Chorwacja. Wakacje z dziećmi. Rovinj, Pula i inne

Wakacje w Chorwacji z dziećmi? Jest po prostu śródziemnomorsko - czyli beściarsko.
Na obrzeżach Umagu Kalinka dostrzega błękit Adriatyku. Skręcamy nad plażę, przebieramy się w stroje kąpielowe i wkładamy obuwie chroniące stopy przed kamieniami i kolczatkami. Kalinka zanurza się w ciepłym morzu, wystawia głowę nad wodę, prychając: "Ale słona!", co nie przeszkadza jej w dalszej kąpieli i szalonych skokach. Potem bierze prysznic przy kamiennym nabrzeżu i wypija pół butelki słodkiej wody. Teraz chce zobaczyć, co się kryje za niewielkim półwyspem...

Rovinj

Kolejny nocleg mamy w Rovinju. Choć naszym celem w Chorwacji jest Rijeka i wyspa Krk, miasteczko Rovinj i jego okolice są tak malownicze, że zmieniamy plan. Po godzinie poszukiwań (mnóstwo turystów, wszystko zajęte) cudem znajdujemy nocleg w gospodarstwie agroturystycznym (35 euro). Mijamy zatłoczone centrum, piękną zatoczkę z widokiem na stare miasto i stajemy między sadem a polem truskawek. Dookoła rosną też pomidory, arbuzy i melony. W naszym pawilonie jest łazienka z prysznicem, aneks kuchenny, przestronny pokój, południowy tarasik ze stołem i krzesłami oraz telewizor z chorwackimi bajkami na dobranoc. Kalinkę witają ciekawskie koty i merdający ogonem pies. Zostajemy na tydzień (utargowałem 30 euro za dobę).

Wielki trawnik kończy się piaszczysto-kamienistym wejściem do Adriatyku. Kalinka wkłada maskę do nurkowania, buty i już jest pod wodą. Co rusz wyskakuje z nowymi zdobyczami: muszle i muszelki, kolorowe kamyki, podwodne roślinki. Jest zachwycona! Kąpiemy się z nią na zmianę, nurkując, ucząc ją pływania, szalejąc na dmuchanym materacu.

Kiedy zaczyna zachodzić słońce, Kalinka zauważa, że na zamykające naszą zatokę niewielkie wzgórze wspinają się stare domy. - Ale fajne, idziemy tam? - pyta. Jasne!

Wchodzimy w wąskie uliczki dawnej wyspy, w XVIII w. połączonej groblą ze stałym lądem (w latach 1813-1920 Rovinj był największym miastem na zachodnim wybrzeżu Istrii). Jedna z głównych bram ozdobiona weneckim lwem - Łuk Balbi z 1680 r. - prowadzi w zaułki starówki. Jej szczyt zdobi największa świątynia całej Istrii - katedra św. Eufemii z 60-metrową wieżą.

Snujemy się wśród stolików kawiarenek i restauracji, zaglądamy do niezliczonych sklepików. Gdy docieramy na czubek wzgórza, pod katedrę, zapada zmierzch. Początkowo stała tu niewielka świątynia św. Jerzego, pierwszego patrona miasta. Ok. 800 r. umieszczono w niej sarkofag z ciałem św. Eufemii, a w pierwszej połowie XVIII w. powstała obecna świątynia według projektu wenecjanina Giovanniego Dozziego. Wnętrze zdobi ołtarz i kamienny sarkofag z ciałem świętej. Kalinka zapala jedną z setek maleńkich świeczek, żebyśmy - jak mówi - zawsze byli szczęśliwi jak teraz. Schodzimy do portu zamykającego z drugiej strony wzniesienia najstarszą część miasta. Na stopniach pod oświetloną późnorenesansową wieżą zegarową pałaszujemy lody, podziwiając jachty i słuchając kameralnego koncertu.

Pazin, Beram

Drugi dzień spędzamy na plaży, a popołudniowe posiłki z kotkami, dla których Kalinka kupiła kocią karmę (pies również skosztował). Nazajutrz ruszamy na zwiedzanie. Kierunek - odległe o 30 km miasteczko Pazin, niemal pośrodku półwyspu. Parkujemy w centrum, tuż przy 45-metrowej kamiennej wieży z 1705 r., dawnej dzwonnicy. To prawdziwy raj dla Kalinki. Szybko zdobywa kolejne stopnie schodów wiodących do drewnianego portalu wieży - zamknięte. Rekompensatą jest wizyta na starym cmentarzu. Kalinka, zafascynowana takimi miejscami, każe sobie czytać wszystkie nazwiska wyryte na zabytkowych grobowcach. Obok usadowił się XIII-wieczny kościół Sv. Nikola z mistycznym, ciemnozłotym gotyckim wnętrzem ozdobionym pięknymi freskami z 1460 r. "Spomenik kulture" - głosi mosiężna tablica.

Wąskimi uliczkami otoczonymi kamiennymi domami krytymi czerwoną dachówką i parkiem Stari Trg idziemy do zamku górującego nad głębokim jarem. Kamienny biały Kastel z XVI w. z jednej strony obronną elewacją wychodzi na ryneczek, z drugiej wisi nad 120-metrowym klifem spadającym do dolinki zamkniętej wspaniałym mostem. Pod nim rzeka Pazincica wypływająca z podziemnego jeziora Martelovo tworzy fenomen natury - Pazinską Jamę, o której pisał m.in. Juliusz Verne. Penetracja doliny i jaskini udostępnionej do zwiedzania od 2007 r. zajmuje kilka godzin. W drodze powrotnej na pełnej kawiarenek ulicy Velog Joze, zamkniętej dla ruchu samochodowego, pijemy pyszną, mikroskopijną, niezwykle mocną kawę, a Kalinka dostaje lody i świeży sok z owoców.

Następny przystanek - Beram, gdzie docieramy wąską, krętą drogą wspinającą się stromo pod górkę. To maleńka, obronna osada z resztkami fortyfikacji i okrągłej wieży wokół kamiennych domostw. Zatrzymujemy się przy kościele zajmującym niemal cały niewielki rynek. Budowlę z 1903 r. zdobią wewnątrz piękne freski z XV w. Obok stoi smukła kampanila (wieża dzwonnicza), typowa dla regionów, gdzie dotarli Wenecjanie. Jest niewiarygodnie cicho i pusto. Gdzieś obok powinien być kościółek Sv. Marija na Skriljinach ze sławnymi freskami Vincenta z Kastav z 1474 r. Kiedy pytamy o niego w karczmie przy ryneczku, uprzejmy karczmarz informuje, że wstęp kosztuje 40 kun i dzwoni do pani, która ma klucze. Po chwili jedziemy z nią kilkaset metrów wąziutką drogą obok kamiennego krzyża.

Wnętrze świątyni zaskakuje bogactwem malowideł - aniołowie, kwiaty, owoce, na kasetonowym stropie św. Maria wśród białych obłoków, nad głównym portalem "Taniec śmierci". Nie wszystkie freski odrestaurowano. Będąca pod ich wrażeniem Kalinka prosi, by jej opowiedzieć historię zmartwychwstania Jezusa, bo i takie malowidło dostrzegła. Trudne zadanie...

Żegnamy się z panią klucznik i wracamy do karczmy. Konoba Vela Vrata proponuje przysmaki kuchni greckiej, włoskiej, węgierskiej, austriackiej, a nawet tureckiej. Zamawiamy zupę minestrone (zwaną tu manistra), z soczewicą, fasolą, kukurydzą, boczkiem i ziemniakami oraz specjalność szefa kuchni - pljeskavicę, czyli kotlet mielony z trzech rodzajów mięsa. Dla Kalinki soczysty kurczak w sosie cytrynowym. Prawdziwa uczta za 100 kun (ok. 50 zł).

Motovun, Poree

Kolejnym celem jest pamiętające rzymskie czasy miasteczko Motovun. Zakręt za zakrętem, lasy, winnice i gaje oliwne. Wreszcie wyłania się zielona góra wyrastająca z rozległej doliny. Na jej zbocza wspinają się białe domy, otoczony wysokim murem obronnym szczyt wieńczy kościół i zamek. Zostawiamy auto na parkingu i wspinamy się wąską, brukowaną ulicą między starymi kamienicami pełnymi knajpek, sklepików z pamiątkami i lokalnymi nalewkami w fantazyjnych butelkach. Za bramą XIII-wieczna baszta, żółty kościół Sv. Stjepana z 1600 r. o barokowej elewacji, przy nim kamienna wieża zegarowa z dzwonnicą, zamek, weneckie lwy na elewacjach, kafejki, restauracyjki, lodziarnie.

Pod przewodnictwem Kalinki spacerujemy po zakamarkach starego Motovunu, zaglądając do wszystkich bram, wspinając się na każde schody. Z obronnych murów podziwiamy rozległy krajobraz, czerwone dachy domów, wieżyczki kościołów. Jest pięknie. Kalinka znalazła plac zabaw, więc robimy dłuższą przerwę...

Dziś czeka nas jeszcze portowe miasto Poree i jego bazylika Eufrazjana, od 1997 r. na liście UNESCO. Zataczając krąg w centralnej Istrii, wracamy nad morze. Zanim zaczniemy zwiedzanie, szukamy dogodnego miejsca na kąpiel w Adriatyku. Parkujemy przy jednym z dużych ośrodków turystycznych przy plaży. Mamy tu wszystko: dobre wejście do wody, przebieralnie, prysznice, wielkie, kolorowe zjeżdżalnie w basenach ze słodką wodą.

Na parking przy starówce w Poreeu docieramy o zachodzie słońca. Zmierzając do bazyliki, szybko mijamy wiele uroczych zakątków, budowli i ulic. Wpadamy na tłoczny deptak Decumanus i w bocznej uliczce Sv. Eleuterija znajdujemy wspaniałą bizantyjską bazylikę, której obecną formę nadano w VI w. Jej początki datuje się na IV w., z tego też okresu pochodzą pierwsze mozaiki. We wnętrzu zachwycające złocone freski ze scenami biblijnymi, ozdobne cyborium nad ołtarzem z XIII w. Ksiądz odprawia akurat mszę; nie chcąc przeszkadzać, udajemy się na wieżę dzwonniczą. Kalinka z zachwytem wspina się na jej szczyt. Wita nas bajecznie zachodzące nad Adriatykiem słońce i donośny dźwięk dzwonów, które nagle rozkołysały się dosłownie nad naszymi głowami i zaczęły wybijać swoje melodie. Uciekamy z wieży, jeszcze raz zaglądamy do świątyni, a potem sycimy się pięknem starówki, której wiele domów jakby żywcem wyjęto z Wenecji.

Na nadmorskim bulwarze dobiega nas zapach pizzy. Otwarta na morze knajpka kusi gwarem i zapraszającym gestem gospodarza, częstującego domową rakiją. Nie dajemy się długo namawiać. Lokujemy się wygodnie na szerokich ławach i pałaszujemy pyszne pizze. Należało nam się!

Pula

Przez dwa dni leniuchujemy do plaży w Rovinju, wieczorami odwiedzamy stare miasto. Ale będąc w zachodniej Istrii, koniecznie trzeba zobaczyć niezwykłą Pulę (ok. 35 km). Parkujemy w centrum, vis-a-vis ogromnego antycznego amfiteatru z I w. zbudowanego przez cesarza Wespazjana. Jego kamienna biała fasada wspaniale odcina się na tle błękitu nieba. Jest jednym z trzech, po rzymskim Koloseum i El Jem w Tunezji, najlepiej zachowanych amfiteatrów starożytnego Rzymu (wstęp 20 kun). Owalne mury pną się kilkoma piętrami ku górze. Plac amfiteatru wypełniają setki błękitnych krzesełek ustawionych naprzeciw sceny, na której odbywają się okolicznościowe spektakle. Kalinka wzięła sobie za punkt honoru, by wszystkie policzyć. Na szczęście przekroczenie granicy setki w matematyce jest jeszcze poza jej zasięgiem, więc dała spokój i mogliśmy dalej zwiedzać. Na wystawie w podziemiach interesowały ją podświetlane plansze z historią i wykopaliskami, antyczne amfory i kościotrupy w grobach pod kamienną ścianą. Zadawała kłopotliwe pytania, np.: - Czy to są panie, czy panowie?

Potem, mijając okazałe mieszczańskie kamienice, kościół o klasycystycznej elewacji z romańskimi apsydami, katedrę Wniebowzięcia NMP, zmierzamy deptakiem starówki do centralnego punktu Puli - ogromnego Forum. Wokół stoją wspaniałe budowle świeckie i świątynie. Od czasów rzymskich Forum dzieli się na dwie części: niższą dla plebsu, wyższą (przy świątyniach) dla dostojników. Zasiadamy w tej drugiej na rozgrzanych kamiennych schodach rzymskiego Kapitolu z I w. i podziwiamy świątynię Augusta, pozostałości świątyni Diany, dawną bazylikę zamienią na ratusz. To jedyny w Chorwacji i jeden z nielicznych w Europie tak wspaniale zachowany kompleks - przykład rozwoju miasta od czasów romańskich do współczesnych, bo nie brak tu kamienic z XVIII, XIX i XX w.

Zbliża się wieczór, a my chcemy zobaczyć w Puli jeszcze kilka miejsc, jak kościół i klasztor Sv. Franje z 1227 r., gdzie Kalinka gestem "Ave, Cesar!" pozdrawia pozostawione w dole miasto i jego mieszkańców, czy dawny fort na szczycie wzniesienia i latarnię morską (obecnie Povijesni Muzej Istria). Żeliwne armaty służą Kalince za stalowe rumaki, zagląda im do pysków, czyli otworów dział. A nuż jest tam jakiś skarb?

Ze szczytu dawnej latarni rozpościera się wspaniały widok na całe miasto, amfiteatr i port. Za portowymi żurawiami opada do Adriatyku czerwona kula słońca.

Gdy schodzimy w dół do starego centrum, zapada zmrok. Siadamy w knajpce o swojsko brzmiącej nazwie Bistro Barbara (danie główne 50-70 kun). Zamawiamy półmisek ryb i panierowane kalmary, wszystko świeże i pyszne. Kalinka zajada, aż jej się uszy trzęsą. Próbuje nawet kalmarów. - Śmierdzą rybą - mówi. O dziwo, miejscowe ryby rybą jej nie śmierdzą. Nie przeszkadzają jej nawet zaglądający nam do talerzy turyści, nam też nie. Jest po prostu śródziemnomorsko, czyli beściarsko

Kalinka tak nabrała sił po obfitym posiłku, że postanowiła zabrać na pamiątkę żeliwną kotwicę stojącą na placu koło amfiteatru. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie to, że miała ok. 10 m długości. Nie pomogło nawet: - Juruś, pomożesz? Dasz radę?

Wróciliśmy do domu bez kotwicy. Kalinka do dziś nie może tego odżałować. Jeszcze dwa dni odpoczynku na plaży w Rovinju i ruszamy dalej, żegnając sympatycznego gospodarza, wszystkie koty i psy. Będzie ich nam, a zwłaszcza Kalince, brakować. Tak jak codziennej porcji owoców prosto z sadu.