Londyn. Zakupy w rytmie reggae

Londyn słynie z kolorowych targów, które przyciągają tłumy. Brixton Market wyróżnia się na tle londyńskich bazarów - leży z dala od turystycznych szlaków, w sercu jednej z najniebezpieczniejszych dzielnic miasta
Londyn słynie z kolorowych targów, które przyciągają tłumy. Camden to tanie ubrania, rock'n'rollowe akcesoria i studia tatuażu. Portobello to starocie, sklepy pełne malowanych puszek po ciastkach i kryształowych gałek do szafek. Ekskluzywny Borough Market zaopatruje miejscowych i przyjezdnych w organiczne wędliny i sery, domowe wina, świeże ostrygi. Na Brixton można znaleźć składniki do dań kuchni afrykańskiej, charakterystyczne dla karaibskich potraw papryczki, dziesiątki rodzajów patatów. Nigdzie indziej nie ma takiego wyboru yamsu (owoce chlebowca) czy mango. Można tu nawet kupić żywe ślimaki i mrożoną rybę latającą. A ponadto tanie szczotki, wiadra i plastikowe miski, pirackie płyty z muzyką gospel, poliestrowe peruki w kolorach tęczy.

Brixton - afrokaraibskie serce miasta

Ostatni przystanek metra linii Victoria oddalony jest od pełnego turystów Oxford Circus o kwadrans, ale po wyjściu z podziemi otoczenie w niczym nie przypomina centrum Londynu. Brixton to afrokaraibskie serce miasta, nazywane czasami w mediach jego narkotykową stolicą. Staram się nie ulegać stereotypom i z pozytywnym nastawieniem skręcam w Electric Avenue, jedną z pierwszych londyńskich ulic, które w latach 80. XIX w. oświetliły latarnie elektryczne. Dziś po obu stronach Electric Avenue rozlokowały się arabskie sklepy mięsne (pięć funtów za trzy spore kurczaki z głowami, oczywiście halal, czyli zabite poprzez upust krwi zgodnie z prawem koranicznym). Środek okupują sprzedawcy ubrań i akcesoriów do telefonów komórkowych. Jest ósma rano. Targ jakby w letargu, ale ze stoisk z płytami dobiegają dźwięki reggae, hip-hopu, gospel. Szybko chowam do torby aparat fotograficzny, bo spory obiektyw niepokoi sprzedawców błyszczących zegarków.

Jeden z najmniejszych straganów tonie pod górą środków czystości, mopów i papieru toaletowego. Czarnoskóra, tęga właścicielka po pięćdziesiątce siedzi na wysokim stołku i wesoło macha nogami. Jej rodzice mogli być wśród 492 pasażerów, którzy w 1948 r. zeszli z pokładu statku "Empire Windrush" i zostali osiedleni w tymczasowych domach nieopodal Brixton. Ich przybycie z Jamajki uznaje się za symboliczny początek współczesnego wielokulturowego społeczeństwa brytyjskiego. Pytam, czy może mi coś powiedzieć o bazarze, w który dzień jest najwięcej towarów. Nie zastanawia się długo: - Nasze stoiska to nie wasza sprawa, pilnujcie swoich interesów - jej odpowiedź, wypowiedziana z ciężkim jamajskim akcentem zupełnie mnie zaskakuje. Tłumaczę, że Polacy na pewno chcieliby robić tu zakupy, ale sprzedawczyni i na to ma wyrobiony pogląd: - Polska jest daleko - mówi. - I can't walk there, za daleko.

Brixton Market to ponad 40 lat kupieckiej tradycji. Do powstania targowiska przyczyniła się budowa kolei, dzięki której Brixton stało się przedmieściem stolicy. W latach 20. i 30. XX w. wybudowano przeszklone arkady, które pokryły trzy aleje straganów i zachowały się w pierwotnym stanie do dzisiaj. W 2009 r. nowi właściciele zaproponowali zburzenie arkad i budowę nowoczesnych butików oraz apartamentowca. Stowarzyszenie Friends of Brixton Market odpowiedziało zajadłą kampanią mającą na celu ocalenie bazaru. Dzięki ich działaniom targ wpisano na listę dziedzictwa English Heritage - jako ważny element stanowiący o lokalnej tożsamości kulturowej jest chroniony przez prawo. Wśród komentarzy w internecie przeważają opinie, takie jak: "Brixton to odzwierciedlenie i symbol Wspólnoty Narodów". Ale kontrowersje wokół bazaru nie ustają. Jeden z internautów pisze: "Ta decyzja to krok wstecz, który w żaden sposób nie pomoże złej reputacji okolicy, jako strefy zakazanej dla ludzi z zewnątrz".

Brixton - tu jest wszystko

Wielki Piątek nie różni się w Londynie od dnia powszedniego właściwie niczym. Rzeki turystów przepływają przez ulice, sklepy i restauracje otwarte jak zwykle, tylko banki stosują się do ustawowego przepisu o dniu wolnym od pracy. Postanawiam ponownie odwiedzić Brixton, sprawdzić, czy targ będzie tak samo niegościnny jak poprzednio. Szybko orientuję się, że ostatnio przyszłam za wcześnie.

Piętrzące się sterty mrożonych i świeżych owoców morza pocą się w gorącym słońcu, którego w kwietniu nikt się nie spodziewał. Zapachy przypraw i mięsa mieszają się z wonią marihuany. Nieliczne prowadzone przez białych Brytyjczyków stragany rybne przeżywają oblężenie. Na ich lodowych wystawach pysznią się ostrygi, tuńczyki, langusty. Sklepom afrykańskim i arabskim brakuje lodu, ale kuszą niskimi cenami. Wszystkie knajpy Brixton Market - karaibskie, tajskie, tureckie, włoskie - są pełne. Pod wieloma straganami stoją kolejki, z tych pustych przekupnie krzyczą i zachwalają towary. Zajęci biznesem nie mają czasu rzucać nieufnych spojrzeń na turystkę z aparatem. W przedpołudniowym tłumie znika się tu tak samo jak na centralnych placach Londynu. Kupuję jabłka (sześć za funta), osiem rolek papieru toaletowego (funt czterdzieści), mrożone krewetki (trzy torebki za piątkę). Darowałam sobie sine kurczaki halal, ale i tak stało się coś, czego zupełnie się nie spodziewałam - zakupy na Brixton Market. Za cenę o wiele niższą niż w Tesco, w rytmie reggae. I tylko po żur i barwniki do jajek trzeba będzie pójść gdzie indziej.

Camden Town, dziś jedno z najbardziej rozpoznawalnych miejsc w Londynie, niegdyś było synonimem tandety i ubóstwa. Okolica Brick Lane, dziś hipsterska imprezownia, jeszcze kilka lat temu uchodziła za matecznik typów spod ciemnej gwiazdy. Ten sam mechanizm zdaje się znajdzie zastosowanie do Brixton i jego egzotycznego targu. - Mój narzeczony pochodzi z bardzo dobrej rodziny - opowiada Monika z Gdańska o swoim brytyjskim chłopaku - ale w okolicy jego domu nie ma fajnych imprez, więc wszyscy jeździmy na Brixton. Spędzamy tam całe noce i jeszcze nic się nikomu nie stało.

Ale statystyki nie są optymistyczne. W gminie Lambeth, do której należy Brixton, rozboje są sześć razy częstsze, niż przewiduje średnia krajowa, prawdopodobieństwo napaści na tle seksualnym dwa razy wyższe. W ciągu ostatnich dziesięciu lat popełniono tu najwięcej morderstw w Londynie. To skutecznie odstrasza wielu amatorów egzotycznego jedzenia czy imprez.

Getto czy enklawa? Dziś trudno jeszcze przewidzieć, w jakich barwach rysuje się przyszłość Brixton Market.



Artykuł pochodzi z Gazeta Turystyka - sobotniego dodatku do Gazety Wyborczej