Pędzimy do Czarnogóry, czyli na tropach mistrzów samogonu

Co robić w czasach, gdy wszystko jest już zadeptane i sfotografowane przez japońskich turystów? Jechać do Czarnogóry, najmłodszego kraju świata.
Czarnogóra - 10 dobrych powodów, by tu przyjechać

1. Czarnogórskie drogi pomogą ci się przygotować do najcięższych nawet rajdów samochodowych. Poczujesz się jak Schumacher, Kubica, a może nawet Hołowczyc.

2. Fiordy będą ci jadły z ręki - to jedyny kraj na południu Europy, gdzie można je zobaczyć.

3. Opalisz się jak Banderas; w dodatku bez dzikich tłumów z Polski i całej Europy. Czarnogóra, choć piękna i dzika, nie przyciąga jeszcze wielu turystów.

4. Spłyniesz pontonem albo tratwą przez najgłębszy w Europie kanion rzeki Tary.

5. Spróbujesz oryginalnych potraw, w tym ryb, małży i kalmarów prosto z morza.

6. Może kupisz ziemię? Działkę nad Adriatykiem można mieć już od 4 euro za metr. Wybudować dom? Grosze!

7. Złowisz taaaaką rybę w górskiej rzece albo w czasie morskiej wyprawy.

8. Odbędziesz pojedynek bokserski z Czarnogórcem, któremu przypadkiem nadepniesz na odcisk. Wcale o to nietrudno, bo to dumna nacja. Módl się wtedy, żeby nie miał broni.

9. Kupisz papierosy prosto od albańskich przemytników.

10. Od rana do nocy będziesz się raczył przednią, 50-procentową czarnogórską rakiją. Najczęściej domowej roboty.

Pani z biura podróży miała problem. - Gdzie to jest? - zawstydzona dopytywała koleżankę. - Czarnogóra... Nie no, nie ma takiego kraju! A właśnie, że jest! Od maja 2006R. Wtedy dumni Czarnogórcy postanowili, że odłączą swój, mniejszy niż Mazowsze, kraj od Serbii. A ja postanowiłem, że muszę się tam wybrać. Moja sąsiadka, która przeżyła dwie wojny, w tym jedną światową, ostrzegała: - Zabiją cię! Ale zaprzyjaźniony znawca Bałkanów uspokajał: - Nie ma się czego bać. Unikaj tylko przemytników, drażliwych tematów, policji, bocznych dróg, noclegów z dala od ludzi. Nie bierz samochodu, nie pij wody z kranu... Wyliczanka trwała kilkanaście minut. Po jej wysłuchaniu wziąłem czerwony pisak i spisałem wielką listę zakazów. Kilkanaście minut zajęło też pani z biura podróży ustalenie, że z Polski do Czarnogóry nie można się dostać w żaden sensowny sposób. - Może pociąg do Belgradu (24 godziny, przesiadka w Budapeszcie) - ratowała sytuację. - To już tylko 500 km od celu... Zamiast tego wybrałem samolot do Dubrownika, ledwie 30 km od granicy. Musi być jakiś autobus! Na ziemię sprowadziła mnie pracownica chorwackiego biura informacji turystycznej. - No buses to Montenegro - rozłożyła bezradnie ręce. Dlaczego? - Nie lubimy się - tłumaczyła. Potem pokazała ręką na góry, gdzie podobno wciąż leżą tysiące nierozbrojonych min. Nie było wyjścia. Złamałem pierwszy zapisany czerwonym flamastrem zakaz i postanowiłem jechać autem.

Serbowie jak ślimaki

Następnego dnia wynająłem czerwonego Fiata Punto, przeżegnałem się i ruszyłem na górskie serpentyny. Zaraz za Dubrownikiem dwójka plażowiczów łapała stopa. Zatrzymałem się uprzejmie, a oni niespodziewanie wyciągnęli z rowu wielkie jak beczki z adriatyckim śledziem plecaki. Na ucieczkę było za późno. - Nie znam chorwackiego! - ostrzegłem. - Nie szkodzi, my też nie. - To skąd jesteście? - Z Polski! Gośćmi na pokładzie "punciaka" okazali się Joasia i Michał Dzikowie, archeolodzy z Warszawy odbywający swoją podróż poślubną. Punto zamieniło się więc niespodziewanie w ślubną limuzynę, silnik zaczął grać Mendelssohna, a my głośno myśleliśmy, co nas czeka w najmłodszym kraju Europy. Na granicy oczekiwaliśmy flag, fanfar, strażackich orkiestr i ciągłego podkreślania świeżo upieczonej niepodległości. Zamiast tego celnik służbista bez słowa wbił nam do paszportów pieczątki i pokazał ręką, żeby jechać dalej. - Z czego tu się cieszyć? - załamywała ręce pani Walentyna, właścicielka budki z pieczonymi kurczakami w Hercegnovi, pierwszym mieście za granicą. - Serbowie to u nas jedyni turyści. Jeśli się obrażą i nie przyjadą, to z czego będziemy żyć? - pokazywała ręką na pustą plażę. - A ja się cieszę - włączył się jej mąż Danczo. - A wiesz czemu? Bo jak na mundialu dostaliśmy w dupę z Argentyną 6:0, to pomyślałem: ostatni raz Serbowie grają jak ślimaki, a wynik idzie i na ich, i na nasze konto. - Toż to czarnogórski bramkarz puścił! - zdziwiła się pani Walentyna. Mąż spojrzał na nią tak, że prędko zaszyła się w kuchni. - Od teraz każdy gra na siebie - ciągnął Danczo. - Sześciu Czarnogórców gra w NBA. Więc w koszykówce możemy być potęgą. Z piłką może być gorzej, ale jeśli znajdziemy trenera... Chciałem polecić bezrobotnego Pawła Janasa, ale Danczo zmienił temat. - A naszego Nika już próbowaliście? - wykrzyknął nagle. - Miał nagrodę w Paryżu dla najlepszego piwa! Tak oto na stole pojawiły się dwie oszronione butelki z napisem "Nik Gold". Piwo nagrodę dostało prawie 100 lat temu, ale w Czarnogórze chwalą się, jakby to było wczoraj. Najważniejsze: smak ma przedni i cudownie zaspokaja pragnienie w czterdziestostopniowym upale.

Czarnogóra - tu fiordy jedzą z ręki

Znawca Bałkanów kazał mi testować wszystkie drinki domowej roboty. - Oni nawet z patyka zrobią rakiję - tłumaczył. - W każdej wsi mieszka przynajmniej jeden Mistrz Samogonu. Niestety, pierwszego dnia oprócz złocistego Nika nie udało się znaleźć innego trunku. Na nocleg, spędzony na dziko na plaży (kolejny punkt z zapisanych czerwonym flamastrem poszedł w las), kupiliśmy rakiję z Serbii. Niezła, choć wzięliśmy jedną z tańszych i zostawiała posmak, jaki pewnie zostawia wypicie szklanki denaturatu. Z utęsknieniem czekaliśmy więc na pierwszy prawdziwy domowy trunek. Tymczasem przejechaliśmy Bokę Kotorską, zatokę, która oferuje najbardziej malowniczy landszaft nad Adriatykiem. Punto raźnie ścinało czarnogórskie zakręty i tylko dwie rzeczy mogły sprawić, że prawa noga od czasu do czasu przerzucała się z gazu na hamulec. Pierwszy powód to przepaść po mojej prawej ręce - Czarnogórcy niechętnie budują barierki, pewnie nie chcą szpecić krajobrazu. Drugi to krajobraz właśnie. Góry wcinające się w zatokę tworzą jedyny na południu Europy fiord. Pięknie to wygląda, więc warto czasem zwolnić. A po powrocie można szpanować jak gość z kawału, który był w Norwegii: - Widziałeś łosie? - pytają kumple. - Stary, łosie to ja głaskałem. - A niedźwiedzie? - Można było im wleźć na plecy. - A fiordy? - Człowieku, fiordy to mi z ręki jadły. Fiord wprawdzie nic nam nie zjadł, ale wyglądał majestatycznie i dostojnie. Żeby dobrze mu się przyjrzeć, warto szerokim łukiem ominąć skracający drogę prom w Kamenari. Nadłożymy 40 kilometrów, ale naprawdę się opłaca. A na końcu fiordu czeka deser: średniowieczne miasteczko Kotor wpisane na światową listę UNESCO. Warto się w nim zatrzymać na kolację. Wcześniej jednak koniecznie trzeba skręcić do zapomnianego przez Boga i ludzi Perastu. W mieście mieszka niewiele ponad sto osób. Więcej niż połowa trzystuletnich domów jest opuszczona. Miasteczko ma przez to niezapomniany, dekadencki klimat. Można zjeść coś z owoców morza w jedynej knajpie, która betonowym pomostem wbija się w morze, i popatrzeć na zachód słońca nad górami. A potem do auta i w długą! - od najbliższych noclegów dzieli nas kilkadziesiąt kilometrów, a po zajściu słońca w Czarnogórze momentalnie robi się ciemno.

Rakiję się sączy

Nasz pierwszy gospodarz w Republice Czarnogóry miał na imię Ernesto. Za nocleg 200 m od morza płaciliśmy 8 euro. Miało być 5, ale cena urosła nagle, jak późną nocą stanęliśmy w progu i widać było, że z całą pewnością nie będziemy mieli siły się stamtąd ruszyć. To nie jedyny trik, jaki znają Czarnogórcy. Cena noclegu potrafi urosnąć przez noc o ponad 100 proc. - Źle mnie zrozumiałeś - powie właściciel, kiedy przyjdzie do płacenia. Jak sobie radzić? Nie zostawiać paszportu. Jedni się zgodzą, inni będą kręcić nosem i wyciągać jakieś przepisy, ponoć wymyślone jeszcze przez marszałka Tito. Tak czy owak z paszportem się nie rozstawaj, bo jeśli trafisz na cwaniaka - ma cię w garści. Kiedy już zdążyliśmy znielubić Ernesta, pokazał nam się od zupełnie innej strony. Następnego dnia rano czekał na nas na ganku. Jego żona zaparzyła kawę - mocniejszą niż espresso, tu wszyscy taką piją. A gospodarz z dumą wyciągnął z torby owiniętą papierem butelkę. - Rakija, loza - powiedział, a na jego twarzy malowała się duma z dobrze wydestylowanego trunku. Loza na całych Bałkanach oznacza śliwę. Ernesto sam pędził ten napitek. Bez słowa wyciągnął z kieszeni kieliszki, otworzył butelkę i nalał nam po maluchu. Michał łapczywie wypił cały kieliszek. Tradycyjnie, po polsku. Ernesto, lokalny znawca i degustator, popatrzył na niego ze wzgardą, po czym tylko zamoczył usta. Wypicie pięćdziesiątki tym tempem może zająć godzinę. Loza Ernesta miała mocny smak i świetnie orzeźwiała. Nie mieliśmy jednak czasu, żeby z nim sączyć kolejne kieliszki. Czekał nas ciąg dalszy czarnogórskiego Primorja, a jeszcze tego samego dnia chcieliśmy ruszyć w góry.

Minister Finansów Dżon

Pożegnaliśmy Ernesta i ruszyliśmy w kierunku miasta Bar, a stamtąd do jego historycznej części - Starego Baru. Po drodze mignął nam najdroższy hotel w Europie - wyspa Święty Stefan. Ta dawna osada rybacka jest dziś odwiedzana przez najbogatszych ludzi świata. Miejscowi licytują się, czyją twarz widzieli zza ciemnych szyb limuzyny. - Paris Hilton - krzyczy jeden. - David Beckham - woła drugi. Świętego Stefana chętnie odwiedza też Sophia Loren. Znaleźć Stary Bar nie jest łatwo. Znaki są do bani i zamiast na wzgórzu, gdzie wznosi się miasto, lądujemy dokładnie z drugiej strony. Droga wąska, a samochodów sporo, więc co chwila muszę cofać, żeby się z nikim nie zderzyć. W końcu jakimś cudem udaje nam się dotrzeć. Odludzie takie, że wrony zawracają. Zamiast kościołów - meczet, bo sporo tu Albańczyków. Do tego kilka sklepów, knajpa i kulejący pies. Wspinamy się ku ruinom, aż nagle - niespodzianka. Przecieramy ze zdumienia oczy. Nad jednym z budynków wisi polska flaga, a pod nią napis: polskie biuro turystyczne. W naszym kierunku zaś biegnie wąsaty facet i z daleka krzyczy: Dzień dobry, jestem Dżon! Amerykanin w środku Czarnogóry mówi do mnie po polsku? Pomyślałem, że mam gorączkę. Za chwilę jednak wszystko się wyjaśniło - Nie Amerykanin, tylko Albańczyk - śmieje się wąsacz. Ma na imię Djoni, a nie John. Ale wymawia się tak samo. Djoni nauczył się polskiego ponad 20 lat temu. Pływał wtedy jako marynarz po całym świecie, również do Polski. W jednej z knajp w Szczecinie zawróciła mu w głowie piękna, długonoga studentka medycyny. Byli parą osiem lat. Rozstali się, jak Djoni przestał pływać. - W Jugosławii znajomość polskiego bardzo się przydała. Sprzedawałem dolary Polakom, którzy przyjeżdżali na handel. Mówili na mnie minister finansów - śmieje się Djoni. Pod koniec lat 80. wpadł na pomysł, żeby sprowadzać Polaków jako turystów. - Wojna wszystko zepsuła - mówi. - Dopiero teraz wraca koniunktura. W tym roku przyjedzie z moim biurem 8 tysięcy Polaków. Djoni zaprasza nas na grilla - z wycieczki z Polakami przywiózł całe wiadro morskich ryb. Sam je przyrządził i przyprawił. Wcinamy, aż nam się uszy trzęsą, a Djoni zachwyca się, że w niepodległej Czarnogórze wszystko będzie lepsze. - Biznes będzie łatwiej zrobić. Policja się zmieni i urzędnicy, i nauczyciele. I będzie mógł każdy przyjechać, kupić tu ziemię i zamieszkać. A może ty chcesz kupić? - Djoni chwyta mnie za rękę i zanim coś powiem, prowadzi za swój dom. Jest stąd piękny widok na stare miasto, góry i Adriatyk. - 10 tysięcy metrów, 60 oliwek, niektóre mają po 200 lat - zachwala. Ziemia rzeczywiście piękna, szkoda tylko, że niemal pionowa. - Ale są trzy miejsca, żeby postawić dom. To jak, nie chcesz kupić? Do oddania po 4 euro za metr.

Mistrz rakii

Następnego dnia Djoni prowadzi mnie do swojego przyjaciela. Tomo Malević to lokalny rzeźbiarz i kolekcjoner osobliwości, ale przede wszystkim - najznamienitszy w okolicy producent domowej rakii, czyli Mistrz Samogonu! W kraju, gdzie prawie każdy coś pędzi, to duży komplement. Tomo z dumą prowadzi nas na zaplecze swojej pracowni rzeźbiarskiej. Jego tajemnica to sprzęt: używa starych drewnianych beczek po pradziadku. Ile mogą mieć lat? Nie wiadomo, może ze dwieście. - Rakija ze starej beczki ma własny charakter - tłumaczy Tomo. Niestety, niedawno jedna z nich zaczęła cieknąć i trzeba ją było wymienić na plastikową. - To już nie to samo - krzywi się Tomo, ale beczki załatać nie sposób.Oryginalny jest też kocioł, może jeszcze starszy niż beczki. - Rakiję można zrobić ze wszystkiego - opowiada Tomo. - Z kiwi, jabłka, gruszki, pomarańczy, cytryny. Ale najlepsza jest śliwkowa, więc mało kto bierze się za inne owoce. Tomo jednak lubi urozmaicenia. Do rakii często dodaje różne zioła. - Metodą prób i błędów doszedłem, że najlepsza wychodzi z rozmarynu - opowiada Tomo, a na stole ląduje kryształowa karafka z zielonkawym płynem. Próbujemy. Świetna.- Nieźle smakuje też rakija z leśnych ziół - ciągnie producent, a na stole pojawia się kolejna karafka. Zioła nadają jej nieco gorzki smak. Smakuje oryginalnie, trochę jak Jägermeister i inne nalewki myśliwskie. Bardziej smakowała mi ta z rozmarynem.Rakiję robi się podobnie jak wino. Najpierw w wielkiej kadzi owoce muszą sfermentować, zwykle w ciągu dwóch tygodni. Wtedy lądują w kotle, nad ogniskiem. Cienka rurka łączy ją z drugą beczką, gdzie po niecałej godzinie zaczyna kapać. - Musi kapać powoli, kap, kap, kap - tłumaczy Tomo. Przypomina mi się, jak Balcerek z filmu "Alternatywy 4" opowiadał o produkcji bimbru. - Można zaprawić ją spirytusem, żeby była mocniejsza - dodaje Tomo. - Ja wolę wystawić owoce na dłuższą fermentację.Na koniec Tomo daje nam spróbować zwykłej lozy, czyli rakii ze śliwek. I tu czuć rękę mistrza. To nie pierwsza loza, jakiej próbuję, ale ma mniej goryczy i dużo lepiej rozlewa się po gardle niż poprzednie. Gotów jestem kupić cały zapas, ale Tomo uśmiecha się szeroko. - Prawdziwa rakija nie jest na sprzedaż, ale żeby ją pić z przyjaciółmi - mówi i wręcza mi flaszkę rozmarynówki.

Papierosy z Albanii

Jezioro Szkoderskie to malowniczy akwen położony między Czarnogórą i Albanią. Do żeglowania się nie nadaje, bo słabo wieje. W dzień jezioro jest więc puste, gdzieniegdzie tylko snują się turystyczne stateczki. - Wszystko zaczyna się nocą - opowiada Dino, który mieszka niedaleko jeziora. - "Buuu, buuu, buuu", słyszysz silniki. Jeden za drugim. Przemytnicy. Setki ich tak pływają. Ale to nie są niebezpieczni ludzie. Oni tylko zarabiają na swoje rodziny.Żeby nie być gołosłownym, Dino wyciąga karton albańskich fajek. Chce mi go sprzedać za 5 euro. Mówi, że zna jednego właściciela łodzi. Dziękuję mu uprzejmie. Już czarnogórski tytoń przyprawił mnie o mdłości. Myśl, że mam się zmierzyć z czymś tańszym, więc pewnie gorszym, zwala mnie z nóg. - Dino? Toż to największy przemytnik we wsi! - śmieją się ludzie w przydrożnym zajeździe kilka kilometrów dalej. - On nie wozi fajek, tylko broń. Mam od niego granat - chwali się właściciel i już nie wiem, czy ze mnie kpi, czy nie.Może mówić prawdę, bo broń w Czarnogórze nie jest żadną osobliwością. W górach pistolet, częściej starszy niż nowszy, ma prawie każdy mężczyzna. A że Czarnogórcy są krewcy i uparci, czasem trudno z nimi polemizować. Ominęliśmy jezioro i wjechaliśmy na równinę, na której leży Podgorica - stolica młodego kraju. Miasto zupełnie niewarte uwagi, choć widać zabiegi, by to zmienić - główna ulica zamieniona w deptak to strzał w dziesiątkę. Na razie jednak głównym powodem dumy podgoriczan jest Vranac, jedyne czarnogórskie wino robione właśnie tutaj. Okolice są dobrze nasłonecznione, więc winogrona mają tu największe i najlepsze. Czuć to w każdym jednym łyku Vranaca, warto więc zaopatrzyć się w kilka butelek.

Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz

Kanion Tary to największy wąwóz w Europie i drugi - po Colorado - na świecie. Zaczyna się zaraz za Podgoricą. Od kilku lat można tu spędzić weekend na raftingu - spływie pontonem. Musi to być niezapomniane przeżycie: pionowe ściany skał mają czasem ponad kilometr wysokości. My, z braku czasu, podziwiamy go wyłącznie z okien samochodu. Jazda po czarnogórskich drogach to mistrzostwo świata. Już pierwszego dnia czułem się jak Kubica, a po trzech kolejnych - jak Schumacher. Główne szosy są lepsze od polskich. Schody zaczynają się, gdy zjedziemy w bok. Droga gwałtownie się zwęża, znika asfalt, a dziury często bywają głębokie na metr. Minięcie się z kimś z naprzeciwka jest nie lada wyzwaniem. Ale to też okazja, by kogoś poznać. W górach Dormitoru jechaliśmy szrotówką, prawie 2 tys. metrów nad poziomem morza. Z gór spływał topniejący śnieg, a z naprzeciwka jechała ciężarówka. Przytuliłem się maksymalnie do zbocza, ale kierowca pokazał mi, żebym wysiadł. Myślałem, że boi się przepaści i że będę się musiał trochę cofnąć. On jednak chciał tylko pogadać. Zapytał o papierosy, poczęstował piwem i z zimną krwią przejechał centymetry od pionowej ściany w dół. Czarnogórscy kierowcy znają więcej takich zabaw. Ulubiona? Wyjeżdżanie z podporządkowanej. Nikt nie czeka, aż przejedzie reszta aut. Problem ma ten, kto musi hamować. Inną popularną zabawą jest jazda bez rejestracji. Nie wiem, jak to możliwe, ale jeden na pięć samochodów nie miał jednej, a co dziesiąty - obu tablic. Bardzo popularne jest też trąbienie bez powodu. Również o czarnogórskiej drogówce krążą legendy. Podobno zawsze znajdą powód, żeby wlepić ci mandat albo - jeszcze lepiej - wyłudzić łapówkę. A że za wszystko płaci się w euro, lepiej nie wozić pieniędzy w samych setkach. Policjant raczej nie będzie miał reszty.

Czarnogóra. Pożegnanie

Granica Czarnogóry z Bośnią wygląda bardziej jak zapora dla krów niż jak przejście graniczne. Ostatnie kilometry drogi to już koszmar. Nie da się jechać więcej niż 10 km na godz. W końcu stempel - czerwone Punto opuszcza Czarnogórę i bierze kurs na Dubrownik. W bagażniku kołacze kilka butelek Vranaca, Nika, rozmarynówka od Tomo i kilka innych kupionych po drodze specjałów. A w głowach myśl, że jak na kraj wielkości połowy Mazowsza, to Czarnogóra ma wyjątkowo dużo do zaoferowania. Warto tu wrócić, zanim inni się dowiedzą i zanim zrobi się tam tłoczno jak w Chorwacji.

Czarnogóra - to trzeba zobaczyć:

Bokę Kotorską, zatokę z jedynym na południu Europy fiordem, z malowniczymi miastami Perast i Kotor; góry Dormitoru; stare miasto w Barze i oryginalną knajpkę zaraz za biurem Djonego - polecam nadziewane papryczki; Ulcinj, miasto o orientalnym klimacie (80% mieszkańców to muzułmanie, można skosztować ciekawych potraw i posłuchać innej muzyki); wyspę Święty Stefan - włazić tam nie warto (7 euro), ale na pewno trzeba popatrzeć na nią z góry; kanion Tary, najlepiej oglądać go z perspektywy pontonu; monastyr Ostrog z pięknie zachowanymi malowidłami; Jezioro Szkoderskie i trasy wokół niego - dla miłośników ornitologii.

Czarnogóra - ile co kosztuje?

Nocleg: 8-15 euro; przy dłuższym pobycie od 5 euro za noc- hot dog: 70 centów- wypożyczenie fiata Punto: 40 euro za dzień- mandat za przekroczenie prędkości o 20 km/h w terenie zabudowanym: 100 euro (podobno można się targować)- litr benzyny bezołowiowej 95: 1,08 euro- rafting w kanionie Tary: 65 euro za 2 dni z wyżywieniem- wycieczka do Tirany z biurem Djona: 35 euro- metr kwadratowy ziemi pod budowę nad Adriatykiem: od 4 euro- przejazd na karuzeli łańcuchowej: 0,50 euro- sok z borówek: 1 euro za litr

To, co w Czarnogórze najlepsze: Rakija ziołowa o kuszącej nazwie Travka - 5,20 euro; Kruna - 50-procentowa królowa lokalnych alkoholi - 13 euro (bez ozdobnego kartonika - 11,30); Piwo Nikszickie 0,5 - 0,60 euro; czerwone wino Vranac - 2 euro; słynny Nik Gold, niemal 100 lat temu nagrodzony w Paryżu - 0,60 euro.

Więcej podobnych tekstów znajdziesz w serwisie Logo24