Kambodża. Góry pachnące kardamonem

Kambodża. Kambodżańskie Góry Kardamonowe leżące przy granicy z Tajlandią zajmują milion hektarów. To najdzikszy teren w południowo-wschodniej Azji - do dziś część jest niedostępna, nie są też znane wszystkie tutejsze gatunki roślin i zwierząt.
Kambodżańskie Góry Kardamonowe leżące przy granicy z Tajlandią zajmują milion hektarów. To najdzikszy teren w południowo-wschodniej Azji - do dziś część jest niedostępna, nie są też znane wszystkie tutejsze gatunki roślin i zwierząt.

Niewysokie, prawie niezamieszkane wzgórza porośnięte gęstą dżunglą były ostatnim bastionem Czerwonych Khmerów, którzy przetrwali tu do końca lat 90. XX w. Po ich pokonaniu zaczęli się tam osiedlać ludzie. Chcąc przeżyć, wycinali lasy i rozwijali rolnictwo, a dzikie zwierzęta osiągające niebotyczne ceny na czarnym rynku traktowali jako źródło dochodu. Kambodża stanęła przed wyborem: pozwolić na zniszczenie unikalnego przyrodniczo regionu lub pozbawić ich możliwości zarobku. Tak zrodziła się ekoturystyka - próba znalezienia kompromisu między dobrem ludzi i przyrody. Kontrolowany ruch turystyczny w dżungli (przewodnicy, notowanie liczby gości) oznacza zastrzyk finansowy dla rezerwatów i organizatorów wycieczek, pojawienie się hoteli, pensjonatów, restauracji, a w konsekwencji szansę na rozwój regionu i zachowanie przyrodniczych walorów gór.

Koh Kong - dziki zachód Kambodży

Przy okienku wizowym na granicy tajlandzko-kambodżańskiej tłum mężczyzn chętnych do pomocy przy wypełnianiu nieskomplikowanego formularza. Z tym poradzę sobie sama, podobnie jak z opłatą za wizę. - 35 dolarów - twardo mówi pogranicznik. - Przecież wiza kosztuje 20 - dziwię się. - 30 - urzędnik wydaje się skłonny do negocjacji. - W ambasadzie w Bangkoku powiedziano mi, że wizy są po 20 - blefuję. - 25 - stanowczemu tonowi towarzyszy wręczenie mi paszportu i wniosku wizowego.

Tłum pomocników natychmiast wraca, proponując transport do Koh Kongu, jedynego miasta wśród zielonych wzgórz, 10 km od granicy. - 20 dol. tuk tuk! 200 bahtów motorek! - przekrzykują się, licytując oferty. Przeliczam tajlandzkie bahty na dolary, które są niemal równoprawną z rielami walutą w Kambodży. Po burzliwych negocjacjach decyduję się na motorek.

Po kilku kilometrach wjeżdżamy na płatną drogę asfaltową, na wyrost nazwaną autostradą. - Masz riele? Ty płacisz - bez ceregieli oznajmia kierowca. - Nie chcesz wspomóc mojego kraju? Na takie dictum robi mi się nieswojo. Amerykańskie bomby, Czerwoni Khmerzy, miny, powodzie - chyba nie ma nieszczęścia, które nie spadłoby na ten kraj w ciągu ostatnich 40 lat. Rieli jednak nie mam, więc kierowca płaci, a w Koh Kongu zawozi mnie pod bazarową budę, gdzie za 100 dol. kupuję jakieś pół kilograma rieli i reguluję należność za autostradę (1 dol. = ponad 4 tys. rieli, popularne nominały 1000 i 2000). Do hotelu jadę z torbą pełną pieniędzy.

Koh Kong, nazywane dzikim zachodem Kambodży, do niedawna było centrum bandytyzmu, prostytucji, AIDS, przemytu zwierząt, hazardu i kłusownictwa. Sytuację poprawiła budowa nowych dróg i mostu na granicy z Tajlandią w 2002 r. W spokojnym i bezpiecznym dziś mieście nie ma wielu atrakcji turystycznych, jest za to kilka hoteli, kasyn i restauracji. Zaczynają się pojawiać turyści, bo to dobra baza wypadowa do wycieczek w Góry Kardamonowe i na bezludne wysepki otoczone rafami koralowymi.

Niewysokie domki, powietrze pachnie przyprawami. Nad piaszczystymi drogami po przejeździe aut, tuk tuków i motorów wzbijają się tumany szaro-pomarańczowego kurzu. Szerokimi ulicami każdy jeździ jak chce. Nie ma latarni, wieczorem miasto tonie w ciemnościach. Życie koncentruje się wokół bazaru, na którym można kupić wszystko, co człowiekowi potrzebne, przydatne, niekonieczne: owoce, warzywa, zwierzęta żywe i mięso, pieczone pająki, dokumenty, pamiątki, ubrania.

Drugim ważnym punktem jest przystań na rzece Kah Bpow, w pobliżu jej ujścia do Zatoki Tajlandzkiej. Przy spróchniałym mostku stoi kilkanaście bambusowych budek z rybami. Kiedy tam przychodzę, mężczyźni odrywają się od motorówek i proponują wycieczkę do wodospadu. Po kilku minutach negocjacji (z użyciem kalkulatora) siedzę w motorówce - startujemy z przyspieszeniem rakiety. Kapoków nie ma, motorówka podskakuje na falach, a ja całą uwagę koncentruję na tym, żeby nie wypaść za burtę. Płyniemy w głąb lądu, najpierw przez lasy namorzynowe. Rzeka coraz węższa, woda spokojniejsza, w końcu namorzyny ustępują miejsca tropikalnej dżungli. Wzgórza pokrywa bujna zieleń. Na brzegu gdzieniegdzie stoją bambusowe chatki rybackie, przed którymi cumują kolorowe łódki. Dżungla zagęszcza się, dno rzeki staje się kamieniste, a przed nami pojawia się wodospad Koh Poi. Dalej płynąć się nie da. Można za to wykąpać się pod wodospadem w krystalicznie czystej wodzie. Powietrze jest tak lepkie, że nie myśląc o pasożytach zamieszkujących rzeki zwrotnikowe, wskakuję do wody.

Dżungla Kambodży

Wycieczka motorówką do wodospadu Koh Poi to przedsmak dżungli Gór Kardamonowych. Wybieram się tam nazajutrz, korzystając z oferty Blue Moon Guesthouse (hotel, organizacja wycieczek, <a class=c1n href="http://www.koh-kong.com">www.koh-kong.com</a> ), biura propagującego turystykę ekologiczną (30 dol.).

W Górach Kardamonowych i w Koh Kongu turystę traktuje się bardziej jak gościa niż jak chodzący portfel. Khmerowie są uczynni i serdeczni. Uśmiechają się, przyjaźnie zaczepiają, czasem grzecznie i nienachalnie proponują podwózkę, a gdy robię zakupy, zazwyczaj nie naciągają i skrupulatnie wydają resztę, nie wykorzystując mojego braku wprawy w liczeniu zer na banknotach.

Do dżungli jadę na motorku. Przewodnik - doświadczony ranger - prawie nie zna angielskiego, za to prowadzi brawurowo. Pędzimy po zużytym asfalcie, mijamy most na rzece Tatai, wjeżdżamy na czerwoną glinianą drogę z wielkimi dziurami wypełnionymi wodą o barwie i konsystencji zupy kremu z dyni. Wpisując się w książkę u wejścia do parku widzę, że prawie codziennie goszczą w dżungli turyści. Chwilę późnej spotykamy Czecha i Włocha, którzy z przewodnikami opuszczają głuszę, gdzie spędzili noc. - Weź, przyda ci się do zrzucania pijawek - Pavel podaje mi patyk. - I włóż nogawki spodni w skarpetki.

Po kilkunastu kilometrach pustkowia zostawiamy motor i zagłębiamy się w zieloną gęstwinę. Przewodnik toruje drogę maczetą, dyskretnie zaznaczając na drzewach naszą trasę.

Przez gęstwinę ciężko się idzie, nawet promienie słoneczne z trudem przebijają się przez zielony sufit. Trudno zorientować się, jaka jest pogoda. Po wyjściu z gąszczu zobaczymy duże świeże kałuże - w dżungli spadło kilka kropel, a jak się okazuje, była to ulewa. W powietrzu unosi się znajomy zapach. Przewodnik podaje mi kawałek kory i mówi, że to kardamon - teraz rozumiem, skąd nazwa tych gór...

Ze wszystkich stron atakują nas insekty w rozmiarze XXL. Próbuję nie dostrzegać ogromnych pająków, ignoruję gigantyczne mrówki. W pewnej chwili widzę, jak po nogawce moich spodni w galopującym tempie przemieszcza się do góry pijawka. Przydaje się patyk od Pavla, jednak pijawki nie dają za wygraną, docierają za koszulę i do nogawek, a przewodnikowi wskakują do kaloszy.

Dżungla daje niesamowity koncert: gwiżdże, huczy, syczy, dzwoni, brzęczy, piszczy, szczebioce, śpiewa, szeleści. Gdzieś niedaleko wołają gibbony. Kiedy przewodnik wdaje się z nimi w dyskusję w małpim języku, przybliżają się, ale niestety nie na odległość wzroku. Są ptaki (przewodnik nie zna nazw angielskich) i niewiele mniejsze od nich motyle i pająki. Czujnie rozglądam się za większymi okazami fauny. Żyją tu słonie, lamparty, pytony, kobry, niedźwiedź malajski, tygrys indochiński. To ostatnie miejsce na świecie, gdzie przetrwał krokodyl syjamski.

Kambodża - bieda i turystyka

Po wyjściu z dżungli świat wydaje się jaśniejszy. Podjeżdżamy do zagubionej wśród gór wioski, skąd przez las i sady bananowo-papajowe idziemy w stronę wodospadu. Nad omszałymi kamieniami zwisają gęste zielone pnącza, słońce tworzy tęczę w kropelkach wody. Żal opuszczać to miejsce, ale przewodnik łamanym angielskim zachęca do dalszej drogi, mówiąc "photo" i "money". Po godzinie dojeżdżamy do dużej wsi.

W rozsypujących się chatach na palach przypominających oderwane od domów werandy życie toczy się apatycznie. Szmaty zamiast posłań, cały dobytek to parę garnków. Jedynym przejawem cywilizacji są anteny satelitarne na nielicznych porządniej wyglądających budynkach. Parę osób gra w karty, inni leżą w hamakach bądź siedzą w kucki i patrzą przed siebie pustym wzrokiem, kobieta sieka warzywa, w stertach śmieci bawią się dzieci. Nie wyobrażam sobie, że miałabym stanąć przed nimi z aparatem i fotografować. W głowie kołacze mi się powielana w broszurach turystycznych prośba organizacji pozarządowych, żeby nie dawać pieniędzy za nic, nie uczyć ludzi żebrania.

Mimo to, opuszczając ten osobliwy turystyczny cel, z trudem powstrzymuję się od udzielenia finansowej pomocy mieszkańcom wsi. Czy dawanie pieniędzy jest rozwiązaniem problemu? Dzięki pracy społeczników oraz organizacji pozarządowych w Kambodży powstają miejsca, gdzie wytwarza się i sprzedaje rękodzieło, gdzie miejscowi zarabiają, oprowadzając i wożąc turystów, prowadząc hotele, restauracje, oferując usługi kosmetyczne. Gdy wyjeżdżamy ze wsi, przewodnik z dumą pokazuje mi niewielki młyn. Znak, że idzie ku lepszemu?

***

Firmy ekoturystyczne:

Asia Adventures, CBET (Community-based Eco-tourism), www.ecoadventurecambodia.com

Oasis Resort, http://oasisresortblog.netkhmer.com

Organizacje działające w Górach Kardamonowych:

Conservation International, www.conservation.org

Fauna & Flora International, www.fauna-flora.org

Wildlife Alliance, www.wildlifealliance.org



Artykuł pochodzi z Gazeta Turystyka - sobotniego dodatku do Gazety Wyborczej