Reporter w teatrze

"Na wypadek wojny od razu zostaję zakładnikiem" - mówi bohater filmu "Annie Hall" Woody Allena. Odpowiadam w ten sposób ludziom, którzy pytają mnie, czy praca reportera w dalekich krajach jest niebezpieczna


Nie jestem reporterem wojennym. Konflikt zbrojny nie podnosi mojego poziomu adrenaliny. Częściej piszę o seksie niż o strzelaninie.
Kamizelkę kuloodporną założyłem tylko raz w życiu. Było to w Wenezueli w 2003 r. Zbierałem materiały do reportażu o Caracas - mieście pogrążonym w kryzysie i przemocy, bardziej nie bezpiecznym niż strefa frontowa - jeżdżąc przez dwie noce z ekipą karetki pogotowia po slumsach. Zbieraliśmy z ulic po strzelanych jak sito nastoletnich handlarzy narkotyków, a z barrios cały czas było słychać strzały.
Z tyłu karetki leżały kamizelki kuloodporne.
- Alberto, po co nam to? - zapytałem szefa ekipy, zabójczo przystojnego Wenezuelczyka, który umilał długą noc, opowiadając o swoich erotycznych podbojach.
- Na boku karetki jest napisane "urząd miejski Caracas". Burmistrz jest opozycjonistą i demokratą, a ludzie w slumsach popierają dyktaturę Chaveza - tłumaczy Alberto. - Więc jak widzą ten napis, to czasami strzelają.
Przymierzyłem kamizelkę. Nie wiedziałem, że zapina się ją na plecach, więc założyłem ją tyłem na przód. Alberto z kumplami miał dużo radości.

Niby do mnie strzelano...

Było to w Eyl, w porcie, który był przez lata stolicą somalijskich piratów, latem 2012 r. Spotkałem tam ojca-założyciela somalijskich piratów, o których przygotowywałem reportaż. Abdi Wahid Mohamed Hersi - którego wszyscy nazywali po prostu Joaar - był wtedy dyrektorem w ministerstwie rybołówstwa Puntlandu. Przyjechał ze stolicy otworzyć przetwórnię ryb.
- Kiedy rząd upadł, na naszych wodach natychmiast pojawiły się obce statki - mówił Joaar. - Miałem wtedy małą firmę rybacką. Widziałem, jak podpływali do samego brzegu i kradli nam ryby! Dałem pieniądze rybakom i zorganizowaliśmy razem straż obrony wybrzeża. Złapaliśmy kilka pakistańskich łódek.
Co działo się z nimi później, nie jest jasne: prawdopodobnie za płacili za wolność - co somalijscy rybacy uznali za grzywnę za rabunek ryb. Jak pisze Jay Bahadur, amerykański dziennikarz, którego książka o somalijskich piratach ukazała się w zeszłym roku (i którego jednym z głównych informatorów był właśnie Joaar), przemiana samoobrony rybaków w piratów trwała kilka lat i wynikała z prostego oportunizmu.
- Okazało się, że nie mamy pieniędzy, żeby bronić naszego wy brzeża - wspomina Joaar. - W tym samym czasie pojawili się źli biznesmeni, którzy powiedzieli rybakom: "Po co macie łowić ryby? Zarobicie więcej na okupach za statki"~ Piractwo jest jednoznacznie zabronione przez naszą religię.
Joaar, być może - bo nie chciał tego powiedzieć - pod koniec lat 90. sam zarabiał na "grzywnach" za statki, zanim został wysokim urzędnikiem.
Pokazał też, że kulom się nie kłania. Kiedy rozmawiałem na plaży z rybakami, moi dwaj koledzy - fotograf i reporter TVP - po płynęli z Joaarem łódką rybacką na ocean. Chcieli zobaczyć pływający skup ryb - dużą łódkę, na której sąsiedzi, Jemeńczycy, handlują rybami bezpośrednio na morzu.
Kiedy Jemeńczycy zobaczyli przez lornetkę umundurowanych żołnierzy na łódce z dziennikarzami, przestraszyli się, wyciągnę li kałasznikowy i zaczęli strzelać.
Joaar wtedy stanął na dziobie łodzi, dumnie wyprostowany, - nie zważając na kule - wrzeszczał po arabsku i po angielsku: -Jebane skurwysyny! Złodzieje! Wypierdalać z naszego morza!

Niby mnie aresztowano...

Było to w Zambii, gdzie przygotowywałem książkę "Naznaczeni" - reportaż o epidemii AIDS (ukazała się w 2003 r.). Pojechałem na cmentarz komunalny pod Kitwe, w stolicy zagłębia miedziowego. Ciągnął się po horyzont. Ziemia była przeorana małymi kopczykami. Na pierwszy rzut oka przypominała wielki śmietnik. Na grobach stawiano zardzewiałe żelazne miski, zużyte opony, kwiaty w plastikowych opakowaniach. Nikt ich później nie sprzątał, więc resztki wiązanek leżały wszędzie.
Równocześnie odbywało się kilka pogrzebów. Żałobnicy przy chodzili pieszo i przyjeżdżali wynajętymi autobusami.
Słońce stało w zenicie. Gorące powietrze falowało nad morzem grobów. Żałobnicy chowali się w cieniu jedynego drzewka na cmentarzu. Gdzieś obok kobieta zawodziła bez przekonania.
Nagle jak spod ziemi wyrosło przede mną dwóch mężczyzn.
Starszy, w ciemnych okularach i kolorowej koszuli z nadrukowanym portretem Boba Marleya, był wyraźnie wściekły.
- Dlaczego robisz zdjęcia? - zapytał bez wstępów.
-Ja nie robię zdjęć - wzruszyłem ramionami.
Odwrócili się i znikli. Po chwili widzę, że prowadzą gdzieś mojego przyjaciela, fotografa Krzysztofa Miękusa, któremu jeden chciał odebrać aparat
Pobiegłem za nimi.
Za co was aresztowali? - zapytał mnie z uprzejmym zainteresowaniem jakiś mężczyzna, którego minąłem. Wylądowaliśmy na komisariacie: facet, który nas aresztował, okazał się dyrektorem cmentarza, wściekłym, że coś tam dzieje się bez jego pozwolenia.
Na ścianie gabinetu komisarza policji w Kitwe wisiały na sznureczkach ostatnie numery dwutygodnika "Wiadomości Policyjne" Tytuły mówiły same za siebie: "Policjant zabija podejrzanego, który nie stawia oporu", "Policjant bierze sprawiedliwość w swoje ręce". Pod tym ostatnim tytułem widniało zdjęcie potwornie pobitego człowieka.
Komisarz rezydował w gabinecie wspólnie z podkomisarzem. Biur ko podkomisarza stało po prawicy szefa. Stanowili idealnie zgraną parę. Komisarz nie odezwał się nawet raz, mówił tylko jego pod władny i to on ogłaszał decyzje szefa, które w tajemniczy sposób odgadywał.
- Przechwyciliśmy tych dwóch białych - powiedział policjantowi dyrektor cmentarza. - Robili zdjęcia na cmentarzu. Po wstępnym przesłuchaniu okazali to - podaje podkomisarzowi nasze legitymacje prasowe wystawione parę dni wcześniej przez ministerstwo informacji w stolicy. Widzę, że trzęsą mu się ręce. Podkomisarz przyjął je bez słowa. jego szef patrzył w ścianę i ba wił się długopisem. Policjant powoli studiował to, co było napisane na legitymacjach. Po chwili wyciągnął z szuflady ogromny słownik oksfordzki i sprawdził znaczenie każdego słowa. Przez kwadrans nikt się nie odzywał. Komisarz cały czas bawił się długopisem.
- Pozwolenie jest ważne - powiedział po chwili podkomisarz. - Tutaj jest wyraźnie napisane, że ci dwaj mogą chodzić i fotografować wszystko, na co mają ochotę, z wyjątkiem instalacji wojskowych. Ale u nas, w Kitwe, nie ma instalacji wojskowych.
Dostajemy legitymacje z powrotem.
- Życzymy przyjemnego pobytu w Zambii - powiedział uprzejmie podkomisarz.
Nadzorca cmentarza był upokorzony.
- Ale - podnosi glos podkomisarz - zachowałeś się prawidłowo. To dobrze, że są obywatele, którzy troszczą się o bezpieczeństwo i dobre imię państwa. Dziękuję wam w imieniu rządu Zambii.
Stanęliśmy na skrzyżowaniu przed komisariatem.
- Chyba wypada się już z nimi pożegnać - mówi do mnie Krzysztof. Dyrektor cmentarza i jego podwładny stali kilka metrów dalej. Po chwili niższy rangą podszedł do mnie.
- Boss mówi, że nie ma za co wrócić na cmentarz. Bardzo uprzejmie prosi, żebyście dali mu 5 tys. kwacha (dolara) na taksówkę. Dałem. Jestem dla ludzi za dobry.

Niby ze mną rozmawiali...

Reporter 90 proc. czasu spędza na jeżdżeniu, umawianiu się i czekaniu. Rozmowy z ludźmi - a to z nich naprawdę składa się reportaż - zajmują może pozostałe 10 proc.
Było to w Kumasi, dużym mieście na północy Ghany, w którym robiłem w 2006 r. reportaż o sprawiedliwym handlu kakao (w teorii polega on na tym, że producenci dostają wyższe od rynkowych ceny za to, co wyprodukują - więc starczy im na przykład na to, by wysłać dziecko do szkoły). Kumasi leży w sercu kraju Aszanti, jednego z największych regionów produkujących kakao na świecie.
To było jak uderzanie głową w mur.
Codziennie rano przychodziliśmy z Krzysztofem do biura spół dzielni Kuapa Kokoo, zrzeszającej 40 tys. farmerów uprawiających kakao, która jako jedyna zajmowała się tam wtedy fair trade. Siadaliśmy w pustym pokoju i czekaliśmy godzinami na odpowiedź. Krzysztof polerował swoje aparaty fotograficzne. Ja czytałem gazety. Biuro było prawie puste. Biurko, dwa krzesła, nagie ściany. Chociaż na zewnątrz świeciło równikowe słońce, w środku panował półmrok. Czekaliśmy sami. Czasami przychodziła jakaś urzędniczka, siadała za biurkiem i przeglądała stos pomiętych papierów, które przynosiła ze sobą. Potem wychodziła, zabierając papiery i nie odzywając się nawet słowem. Gdybym był w lepszym nastroju, doceniłbym surrealistyczny wdzięk tej sytuacji. Byłem jednak sfrustrowany wściekły. Mogliśmy spędzić w Kumasi tylko kilka naście dni, czas płynął, a reportaż stał w miejscu.
Myślałem, że wszystko już uzgodniłem przed przyjazdem. Na miejscu okazało się jednak, że nasze ustalenia były nieaktualne. Oczywiście, nie mogłem pojechać do wioski zrzeszonej w Kuapa Kokoo sam. Byłby to afront dla władz spółdzielni. Wtedy już na pewno nic bym nie zwojował, a prawdopodobnie jeszcze na raziłbym się na nieprzyjemności. Przygoda na zambijskim cmentarzu nauczyła mnie, że aby pracować bez przeszkód, trzeba złożyć kurtuazyjną wizytę na każdym szczeblu afrykańskiej hierarchii władzy. Bossowie domagają się stosownych manifestacji szacunku. Wtedy zwykle wszystkie drzwi stają otworem.
Codziennie gawędziliśmy z Nicholasem. Było bardzo miło, ale wydawał się twardy jak skała.
Czekaliśmy tydzień. W niedzielę, - kiedy wszystko jest zamknięte i nie da się pracować - zaczęliśmy układać desperacki plan pominięcia Kuapa Kokoo.
O dziesiątej rano ktoś zapukał do naszego pokoju hotelowego. To był Nicholas: nie mam pojęcia, jak nas znalazł.
- Zabieram was do mojego kościoła - powiedział krótko.
Nicholas należał do jednego z odłamów zielonoświątkowców. Takich afrochrześcijańskich Kościołów prowadzonych przez charyzmatycznych pastorów są w każdym afrykańskim kraju setki, jeśli nie tysiące.
Kościół był ogromnym barakiem z prefabrykowanych betonowych ścian, kratami zamiast okien i blaszanym dachem. Msza w języku Twi to były cztery godziny ekstatycznych śpiewów i poruszających publicznych wyznań (podejrzewam, że chodziło o grzechy). Byliśmy jedynymi białymi w kościele i w tłumie widać nas było na kilometr.
Musiałem wyjść na środek, stanąć przed dwudziestoma pastorami siedzącymi obok ołtarza i wytłumaczyć, po co przyjechałem do Ghany. Wyjaśniłem, że nie mogę przyjąć na miejscu chrztu i zostać członkiem Kościoła, bo w Polsce wszyscy są katolikami i miałbym kłopoty. To nieszczere wyjaśnienie zostaje przyjęte ze zrozumieniem. W to, że jestem niewierzący, nikt ni gdy w żadnym afrykańskim kraju nie potrafiłby uwierzyć. Brak wiary w nadprzyrodzone wydawał się czymś niepojętym. Nigdy nie spotkałem tam też żadnego ateisty, chociaż nie wątpię, że jacyś istnieją.
Kiedy skończyłem, Nicholas szturchnął mnie w bok. - Praise the Lord! Chwalcie Pana! - zaintonowałem szybko. Wierni odpowiedzieli jednogłośnie.
Daliśmy też z Krzysztofem ofiarę na Kościół - po 20 tys. ów czesnych cedi, czyli cztery dolary. Nie wiem, czy to był sprawdzian, ale jeśli tak, to zdaliśmy. Nicholas zabrał nas potem na wycieczkę nad pobliskie jezioro swoim czerwonym mercedesem: posiedzieliśmy w restauracji razem z nim i jego młodziutka. milczącą przyjaciółką (Nicholas miał pięcioro dzieci, ale żonę zostawiał w domu).
-Jutro zabiorę was do farmerów - oświadczył po jedzeniu.
Nicholas przedstawił nas licznym prezesom Kuapa Kokoo - Najważniejszemu i kilku Bardzo Ważnym - którzy dali nam oficjalne błogosławieństwo i w końcu pojechaliśmy do farmerów.
Mój problem z Kuapa Kokoo wziął się stąd, że parę tygodni wcześniej niezbyt rozgarnięty korespondent Reutersa napisał depeszę, że farmerzy z Ghany wydają zarobione na sprzedaży zbiorów kakao pieniądze na prostytutki. Na Zachodzie tego oczywiście nikt nie zauważył, ale durna narodowa Ghany bardzo ucierpiała i w kraju wybuchła polityczna awantura (w Polsce działa to podobnie - też jesteśmy wrażliwi, kiedy ktoś z Zachodu źle o nas napisze, choćby było to ewidentnie bez sensu; wszystkie kraje peryferyjne tak mają).

Niby naprawdę...

Było to w Malawi w 2002 r. Przyjechałem z wizytą do jednej z organizacji pozarządowych, która zajmowała się m.in. leczeniem chorych na AIDS. Przywitał nas tłum kobiet śpiewających specjalnie skomponowaną pieśń, w której rozpoznałem tylko słowa "Adam" "Krzysztof" i "kondom". Potem przedsiębiorczy szef organizacji poprowadził nas do domu, w którym była chora kobieta. Wstydziła się okropnie. Dom był pokazowy - wy czyszczony na wysoki połysk, z lśniącymi lampami naftowymi, które wyglądały na nigdy nieużywane, i portretem prezydenta oraz świętym obrazkiem na ścianie. Szef tej organizacji przesadził. Teatr był aż nazbyt widoczny.
Podobnie przesadził szef innej organizacji, tym razem walczącej z malarią w północnej Ugandzie. Odwiedziłem ją razem z grupą europejskich dziennikarzy w lutym 2011 r. Cała ekipa - która miała składać się z wolontariuszy pomagających rodzinom w wioskach - siedziała w pogotowiu, ubrana w świeżutkie t-shirty z logo organizacji. Wszyscy mówili to samo tymi samymi - jakby recytowali starannie przygotowaną lekcję. Nikt jednak nie potrafił odpowiedzieć na pytanie, ile rodzin odwiedził w zeszłym tygodniu.
Są też na pewno oszustwa udane - takie, z których nie zdaję sobie sprawy, bo skutecznie mnie nabrali.
Trudno, ryzyko zawodowe.
Co jest więc ekscytującego w pracy reportera? Egzotyczne miejsca można zobaczyć, jadąc na wakacje. Nie każdego interesują afrykańskie slumsy czy somalijscy piraci (chociaż dla mnie to akurat ciekawe, bo zawsze interesowało mnie, jak ludzie próbują sobie układać życie w skrajnie trudnych warunkach).
Dla mnie najciekawsze w tej pracy są momenty, w których różne mechanizmy społeczne, które są zwykle przed nami ukryte - albo tak oczywiste, że ich nie zauważamy - odsłaniają się w całej pełni właśnie dlatego, że widać je w egzotycznym sztafażu: teatr władzy, korupcja i poświęcenie dla innych, miłość okrucieństwo. Wszystko to ukazuje się nagle, w nieoczekiwanych sytuacjach, których nie potrafiłbym ani wymyślić, ani wy obrazić sobie, gdybym ich nie doświadczył - bo tak bardzo są surrealistyczne. Wtedy myślę, że bardzo lubię tę pracę.

Niby pan władza...

Było to w Zambii w 2002 r. Chciałem pojechać do Konga, ale akurat trwała tam wojna domowa i trzeba było pozwolenia, że by dotrzeć nad granicę. Pojechałem więc z wizytą do komisarza nadgranicznego dystryktu Chililabombwe.
Komisarz przyjął nas w swoim biurze; było jedynym budynkiem przy ulicy, która nazywała się President"s Drive. Był drobny i miał może metr pięćdziesiąt wzrostu, tak że niemal gubił się w ogromnym skórzanym fotelu ustawionym na środku dużego gabinetu. Mówił wolno i z godnością, często powtarzając zdania. Nikt nie odważał mu się przerwać.
Komisarz był najważniejszy - very big man, jak powiedziała Sara Kayesa, nasza opiekunka z lokalnej organizacji pozarządowej.
- Witam was w imieniu rządu. Witam bardzo serdecznie - po wiedział komisarz dystryktu po dłuższej rozmowie o różnicach między pogodą w Polsce i pogodą w Zambii. -Jestem przedstawicielem prezydenta w tym dystrykcie i muszę wiedzieć o nim wszystko. Kiedy prezydent do mnie przyjedzie, będę sie dział z nim na tych samych fotelach, na których wy siedzicie - uderzył ręką w miękką poręcz. - Będzie chciał, żebym mu dokładnie opowiedział o wszystkim, co się dzieje w moim dystrykcie.
Dwie młode sekretarki podchodziły do gości i nalewały herbatę. Obok każdej filiżanki kładły na talerzyku jedno ciasteczko, zawsze z tej samej strony, starannie i w takim skupieniu, jakby układały mozaikę z drogocennych klejnotów.
Chodziły na kolanach. Chyba po to, żeby nie wyglądały na wyższe od siedzącego w fotelu Wielkiego Człowieka.
Surrealizm tej sceny obnażał mechanizm władzy - każdej władzy, nie tylko afrykańskiej.
- A wy co robicie? Jak długo tu działacie? To ciekawe. Nigdy wcześniej nie słyszałem o waszej organizacji - przenikliwe spojrzenie komisarza zwróciło się w stronę naszej opiekunki. Sara siedziała sztywno na brzeżku skórzanej kanapy i trzęsły się jej kolana.
- Działamy tu już od kilku lat... Uczymy ludzi, jak się nie zarazić AIDS...
- A gdzie macie biuro? - Nie mamy biura, tylko jeden pokój w szpitalu.
-A ile zarabiacie? Adam -Ja dostaję 300 tys. kwacha [ok. 60 dolarów].
- Trzysta tysięcy miesięcznie! - krzyknął oburzony i zwrócił się do mnie. - To bardzo mało! Mam rodzinę w Ndola, sto kilometrów stąd, i wydaję tyle na jeden przejazd tam z powrotem moim samochodem! Musisz podkreślić w swoim raporcie, że oni potrzebują koniecznie biura i transportu, bo inaczej nie poradzą sobie z AIDS. - Zwrócił się do Sary. - Przypomnij mi, jak Studiów masz na imię? O właśnie, Sara. Sara zarabia tylko 300 tys. kwacha! My w Zambii mamy niezwykle dużo potrzeb i jest wskazane, że PAN. Aut~ by zachodni darczyńcy wiedzieli o nich. Biuro i transport, pamiętaj - powiedział do mnie.
I jeszcze rozdajemy prezerwatywy kierowcom... - bąknęła Sara. - Rozdajecie? To bardzo dobrze. Słyszałem, że niektórzy z nich mają po dziesięć-piętnaście kobiet w czasie jednego wyjazdu - pokręcił głową. - Macie ze sobą kondomy? To dajcie trochę moim sekretarkom. Na pewno często im się będą przydawać - komisarz roześmiał się z całego serca. Zaśmialiśmy się wszyscy. Po chwili spoważniał. Śmiech urwał się jak ucięty nożem.
- Cieszę się, że tak młodzi jak wy przyjechali, żeby nam pomóc tutaj, w Afryce - zmierzył nas wzrokiem. - Tacy młodzi. Gdzie zostawiliście waszych ojców? - ludzie znów uderzył ręką o poręcz fotela i zaśmiał się serdecznie z własnego dowcipu. Wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem.
- To świetnie, że do mnie przyszliście. Odpowiadam w tym dystrykcie za bezpieczeństwo. To bardzo trudne zadanie, bo tuż obok jest Kongo, a tam, jak wiecie, jest wojna domowa, więc nasza policja musi być wyjątkowo czujna. Ale nie będziecie mieli żadnych kłopotów. Tylko pamiętajcie - przygotujcie raport o naszych potrzebach i wielkich trudnościach, z którymi tu cały czas się borykamy.
Odprowadził nas do drzwi. Sara wręczyła chichoczącym sekretarkom komisarza pudełko prezerwatyw Maximum. Pożegnaliśmy się serdecznie.
Drugie pudełko dostał w prezencie szef policji. A potem mogliśmy już pojechać na granicę. Siedziałem w samochodzie obok Sary, myśląc o sekretarkach chodzących na kolanach i o tym, że właśnie zobaczyłem, jak działa władza. W czystej, idealnej postaci.

Artykuł ukazał się w numerze 1/2013 magazynu KONTYNENTY

"KONTYNENTY" POLECAJĄ
Adam Leszczyński, "Dziękujemy za palenie", Polska Akcja Humanitarna, 2012
To książka o arogancji i nieuzasadnionym poczuciu wyższości wobec Afrykanów. Autor szuka w Afryce odpowiedzi na pytanie, dlaczego nasze recepty na uzdrowienie tamtego świata są często tak boleśnie nieskuteczne. Pełnokrwiste reportaże.