miażdżą uszy, zwijając je w trąbkę, co na czterdziestostopniowym mrozie cholernie boli. Unikać ich jak mambietów. .
  • Chara omuk - z jakuckiego "czarny naród", ale chyba nie ma wartości oceniającej. Tak mówią Jakuci o imigrantach z Azji Centralnej i Kaukazu. Są spokojni, niebezpieczni bywają tylko wówczas, jeśli ich zaczepiać. Interesuje ich zarobek, więc nie szukają problemów. .
    W Jakucku opanowali budownictwo. W największe mrozy palą sobie duże ogniska na piętrach wznoszonych wieżowców, co w smogu wygląda jak zachód słońca. .
  • Chaczczyki - dość pogardliwe określenie przybyszów .
    z Kaukazu. Nie tylko budują, ale często też pracują jako kierowcy PAZ-ów. Nie lubi się ich za to, że brutalnie egzekwują opłatę za przejazd. W Jakucku nie ma biletów, kierowcy oddajesz odliczoną sumę, koniecznie dopiero przy wysiadaniu. Jeśli zapłacisz od razu po wejściu, szofer do następnego przystanku zapomni, chwyci za kołnierz .
    i będzie żądał kasy raz jeszcze. Bywają wybuchowi: .
    1 września 2008 roku jeden zginął w bójce na przystanku.

    Zamarzanie

    Najczęściej zamarza w Jakucku woda i owady, potem alkasze [pijaki, moczymordy], mambiety i psy. Nierzadko też ptaki, czasem dzieci. Rzadziej całe osiedla czy podmiejskie posiołki ewakuowane po wybuchu kotłowni. Ludziom zazwyczaj odmarzają palce, opuszki, części uszu i nosa. Psom i myszom zaś ogony. Ziemia właściwie w ogóle nie odmarza, bo odkąd zamieniła się w lód te sto pięćdziesiąt tysięcy lat temu, do dziś pozostaje wieczną zmarzliną. Bryłą lodu. Na wiosnę wraz z powodzią zawsze wychynie z niej mamucia noga, cały zad albo gigantyczny cios. Tak jak w Jakucku z zasp wyłoni się jakiś listopadowy trup, wataha psów zamarzniętych we śnie czy ukradziony jesienią samochód. Nikt nie wie, co po hucznym sylwestrze i Starym Nowym Roku [Nowy Rok obchodzony według starego kalendarza] kryje się w zwałach śniegu, tak jak nieznana jest liczba mamutów, bizonich rogów i kopalnych ryb zamrożonych od plejstocenu w tajdze nad Leną i wokół Tujmaady. .
    Do tej kriofauny o mały włos nie dołączyło dwóch chara omuk, którzy jechali w interesach z Jakucka do Czurapczy. Kiedy za miastem znaleźli się w czystym albumie Jakucji, zabłądzili między jego białymi stronami. W śniegu i tumanie zboczyli z drogi i dwa dni tułali się po tajdze Ilin Engeru. Kiedy skończyło się paliwo i nadzieja, wytropił ich myśliwy z Czurapczy. Starego zaniepokoiły ślady wołgi w tajdze i tropem kolein, rozkopanych zasp i powalonych drzew trafił na dwóch oszronionych nieszczęśników ze śladami odmrożeń na twarzach. Nakarmił, ubrał i odwiózł saniami do pobliskiego posiołka. Skończyło się na amputacji kilku palców u nóg i rąk i długim leczeniu nosów. .
    Siergieja z Nieriungri nie znalazł żaden myśliwy. Niedawno dostał w prezencie ładę niwę, więc kilka godzin przed sylwestrem poproszono go, by zawiózł prowiant na bal organizowany w bazie turystycznej nad rzeczką Timpton pięćdziesiąt kilometrów na wschód od Nieriungri. Zabrał ze sobą przyjaciół, Alonę i Saszę. W drodze powrotnej, dwadzieścia dwa kilometry od bazy, łada wpadła w pustolód, a od ciągłych prób wydostania się nawalił rozrusznik. Na szczęście na tym kawałku tajgi jest jeszcze zasięg telefoniczny, więc Siergiej zadzwonił do ojca po pomoc. Ten obiecał wysłać samochód, więc nikomu nie przyszło do głowy wzywać MCzS [Ministerstwo Spraw Wyjątkowych (Ministerstwo Czriezwyczajnych Situacji)]. Tymczasem młodzi ruszyli z powrotem, pieszo w stronę rzeki Timpton. Po czternastu kilometrach Siergiej usłyszał warkot silnika i przekonany, że to ojciec z odsieczą, samotnie wrócił do samochodu. Nie wiadomo, czy była to jakaś audiofatamorgana, czy rzeczywiście zagubiona ciężarówka - dźwięk w wysterylizowanym powietrzu niesie się daleko. Przy ładzie nie zastał nikogo. Ojciec nie mógł pomóc, bo który kierowca w Rosji dwie godziny przed sylwestrem jest w stanie prowadzić samochód? Był zresztą pewien, że syn wróci do bazy. Dopiero po pierwszych objawach hipotermii Siergiej wezwał profesjonalną pomoc. Baterii w telefonie starczyło mu jeszcze, żeby pożegnać się z matką. Kiedy znaleźli go ratownicy, umierał. Sasza i Alona doszli, ale każde bez kilku palców.
    Łączność jakuckich peryferii z centrum zapewniają UAZ-y, z racji "bezpieczeństwa", które ich konstrukcja daje pasażerom, nazywane "pół metra do śmierci". Po zamarznięciu bagien, torfowisk i jezior liczba wiosek, z których można dotrzeć do Jakucka lądem, wzrasta stukrotnie. Pasażerowie z odległych osad w podróż do miasta zawsze zabierają zapasowe szuby i unty, a do tego zapałki i prowiant na kilka dni. Kierowca obowiązkowo wozi zapałki i topór, bez którego nie sposób rozpalić ognia. Wszystko to dlatego, że UAZ-y często się psują i choć łatwo je naprawić, to czasem trzeba czekać, aż ktoś będzie przejeżdżał. W szczerej tajdze przy minus pięćdziesięciu stopniach. .
    W burzliwych latach 90., kiedy brakowało wszystkiego, drogi były mniej uczęszczane, a stare samochody psuły się częściej, bywało, że na zimowych drogach w tajdze ludzie ratowali się przy ogniskach palonych z opon. W Jakucku od taksówkarzy na dworcu autobusowym do dziś można usłyszeć historię o jakimś rosyjskim dalniebojszczyku, który jechał z Jakucka przez Amgę do Ust'-Mai nad Ałdanem. Na wysokości wsi Byrama zepsuł się silnik (zagłuch motor) i w ciągu kwadransa szofer wystygł jak zupa. Mokre drewno nie chciało się rozpalić, a że trzeba palić suche, nie miał pojęcia. Jak i o tym, że zaledwie kilometr dalej, za kotarą mgieł, leży wioska Byrama. Uratowała go jakaś jakucka rodzina w UAZ-ie.
    Drzwi w dieriewiaszkach - a tym bardziej w domach w takich posiołkach jak Amga - często nie mają tradycyjnych zamków z klamką. Jest tylko mała zasuwka od wewnątrz, ale brakuje większego mechanizmu z języczkiem, który trzymałby drzwi w futrynie. Dzięki temu łatwiej uszczelnić framugę i straty ciepła są dużo mniejsze. Trzeba naprawdę solidnie trzasnąć, by obity skórą bądź filcem prostokąt wpadł w równie pieczołowicie ocieploną futrynę. Z czasem od częstego zamykania drzwi mogą otwierać się same. Otworzyły się tak w jednym z baraków w Amdze, a może nie domknęła ich wychodząca do sąsiadki mama? Pozostawiona w domu czteroletnia dziewczynka wyszła w poszukiwaniu matki na nieoświetloną ulicę. Zaczęła wołać, a po chwili błądzić i płakać z zimna. Było dużo poniżej czterdziestu stopni. Przez ściany działowe drewnianych domów słychać wszystko, przez te zewnętrzne i grubo ocieplone drzwi trudno usłyszeć nawet pukanie. W tak małym organizmie zobojętnienie na bodźce musiało przyjść szybko. Podobnie jak fałszywe uczucie ciepła, przez które dziecko uspokoiło się i zaczęło rozbierać. Znaleziono ją za późno, na klatce schodowej jednej z piętrowych dieriewiaszek.
    Śmierć z wychłodzenia nazywają Jakuci "łaskawą". Zamarzający tuż przed zgonem nie czuje chłodu, tylko wyimaginowane ciepło, dzięki któremu uspokaja się i pozbywa odzieży. Do bielizny.

    SŁÓWKA

  • Muus - znaczy lód. Jeszcze żyją po wsiach ludzie, którzy wierzą, że gdy zamarzają tonie rybackie na Lenie, stawy i jeziora,
    to znak, że Ziemia zamyka okna. A słoneczni bogowie Ajyy idą spać. Słowo muus, lód, podobnie jak w przyrodzie, kryje w sobie wodę. Chodzi o te dwa środkowe uu. Dosłownie znaczą "woda".
  • Czeng - lód, który narasta w kącie balaghanu, albo szron na jego wewnętrznych ścianach. Dziś tym rzeczownikiem określa się lód na parapetach okien w blokach i domach.
  • Taryng - pustolód. Warstwa fałszywego lodu powstająca nad pierwszym listopadowym lodem. Czasami rośnie jak ogromny pęcherz głęboki na kilka metrów. Nieświadomy podróżny stąpa i wpada weń jak w pułapkę. Uratować go może doświadczenie albo mądry renifer pieriedowik, który na głuchy dźwięk pustolodu pod racicami staje w miejscu.
  • Yrbyy - po rosyjsku zakraina, po polsku przybrzeże, czyli pas wody między brzegiem a skrajem lodu na jeziorze bądź rzece. Czasem poranny przymrozek może zamaskować go cienkim lodem, wtedy myśliwy czy rybak wpada i ląduje w wodzie.
  • Tong - marznąć i zamarzać zarazem. Jakby już w samym czasowniku "marznąć" ukryte było ostrzeżenie przed śmiercią.

    17 listopada

    Nad ranem minus czterdzieści stopni, nic dziwnego, że Lena całkiem zamarzła. Cztery tysiące czterysta kilometrów czystego lodu, jeden z największych sopli na świecie. Tyle że leży. Jakuci do niedawna wierzyli, że wielka rzeka jest śladem mamuta, który epoki temu przechodził tędy na północ. Martwe mamuty znajdowali zawsze w ziemi, toteż uważali, że zwierzęta żyły w jej wnętrzu, a wędrując, ryły koryta rzek, rzeczek i strumyków. Wyłania się z tego, jak mamut z ziemi, ładny obraz rzeki jako drogi.(...)

    Zimno

    Zimno jest już przy zerze, a przy minus pięćdziesięciu jest pięćdziesiąt razy zimniej. Piętnastego grudnia pięćdziesięciokrotne zimno studzi nie do wytrzymania nawet pod futrem z bobra, jenota czy wilka. Jego ukłucie można porównać do dreszczu po wyrwaniu włoska z nosa albo niezręcznego zastrzyku. Wszystko to jednak pięćdziesiąt razy gorzej, boleśniej i dłużej. I niespodziewanie. Wielki mróz nie szczypie, tylko boli. Jak kopniak albo ciężka bomba w nos. Po godzinnym marszu dociera do ciebie sens powiedzenia "zmarznąć na kość". Chodzi o to, że czujesz położenie każdego gnata z osobna. Piszczą z zimna piszczele, kostnieją kostki, ziębną żebra i zgrzytają główki kości w stawach biodrowych.
    Siku! Zapomniałem się odlać przed wyjściem na miasto. Mam na sobie wspaniałe bawełniane reformy, na nich chińskie kalesony, potem gruby dres i wojskowe spodnie, więc sikać będzie trudno. Tym bardziej w tych narciarskich rękawicach. Jeśli wpuszczę zimno za majtki, nie załatwię sprawunków: będę musiał wrócić do domu i porządnie się zagrzać, żeby znów móc wyjść. Zaciskam więc pęcherz i prę naprzód.
    Jakuci mają na to specjalny czasownik: "chabaghar", czyli "wstrzymywać mocz", a dosłownie "spęcherzyć się". Mówią tak o kimś, kto z powodu obowiązków, braku toalety, a często z powodu zimna przez parę godzin nie idzie do łazienki. Zimą w Jakucku od wracającego do mieszkania domownika częściej usłyszysz chabaghardym - "Zaraz się zsikam", niż tongnum - "Zmarzłem". Słowo chabaghar jest więc w Jakucku potrzebne i nie grozi mu zapomnienie. W ten sposób mróz kształtuje nie tylko widok na zimę, ale i język, na zawsze. Ja, by zapomnieć o pełnym pęcherzu, odmieniam chabaghar przez osoby: min chabaghardym, ja spęcherzam się, en chabaghardyng, ty spęcherzasz się, kini chabagharda, on A potem czas przyszły, tryb warunkowy i tak dalej. (...)
    W Jakucku nie ma rozkładów jazdy, choć są autobusy. Nie ma ogrzewanych przystanków, choć bywa minus sześćdziesiąt. Jakucja jest wielka jak pół Australii, ale zimą wszędzie jest ciasno. Najciaśniej w autobusie. Wilki, barany, rosomaki, jenoty kotłują się w nim jak w pułapce. I odmieniają czasownik chabaghar. Straciłem tam kiedyś kaptur, rozerwałem rękaw, ale nie z tego powodu unikam transportu miejskiego. Nawet nie dlatego, że kilka linii zajeżdża pod szpital gruźliczy, gdzie łatwo łyknąć prątka Kocha. Po prostu nikt nie wie, kiedy autobus przyjedzie, co przy czterdziestostopniowym mrozie bywa dość ważne. Kiedy w końcu podjeżdża przeładowany PAZ, z okolicznych sklepików wyskakują ludzie, pochowani tam przed zimnem, i na wyścigi wskakują w ciepłe wnętrzności pojazdu.
    Siku! A ja dopiero dochodzę do centrum. Po drodze notuję i fotografuję. Notuję ołówkiem, bo grafit nie zamarza (patrz Szałamow), a aparat chowam pod kurtką i wyciągam raz po raz. Bolą od tych ruchów odsłaniane mimochodem nadgarstki, więc zrobiłem dziury w wielkich podkolanówkach i zakładam je na przeguby jak bransolety. Tak jak gazeciarze i handlarze z Kriestiańskiego. Mistrzowie spęcherzania się i panowania nad fizjologią. Trzydzieści minut robienia zdjęć i obiektyw pokrywa warstewka lodu z oddechu mojego i przechodniów. Baterie wysiadają, a ekran blednie.
    Za mną dopiero godzina marszu, a już potrzebuję kaloryfera. Zaczynam marznąć od dziury w skarpetce na pięcie. Pod spodem mam jeszcze jedną, całą (sto procent bawełny), ale to nie pomaga. Chwilę potem chłód panuje już na biegunie głowy, gdzie na samym szczycie włosy są rzadkie. Na nic wilcza czapa - na antypodach już zima. Tam chyba jest jakiś luźny szew, w czappce albo w czaszce. Próbuję chociaż zapalić, ale najpierw wypalam dziurę (już trzecią) w rękawicy, a potem się zaciągam, lecz papieros nie chce się nawet ćmić! Zimno, palić, siku, a tu jeszcze po ryby i po mięso na rynek.
    O! A to już wiem, że trzeba omijać. Jakuck stoi na bryle lodu, toteż rury, często nieizolowane, biegną po powierzchni. Gdy któraś pęknie, woda tworzy wspaniałe zjawiska krasowe, rzeźby, stalaktyty i stalagmity. Regularnie zdarza się to na Kuraszowa, która prowadzi z Centralnego na Kriestiański. Wystarczy, że wdepniesz mimochodem w taką kaszę, i przymarzasz jak Lenin do cokołu. Zdarzyło mi się to już kiedyś: wyrwałem nogi, ale do domu wracałem z lodowymi podkowami ku uciesze przechodniów. Potem okazało się, że w lodzie została część podeszwy. Nawet teraz coś mi się jednak przykleiło. Jakbym wdepnął w krowi placek.
    Siku! Dziś w Jakucku gęsta mgła. Skąd więc te grube płatki śniegu dookoła mojej głowy? I jakoś dziwnie nie topnieją na twarzy. Okazuje się, że to puch z rękawa kurtki. Rozdarłem ją, wychodząc z punktu ksero. Za drzwiami wejściowymi wisi tam kawałek silnika, który służy jako przeciwwaga, domykająca zewnętrzne drzwi. Pewnie zahaczyłem o jakąś zębatkę. To dlatego dziś szybciej marznę! Kupuję pośpiesznie taśmę klejącą w kiosku (działają w największe mrozy), wypadają mi pieniądze, z nosa leci, pęcherz pęka, ale jakoś opatruję zraniony rękaw. Prawie wdepnąłem w płynny lód, rozwaliłem kurtkę, wypaliłem dziurę w rękawicy za czterdzieści złotych. Ale pocieszam się, że się dziś jeszcze nie poślizgnąłem ani nie zabłądziłem w smogu!
    Błądzenie zdarza mi się teraz rzadziej, bo coraz lepiej znam miasto, ale we mgle łatwo przeoczyć rynek. Nie widać przeciwległej strony ulicy, trzeba więc iść koniecznie po tej, przy której rozciągają się stoiska. Tak długo, aż nagle zmaterializuje się przed tobą szczupacza albo sumia morda - nie przejdziesz mimo. Tak, tak, ryby sterczą tam całą zimę w koszach i kartonach, chowane na noc w ciągnących się wzdłuż stoisk budach. W ten sposób można zaoszczędzić na opłatach za energię elektryczną, toteż ludzie chętnie handlują na mrozie.
    Ondo, sprzedawca ryb, u którego zazwyczaj kupuję czyry, zakrywa mi na dzień dobry twarz ogromną rękawicą i trze, aż łzy lecą. Zmarzłem jak termometr za oknem i nic nie mogę wydukać, bo gile z nosa zrosły się z brodą. Jakuckie sprzedawczynie, chichocząc spod czap, pokazują sobie mój nos. Kiedy robi się biały, to ponoć jest już bardzo źle. Kinol na mrozie jest bezbronny, jak płuca, łysina, pięta w dziurawej skarpecie. Można zakładać szalik, ale wtedy oddech zamieni się w sopel lodu. Dlatego Ondo trze i trze, aż boli. Zazwyczaj dużo rozmawiamy o jego rodzinnej Czurapczy, o próbie przesiedlenia całej wsi nad morze w czasie ostatniej wojny, w wyniku czego zmarło około dwóch tysięcy ludzi, ale dziś nie ma na to czasu. Dopytuje się, czy mógłbym kiedyś o tym napisać.
    - Pewnie, ale jak ta zima się skończy - odpowiadam, biorę dwa czyry i w nogi.
    Na rynku nerwowy ruch, kręcą się wróble złodzieje, sprzedawczynie biegają za drobnymi, tragarze tańczą z półtuszami świń, osiłki z końskimi udźcami. Na małym placyku między stoiskami ktoś urządził zawody: zbieranie do worów rozsypanych karasi na czas. Zbierać trzeba w rękawicach bez palców. To chyba jakieś święto, bo jest też radio, są dyplomy i mały tłumek gapiów. Tylko zające bielaki leżą nieruchomo, zamrożone w tym samym skoku, w którym chciały wydostać się z sideł. Obserwują, jak podglądam i ukradkiem robię zdjęcia (rozgrzałem baterię w pachwinie). Po chwili chowam się we mgle, czując na sobie spojrzenie martwych bielaków. Gdzieś tutaj była niedawno ulica Lermontowa.

    Artykuł ukazał się w numerze 2/2013 magazynu KONTYNENTY


    KONTYNENTY POLECAJĄ
    Michał Książek, "Jakuck. Słownik miejsca"