"W Patagonii" Chatwina - recenzja

Niewiele jest książek, na które czekałem z taką niecierpliwością. Bruce Chatwin, jeden z najważniejszych brytyjskich prozaików XX w., u nas był do niedawna mało znany
Wydane 20 lat temu "Ścieżki śpiewu", przejmująca opowieść o niewidzialnych szlakach Aborygenów, oraz "Utz" - o praskim kolekcjonerze miśnieńskiej porcelany - długo pozostawały jedynymi dziełami pisarza przetłumaczonymi na polski. Dopiero w zeszłym roku zaczęły ukazywać się kolejne.

"W Patagonii" to literacki debiut Chatwina. Jako dwudziestoparolatek rzucił pracę w słynnym domu aukcyjnym Sotheby's, gdzie wsławił się rozpoznawaniem falsyfikatów. Dyrekcji wysłał tylko telegram: "Wyjechałem do Patagonii na sześć miesięcy". Ta przygoda dojrzewała w nim jednak od dzieciństwa. Zaczęła się od szczątków mylodonta (wymarły ssak z rodziny leniwców) przechowywanych przez babkę - mały Bruce zapragnął poznać rodzinną tajemnicę, a ta prowadziła do Ameryki Południowej. Poza tym odległa kraina wydawała się najbezpieczniejszą przystanią w obliczu wojny grożącej po śmierci Stalina

Tak zaczyna się książka, którą "The New York Times" określił "arcydziełem podróży, historii i przygody". Lapidarnym, dziennikarskim, a przy tym niezwykle malowniczym językiem autor szkicuje postaci i krajobrazy. Mamy tu świetne portrety emigrantów, jak choćby zamkniętego w sobie Anselma, syna Niemca i Włoszki, który gra mazurki; walijską sopranistkę, która z wdzięczności przesyła mu ciasta owocowe i ukraińską lekarkę, która za zaoszczędzone peso zamawia we francuskim wydawnictwie Mandelsztama, Cwietajewą czy Sołżenicyna. Nie brakuje Indian z Ziemi Ognistej, których język Chatwin analizuje z dużą wnikliwością. Są westernowi rabusie - Butch Cassidy i Sundance Kid - którzy po ucieczce z USA przenieśli swoją "działalność" do Argentyny. Jest wreszcie kuzyn Charley, który w wieku 12 lat zaciągnął się na statek, 40 razy opłynął przylądek Horn, został rozbitkiem, później konsulem, a w międzyczasie odnalazł mylodonta. To właśnie losy kapitana Charleya są pretekstem do snucia chaotycznej opowieści o XIX- i XX-wiecznej historii Patagonii.

Prozę Chatwina wyróżnia erudycja i bezpretensjonalność. Jego trop wiedzie przez skaliste góry i sztormowe wybrzeża, ale trudy podróży (wielodniowe marsze przez pustkowia czy noce spędzone na gołej ziemi w lesie) nie przytłaczają książki. Nie ma tu werterowskich uniesień, choć jest i miłość, i śmierć. Daje się odczuć samotność autora na tle milczącego pejzażu. Ale jest też nieodgadniony niepokój, pośpiech, urwane wątki i niewyjaśnione poszukiwania. Dziwne to połączenie pamiętnika, literatury drogi i powieści historycznej.

Osoby przedstawione w książce, a także argentyńscy historycy, zarzucali Chatwinowi stronniczość. On sam przyznawał, że granica między fantazją i rzeczywistością zawsze była mu obca. Nawet projekt jego życia - poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, dlaczego ludzie podróżują - cechowały sprzeczne emocje. Nigdy niewydana rozprawa "The Nomadive Alternative" zaczyna się od zdania "Najlepsi podróżnicy są niepiśmienni". Na przekór tym słowom "W Patagonii" i inne impresje Chatwina z dalekich wypraw - od Brazylii po Australię i od Afganistanu po Benin - to obowiązkowa lektura dla wszystkich wędrowców.

Bruce Chatwin, "W Patagonii", Świat Książki, Warszawa 2007, s. 345, cena 31 zł