Maroko - piach, wino i baranie łby

Maroko to kręte serpentyny górskich szos, bezkresne piaski, rozhuśtane pod niebo fale oceanu, kitesurferzy i zakapturzone postacie w labiryntach arabskich medin. I ten niesamowity zapach aromatycznych przypraw.
David Lynch ze swoim budzącym grozę filmem "Zagubiona autostrada" mógłby się schować. Słynny kadr z uciekającymi w pędzie po jezdni żółtymi liniami to nic w porównaniu z niesamowitą drogą, jaką mkniemy po marokańskich bezkresach. Drogą wdzierającą się pustynię, przez pustynię przecinającą Afrykę, z księżycem wielkości Jowisza za oknem i niebem upstrzonym gwiazdami. Przed nami Sahara - królowa wśród pustyń globu.

Rozklekotany autobus, jeszcze ciepły od żaru zakończonego już dnia, coraz trudniej odnajduje drogę. Pobocza są zasypane piaskiem, piasek wdziera się wszędzie, zatyka podwozia, ślizgają się na nim opony, jeszcze chwila, a jezdni w ogóle nie będzie widać. Łachy saharyjskiego piasku zaczynają się niebezpiecznie piętrzyć, pustynny wiatr dmie coraz mocniej, za zakurzonym oknem spokój pustynnej nocy staje się coraz mniej przewidywalny. - Boże, co my tu robimy? - pytamy się nawzajem, a dzielnie przedzierający się przez północną Afrykę autobus mija zaniedbaną tabliczkę z napisem "M'Hamid".

M'Hamid to miejsce, w którym diabeł mówi dobranoc. A Maroko to kraj, w którym dojechać do M'Hamid to już nie lada wyzwanie. Trzeba się wybrać z Marrakeszu do sparzonego słońcem miasta Warzazat, stamtąd do hałaśliwej mieściny o niesamowitej nazwie Agdz (pomarańczowe domy przykryte kilkoma warstwami dywanów), następnie do ukrytej wśród plantacji palm Zakury, by dopiero stamtąd wyruszyć na podbój M'Hamid i biegnących aż pod terytorium Algierii piasków. Wszystko autobusami (czasem wraz z kozami), taksówkami (tzw. grands taxis, mercedesy o niezniszczalnym charakterze) lub wynajętym samochodem (tam, gdzie się wybieramy, lepiej nie zagubić drogi).

M'Hamid to miejsce, w którym diabeł mówi dobranoc. A Maroko to kraj, w którym dojechać do M'Hamid to już nie lada wyzwanie. Trzeba się wybrać z Marrakeszu do sparzonego słońcem miasta Warzazat, stamtąd do hałaśliwej mieściny o niesamowitej nazwie Agdz (pomarańczowe domy przykryte kilkoma warstwami dywanów), następnie do ukrytej wśród plantacji palm Zakury, by dopiero stamtąd wyruszyć na podbój M'Hamid i biegnących aż pod terytorium Algierii piasków. Wszystko autobusami (czasem wraz z kozami), taksówkami (tzw. grands taxis, mercedesy o niezniszczalnym charakterze) lub wynajętym samochodem (tam, gdzie się wybieramy, lepiej nie zagubić drogi).

Jesteśmy niedaleko granicy algierskiej. Rzadko docierają tu turyści. Większość tych, którzy marzą o pustyni, jedzie do słynnej Marzuki, gdzie za kilka euro można wsiąść na wielbłąda, a pan w kolorowej szatce pstryknie fotkę na tle najwyższych w Maroku wydm. My wybraliśmy M'Hamid - nocą podróżujemy tu przez niemalże księżycowy krajobraz. Żadnych domów, świateł, odgłosów miasta, wszechobecnego w innych miejscach handlu czy dobijania targów. Jesteśmy tylko my i cisza. Oraz totalnie "zagubiona autostrada", która znika pokonana przez agresywny piasek.

Namiot z wielbłądziej skóry

Stąd drogę na pustynię zna tylko Said, prywatny kierowca, którego wraz z trzęsącym się, pordzewiałym renault 5 wynajmujemy w opustoszałym M'Hamid. Chcemy, musimy, dojechać dalej za wszelką cenę. Przynajmniej na skraj bezkresnej Sahary. Said ma nas przenocować w namiocie z koców i wielbłądziej skóry, nakarmić znakomitym marokańskim tadżinem (duszone mięso z jarzynami, ziemniakami i ostrą przyprawą podawane w specjalnym glinianym naczyniu o kształcie butelki z duchem dżina), zaś rankiem powieźć wielbłądami w głąb niekończącej się Sahary. I choć zanim znajdziemy się (po godzinie ślizgania się renówką po piasku z prędkością nawet 80 km/h) w obozie Saida, będziemy mieli chwile zwątpienia, nasz przewodnik okaże się słownym, uczciwym i tanim organizatorem przygody.

Atak na wydmy przypuścimy rano. Na razie śpimy w zesztywniałym od zimna namiocie, nad nami rozlewają się miliony gwiazd, w oddali grupa Berberów rozpala ogień, gra na bębenkach, pali marokańskie zioło, tańczy wokół ogniska. Dołączamy do nich. Wszystko to, wliczając też wspaniałą "tadżinową" kolację oraz poranne bujanie się wielbłądem, kosztuje ledwie... 30 euro od głowy. W obozie tylko Berberowie i my, nie licząc francuskiego małżeństwa epoki "posthippie" wraz z synem, którzy chyba saharyjskiemu ziołu zawdzięczają rozweselający zanik świadomości podczas berberyjskiego koncertu. Może i dobrze? Zadowoleni wsiadamy później na jednogarbne wielbłądy i w rozdzierającym zimnie poranka podziwiamy rozkwitające nad Saharą słońce.

Jest przełom listopada i grudnia. W Polsce o tej porze siąpi deszcz lub sypie śnieg, wieje porywisty wiatr, snują się mgły, ludzie chodzą w kożuchach i ciepłych kurtkach. W Maroku (oczywiście w dzień) panuje iście wakacyjna pogoda. Około 25 stopni, mnóstwo słońca, czasem wręcz skwaru, mało cienia, choć miejscowi w tradycyjnych arabskich dżellabach z kapturami zdają się nosić nieco cieplejsze ciuszki niż w oszałamiająco upalnym czerwcu czy lipcu. Maroko to dla Polaka kraj gorący, choć w świadomości mieszkańców Afryki dość... chłodny (tych, którzy mają porównanie z Senegalem, Nigerią czy Kenią, nie powinno to dziwić).

Osioł na plecaki

Maroko to również góry, fantastyczne, nazywane Atlasem Wysokim, na cześć mitologicznego tytana dźwigającego ciężkie sklepienie niebieskie. Atlas to niesamowite przestrzenie zmieniających się górskich kolorów (od zieleni przez granat i żółć po szarość), górskich faktur (od nakrapianych iglastymi krzewami wzgórz po ostre, wdzierające się w chmury skały), górskich zabudowań (rozsypujące się ze starości pasterskie chatki i wbite w skały, zadymione od pary skalne bary dla kierowców).

Jazda samochodem to jedna z najbardziej ekscytujących rzeczy w tym kraju. Kręte, choć nieźle utrzymane drogi Atlasu to spore wyzwanie - kierowca naszej grand taxi zna tu na pamięć każdy zakręt - tak się przynajmniej pocieszamy, gdy kolejne serpentyny pokonuje z budzącą grozę szybkością. Podczas wielogodzinnej jazdy często stajemy w przydrożnych barach. Jest ich tu pełno. Właśnie w takich miejscach, wśród ubranych w wielobarwne kapturki mężczyzn (kierowców grands taxis i autobusów oraz zwykłych podróżnych) jemy tadżin lub ciepłe placki polane słodkim tłuszczem, popijając je miętową herbatą, laną do szklanki z dużej wysokości dla uzyskania odpowiedniej piany. Zielona herbata z liśćmi mięty to narodowy napój nie tylko Marokańczyków, ale w ogóle Arabów pod wieloma szerokościami geograficznymi świata. Orzeźwiającą, choć ciepłą miętową herbatę pijesz, dobijając targu z handlarzami na suku, podczas popołudniowej sjesty w upalnym słońcu, romantycznego wieczora w wyłożonej dywanami kafejce, przy sziszy z tytoniem w aromatycznym dymie, ale też idąc przez góry Atlas, po których nasze bagaże dźwiga osiołek.

Osiołka, jeśli chcesz przejść przez góry jak zaprawiony turysta, ale bez konieczności noszenia plecaków, możesz zakupić na jednym z setek podgórskich suków. Kosztuje niewiele, na dodatek można go potem odsprzedać. Jest grzeczny i posłuszny, nawet spory ciężar nie sprawia mu trudności. Nie ucieka, karnie schodzi z gór po osiągnięciu celu i bez szemrania daje się sprzedać za podobną kwotę po tamtej stronie gór. Między transakcjami w towarzystwie swego parzystokopytnego partnera, możesz podziwiać zapierające dech widoki.

Wielkie taksówki

Grands taxis to 6-osobowe stare mercedesy. Odjeżdżają, gdy zbierze się komplet pasażerów. Kto chce podróżować w dwie, trzy osoby, płaci podwójnie. Kto woli oszczędzać, musi się mocno przytulać do współpasażerów: dwie osoby jadą obok kierowcy, cztery z tyłu. - Warzazat! Marrakesz! - drą się kierowcy tych rozklekotanych limuzyn, informując o celu podróży. Potem upychają podróżnych i ich bagaże. Po kilku kilometrach nieznający się wcześniej pasażerowie zaczynają się częstować bananami, cukierkami, zapraszać do domów, opowiadać o swoim życiu.

Osobny temat to komunikacja publiczna. Autobusy, średnio trzy razy tańsze niż taxi, odjeżdżają o świcie. W miarę punktualnie - to znaczy z kilkudziesięciominutowym opóźnieniem. Na dworcach trzeba uważać na naciągaczy.

Baranie łby na kolację

Sercem Maroka jest Marrakesz, głową - Fez oraz Tanger z Tetuanem. Kraj ma też dwoje ramion: prawe (pustynia oraz zamknięta z powodów politycznych granica z Algierią) oraz lewe (Casablanca, stolica Rabat, Agadir, portowa As-Suwajra). Romantykom odradzamy wizytę w Casablance. Uwiecznione w kadrach słynnego filmu z Humphreyem Bogartem miasto to przemysłowe miasto zakazanych portowych dzielnic z lekko podejrzanymi tawernami.. Rozpalony słońcem Agadir (najbardziej południowe z wielkich miast Maroka) jest z kolei mekką ceniących masowy wypoczynek turystów. Ma plaże, palmy, hotele, dobre bary i sporo atrakcji, jak rajdy terenówkami po okolicznych piaskach czy wypady na arabskie suki (bez robaczywych myśli proszę, chodzi o odwiedziny na przebogatych w towary marokańskich bazarach). Wreszcie Fez na północy - pogrążone w zadumie nad swą uniwersytecką przeszłością miasto (Arabowie zadziwiali stąd średniowieczny świat znajomością astronomii czy matematyki), teraz jeden z głównych ośrodków handlu, również narkotykowego (głównie "kifem", czyli konopiami, które uprawia się w górach).

Kwintesencją Maroka jest pomarańczowo-różowy Marrakesz, w którym równie łatwo można się zakochać, jak i go przekląć. Po raz pierwszy przyjechaliśmy tu w zamglony jesienny wieczór. By znaleźć nasz ukryty w gąszczu mediny hotel, błądziliśmy kilka godzin labiryntem wąskich ulic, po których jedynie od czasu do czasu przemykały zakapturzone postacie. Marrakesz wydał nam się kompletnie nierealny. Egzotykę potęgował nocny spacer na słynny plac Dżemaa El Fna, wypełniony oświetlonymi oliwnymi lampami stołami uginającymi się pod baranimi łbami - szczerze mówiąc zabrakło nam odwagi, by ich spróbować.

Za dnia w mieście denerwują natarczywe próby naciągactwa, żebraniny, wyłudzania i oszukiwania przybysza z zewnątrz. To jednak, zwłaszcza dla mężczyzny, świetna okazja do ćwiczenia asertywności, szybkiej negocjacji oraz reakcji na próby wpuszczenia w maliny. Po targowaniu się na suku (ceny przy umiejętnych podchodach mogą spaść o 80 proc.) i po opędzeniu się od sprytniejszych od nas tutejszych dzieci warto pójść na szklaneczkę... pysznego soku pomarańczowego (wyciskanego z marokańskich pomarańczy, z miąższem, bez rozcieńczania wodą, wlewanego do szklanki na oczach oblizującego się klienta). Tak dobrego nie wypijesz nigdzie w świecie!

Raj w starofrancuskim stylu

Jeśli chcesz doświadczyć nieśpiesznie płynącego czasu w całej jego hedonistycznej krasie, a jednocześnie poczuć sporą dawkę adrenaliny - jedź do As-Suwajry (fr. Essaouira) - pięknego, położonego nad Atlantykiem portowego miasta w starofrancuskim stylu. My mieliśmy tu zostać dzień, dwa, a potem pojechać "w dół" w stronę Mauretanii. Nic z tego - zanurzyliśmy się w mieście na prawie dwa tygodnie. As-Suwajra to istny raj na ziemi. Marokańsko-francuski miks. Z jednej strony stara arabska medyna, której główna ulica spływa czasem błotem, z drugiej - elegancki plac z francuskimi księgarniami i wyrafinowanymi kafejkami wypełnionymi stałymi bywalcami (dredy na głowie, kawa latte na stoliku, książka obok talerza).

W strzeżonym przez potężny bastion porcie godzinami pstrykamy zdjęcia arabskim kutrom przybijającym z połowu, zakwefionym kobietom sprzedającym sardynki, krzyczącym mewom o śnieżnobiałych skrzydłach, skałom sterczącym z brzegu. Jemy ryby i owoce morza, które na ruszt portowych restauracji trafiają prosto z rybackich kutrów. Do tego słońce, oślepiające niezwykłym światłem, w blasku którego można - oprócz chłonięcia leniwie cieknącego czasu w kafejkach otoczonej murami starej medyny -szaleć na desce surfingowej. Okolice As-Suwajry to dla amatorów wodnych sportów jeden z lepszych adresów w świecie. Żeglarze na deskach są tu wszędzie. A że plaże urzekają piaskiem, a wodę smaga idealny wiatr, te rejony Maroka odwiedzane są przez masy, głównie francuskojęzycznych pływaków.

Islamskie wino

- Chcecie trochę wina? - pyta kelner jednej z uroczych restauracyjek w As-Suwajrze. - Można? - pytamy, zdumieni, bo w w końcu jesteśmy w muzułmańskim kraju. - Wszystko można - odpowiada kelner i z uśmiechem leje do kieliszków różowe wino z okolic Meknesu. Drogie, średnie, choć spragnionym wina przybyszom z cywilizacji pijącej smakuje bosko i powoduje, że jeden z największych mitów o Maroku (kraj islamski, a skoro islamski, to sztywny, a skoro sztywny, to pewnie nieprzyjazny przybyszom, a na dodatek bez wina) okazuje się fałszem. Wino można też kupić w większości restauracji hotelowych, w nadmorskich miejscowościach w knajpach przy plaży, nawet w hipermarkecie. Kto nie chce się mierzyć z kitesurfingiem, może pocieszyć się jednym z happy cakes. Wciskają je na siłę wędrowni sprzedawcy. Mają poprawiać nastrój. Skuteczniej działa słońce.

Maroko to jeden z tych krajów, do którego można wracać w nieskończoność. Długo po powrocie do domu masz w głowie zapach przypraw, krzyki mew, nawoływania muezinów, wieże minaretów, tanie spaliny, widok skalistych gór z niekończącymi się widowiskowymi serpentynami. I poczucie, że za rok fajnie byłoby znów wylądować na lotnisku w Marrakeszu. A potem ruszyć dalej. Niekoniecznie do luksusowych hoteli-wieżowców w Agadirze, raczej do jakiegoś starego, uroczego, arabskiego pensjonatu w As-Suwajrze. A potem "w dół" na Saharę Zachodnią, aż do granicy z Mauretanią. Albo "w górę" do Tangeru, gdzie dawne hotele, banki i bary pokolenia bitników popadają w ruinę podobno najpiękniej na świecie.

Jak i za ile?

Maroko to kraj dość tani. Rezerwując przez internet nocleg można poza sezonem znaleźć pokój w eleganckim riadzie (rodzaj tradycyjnego, często ukrytego w głębi medyny hotelu z wewnętrznym patio) za 40-50 euro za noc. Na miejscu luksus w orientalnym stylu można ustrzelić jeszcze taniej. Za hotel w As-Suwajrze z widokiem na ocean płaciliśmy 30 euro za noc. W cenie wliczone było pyszne śniadanie na tarasie - zawsze ze świeżymi bułkami i wyciskanym na naszych oczach sokiem pomarańczowym.

Dolecieć do Maroka też można niedrogo, bo choć kraj nie należy do Unii Europejskiej latają tam tanie linie Ryanair czy easyJet. Z Krakowa za lot w obie strony z przesiadką np. w Mediolanie udawało nam się wyszukać połączenia za ok. 250 zł. Jeszcze ceny tego, bez czego trudno sobie wyobrazić Maroko: tadżin 3-8 euro, sok pomarańczowy najwyżej pół euro. Do Maroka Polacy nie potrzebują wizy, przyzwyczajeni do latania po Europie na dowód osobisty muszą tylko pamiętać, by zabrać paszport.

Więcej podobnych tekstów znajdziesz w Logo24