Mongolia. Tydzień w stepie

?Zamiast odpoczywać, siedząc, odpoczywaj, chodząc? - mówi stare mongolskie przysłowie
Do Mongolii najlepiej pojechać w pierwszej połowie lipca, kiedy jest ciepło i w miarę sucho. Poza tym to jedyna możliwość obejrzenia Naadam, trwającego trzy dni narodowego święta. Naadam znaczy zabawa, a Mongołowie potrafią się bawić. Najczęściej wznosi się toast: "Za celne oko strzelca, szybkiego konia i silne ramię zapaśnika". Po obejrzeniu wyścigów konnych, zapasów i strzelania z łuków (trzy narodowe sporty) i zwiedzeniu Ułan Bator wyruszyliśmy w podróż po tym niezwykłym kraju dwoma samochodami: busem rosyjskim i terenowym koreańskim. Kierunek - zachód, droga na Ovor-Hangai.

Asfalt skończył się po 70 km, jedziemy więc po szlakach wyjeżdżonych w stepie przez inne auta. Nie ma oznakowań, numerów dróg, drogowskazów, GPS. Podczas siedmiodniowej podróży auto psuło się cztery razy, ale kierowca sprawnie usuwał awarie, i po 30 min jechaliśmy dalej. Doskonale orientował się też w bezdrożach swego rozległego kraju, znał miejsca, w których można zatrzymać się na nocleg lub na posiłek.

Wypad na pustynię Gobi

Wokół szeroki, bezkresny step, pagórki porośnięte trawą. Niesamowite wrażenie nieograniczonej przestrzeni i wolności. W oddali widać małe białe punkty - to jurty. Jeszcze mniejsze, ale dużo liczniejsze punkciki to owce i kozy pasące się na łąkach. Na myśl przychodzi mongolskie przysłowie: "Ten, kto ma przyjaciół, jest jak step rozległy, kto ich nie ma, jest jak dłoń mały".

Po 5 godz. - Camp Bayan Gobi, 270 km od stolicy, na skraju pustyni. Do dyspozycji mamy jurty z łóżkami i piecykiem, pościel i koce (dobrze mieć śpiwór). Jest prysznic z ciepłą wodą, toalety i umywalki. Dostajemy też gorącą wodę w termosach. Stołówka w olbrzymiej jurcie, jedzenie w stylu europejskim - gulasz wołowy, ziemniaki, surówka. Można zamówić palenie w piecyku w nocy (cena dla cudzoziemców 18 dol. za łóżko/noc, śniadanie i kolacja po 5 dol.). Wieczorem napływa rześkie powietrze, śpi się dobrze po wyczerpującym dniu w podróży.

Rano krótki wypad na pustynię Gobi. Mongołowie wyróżniają 31 rodzajów pustyni - m.in. piaszczystą, kamienistą, piaszczysto-kamienistą, piaszczystą z krzewami. W naszej okolicy jest piaszczysta, porośnięta niskimi krzewami. W niewielkiej karawanie jedziemy na wielbłądach w głąb pustyni. Po wycieczce krótki odpoczynek w kolejnym campie, o wyższym standardzie - Mongol Altai Farm, prowadzonym przez Koreańczyków.

Teraz na zachód, w kierunku Karakorum. Po przejechaniu 110 km zwiedzamy zespół świątyń buddyjskich, jedyne, co pozostało z dawnej stolicy Mongolii, założonej w 1220 r. przez Czyngis-chana. Wstępujemy do przydrożnego baru. Niestety, podobnie jak w innych miejscach na trasie - brak bieżącej wody, niezbędne okazują się żele antybakteryjne do mycia rąk. Jemy tradycyjne potrawy: huszuur (placki mączne z baraniną smażone w głębokim tłuszczu) i tsuwen (rodzaj makaronu, również z baraniną). Czekamy ponad 20 min, ale jedzenie jest gorące, świeżo przygotowane. Wzmocnieni, ruszamy w stronę gorących źródeł. Po drodze, z niemałą obawą, przekraczamy rzekę głębokości ok. 1 m. Na szczęście oba samochody przeszły próbę pomyślnie.

Pijemy wódkę Czyngis-chan

Krajobraz stopniowo się zmienia, pojawiają się lasy. Powietrze robi się chłodniejsze. W końcu jesteśmy na miejscu, w cudownie położonej dolinie, otoczonej pięknym iglastym lasem. Do wyboru mamy trzy campy - decydujemy się na Duut Resort, otwarty dwa miesiące temu. Można nocować w jurtach i w drewnianym budynku w stylu naszych górskich schronisk. Ale w tym ostatnim dwójka z łazienką kosztuje 160 dol. Pozostaje więc jurta z utargowaną ceną 22 dol. za łóżko, z możliwością korzystania z gorących źródeł i prysznica.

Palimy w piecu, pijemy wódkę Czyngis-chan, a potem biegniemy do gorących źródeł. Po chwili leżymy w kamiennym basenie wypełnionym gorącą wodą i patrzymy w cudownie rozgwieżdżone niebo. Wokół las, ciemność, cisza. Nie można wymarzyć sobie lepszego odpoczynku po trudach mongolskich bezdroży! - Najlepsze wakacje w życiu - mówi koleżanka siedząca obok.

Wspaniale odświeżeni, rano ruszamy do miasta Tsecerlek, stolicy ajmaku (odpowiednik naszego województwa), położonego na wysokości 2600 m n.p.m. Tu uzupełniamy zapasy. Na targu największe wrażenie robią plastikowe beczki z kumysem (sfermentowane mleko kobyle, smakuje podobnie jak kefir). Rowerzyści z Hiszpanii pytają o drogę do gorących źródeł. Pokazuję ręką kierunek i krzyczę: - Hola Contador! Cyklista uśmiecha się zdziwiony, że w górach Mongolii ktoś zna nazwisko sławnego hiszpańskiego kolarza, i z szacunkiem podaje mi rękę.

Zatrzymujemy się w barze, gdzie spotykamy koreańskich wędkarzy. Pytają, jak dotrzeć nad rzekę. Zaczynam wyjaśniać, że najlepiej jechać drogą nr 57, później zobaczą drogowskazy do miejsca pełnego ryb. Najpierw skrzętnie zapisują, później wszyscy wybuchamy śmiechem. No tak, przecież tu nie ma ani numerów dróg, ani drogowskazów! Po naradzie z naszym przewodnikiem pokazujemy kierunek, w jakim mają jechać, ale z miejsca, gdzie jesteśmy, nie prowadzi tam żadna droga.

Rezerwat Arkhangai

Do rezerwatu Arkhangai, głównego celu naszej podróży, docieramy wieczorem. Zatrzymujemy się w campie Maikhan Tolgoi (25 dol./łóżko, prysznic, ciepła woda) nad Wielkim Białym Jeziorem. Leży na wysokości 2060 m, ma 16 km długości i 4-10 szerokości. Woda jest przejrzysta i cudownie błękitna. Mieszkańcy opowiadają o ogromnych rybach żyjących w głębinach - wędkarze potwierdzają, że bez metalowego przyponu nie ma nawet co próbować, bo wielkie szczupaki i inne drapieżniki w mig przegryzają żyłkę. Jezioro otaczają góry, z najwyższym szczytem Horgiin. Można się tam natknąć na białą panterę - niezwykle rzadkiego kota z ogonem dłuższym niż całe ciało.

Nazajutrz musimy się przenieść - nie mieliśmy rezerwacji, więc nie ma dla nas miejsca, mimo że na terenie campu stoi około 20 jurt. Jest sporo turystów indywidualnych i grupa Kanadyjczyków, którzy rezerwowali noclegi kilka miesięcy wcześniej. Po objechaniu kilku okolicznych campów decydujemy się na nocleg u pasterzy (5 dol. za łóżko). Nie ma prysznica i umywalek, ale przekonuje nas życzliwość gospodarzy, którzy od razu zapraszają do jurty, częstują herbatą i gambirem, pysznym, słodkim plackiem z mąki.

Wreszcie zostajemy w jednym miejscu na trzy dni! Część grupy plażuje nad jeziorem. Można się kąpać, choć woda chłodniejsza niż w Bałtyku. Ja jadę na ryby - Mongolia to prawdziwy raj dla wędkarzy. Pierwszy raz jako przynęty używam konika polnego, jest ich tu pełno, wyskakują spod butów, gdy idziemy po stepie. Łowimy nad piękną, rwącą górską rzeką. Branie co kilka minut. Niestety, mamy zbyt delikatny sprzęt i część ryb się zrywa. Wyprawa kończy się jednak pełnym sukcesem - siatką lipieni wielkości 30-45 cm (moja żona złowiła pierwszą rybę w życiu!). Po zapadnięciu zmroku zasadzamy się jeszcze na lenoki. Łowimy na sztuczną przynętę własnej roboty z dwóch korków po winie i kotwiczki. Po kilkunastu rzutach mamy w siatce dwie ponadpółmetrowe sztuki. Ryby pięknie walczą, są niezwykle silne.

Wulkan Khorgo

Nazajutrz ruszamy konno w kierunku wygasłego wulkanu Khorgo, oddalonego od naszego obozu o kilka kilometrów. Drogi są tak kiepskie, że samochodem nie można jechać szybciej niż 10 km/godz., dlatego konie są najlepszym środkiem transportu. Dobra rada: należy wybierać siodła skórzane, a nie tradycyjne mongolskie z drewna. Są bardzo niewygodne i trudno się do nich przyzwyczaić - tylko Mongołowie potrafią na nich jeździć.

Po godzinie wjeżdżamy w bajkowy, księżycowy krajobraz. Wśród karłowatych drzewek leżą kawałki zastygłej lawy i wielkie kamienie przypominające węgiel - wyrzucił je z wielką siłą wulkan Horgiin Togoo ok. 6-8 tys. lat temu. Bazaltowych kamieni są tysiące. Dojeżdżamy do podnóża wulkanu, stąd można już tylko przemieszczać się pieszo. Po 20 min wspinaczki jesteśmy na szczycie, na 2240 m n.p.m. Widać stąd krater głęboki na 150 m i szeroki na 200 m. Siadamy na brzegu wulkanu i podziwiamy błękitną taflę olbrzymiego jeziora, góry, wulkaniczny krajobraz. Nad nami bezchmurne niebieskie niebo. Spotykamy też troje turystów z Polski, którzy przyjechali do Mongolii na motorach.

Wieczorem w obozowisku pasterze szykują ucztę - horhog. Do wielkiej metalowej bańki po mleku wrzucają kawałki barana (z wnętrznościami) i rozgrzane w ogniu otoczaki. Bańkę szczelnie zamykają i stawiają na ognisku. Po 2 godz. - gotowe. Mongołowie oprócz soli nie używają żadnych przypraw, więc można poczuć smak czystej baraniny. Szczególnym przysmakiem są białe kawałki tłuszczu, bez odrobiny mięsa.

Coraz więcej turystów

Kładziemy się spać późno w nocy. Jutro wracamy do Ułan Bator. Pokonanie ponad 800 km zajęło nam pełne dwa dni. Wracamy zmęczeni, zakurzeni i szczęśliwi. Choć nie głodowałem, schudłem prawie trzy kilo. To z pewnością zasługa dzikiego stepowego powietrza!

Mongolia otwiera się na zagraniczne inwestycje i turystów. Powstają nowe hotele, ośrodki, eleganckie jurty połączone z murowanymi toaletami. Niepokoi jednak to, że -podobnie jak inne kraje - Mongolię zaleją i rozdepczą zorganizowane grupy turystów pragnących eksplorować jej dziewiczą przyrodę. Przed takim najeźdźcą, przywożącym twardą walutę, nie obronią się nawet potomkowie Czyngis-chana. Kto chce zgubić się w szerokim stepie, poszukać miejsc, gdzie nie dotarł człowiek, i obcować z piękną przyrodą - niech się spieszy!

Warto wiedzieć

Noclegi w campach warto zarezerwować - telefony w przewodnikach.

Trzeba zabrać: śpiwór, antybakteryjny żel do mycia rąk, mokre chusteczki higieniczne, wielofunkcyjny nóż, leki na dolegliwości żołądkowe, repelenty.

Wynajęcie samochodu . Terenowy japoński lub koreański - ok. 120 dol./dzień, zabiera trzy osoby i bagaże, dodatkowo płatne paliwo i jedzenie dla kierowcy. Stary rosyjski bus - ok. 50 dol./dzień, 7-9 osób, bagaże. Jeśli auto się zepsuje lub zaleje w czasie przekraczania rzek, mamy poważny problem - jedyny serwis znajduje się w Ułan Bator. By się tam dodzwonić, trzeba dotrzeć w pobliże większego miasta, żeby złapać zasięg, potem czekać na pomoc - wszystko to może zająć kilka dni