Filipiny. Ryżowe tarasy i łowcy głów

Filipińscy rolnicy uwielbiają świętować - tylko z uprawą ryżu wiąże się dziewiętnaście ceremonii
Filipiny to archipelag 11 dużych wysp i ponad 7 tys. mniejszych (łącznie 300 780 km kw.) w południowo-zachodniej części Oceanu Spokojnego. Tylko 860 wysp jest stale zamieszkanych. Na największej z nich - Luzonie, 105 tys. km kw. - leży Manila, 10-milionowa stolica z międzynarodowym portem lotniczym. Filipiny to nie tylko duży, ale też bardzo urozmaicony geograficznie i kulturowo kraj, więc zwiedzenie najciekawszych miejsc musi zabrać sporo czasu.

Ja zacząłem od północnej części wyspy Luzon, by dotrzeć do górzystego rejonu Kordyliery Centralnej zamieszkanej przez kilka niezwykłych plemion.

Ryżowe tarasy

Opuszczając Manilę, wjechałem na rozległą równinę pól ryżowych, ograniczoną na horyzoncie górskim łańcuchem z charakterystycznym stożkiem wulkanu Pinatubo, który w 1991 r. pokonał amerykańską armię! Jego erupcja spowodowała paniczną ewakuację ludności i bazy wojskowej USA. Rolnicy jednak powrócili - wybuch wulkanu to nie tylko katastrofa, to również niezwykła okazja do użyźnienia ryżowych pól popiołem bogatym w składniki mineralne.

Ryż to główne zboże Filipin, a jego uprawa ma charakter niemal sakralny. Sadzenie jest morderczą pracą - w upale, po kolana w wodzie rojącej się od pasożytów, a czasem i węży, cały dzień z plecami wygiętymi w pałąk, by rozsadzić w równych rządkach tysiące sadzonek. Od tysiącleci jedynymi pomocnikami człowieka są tu bawoły wodne, które brodzą w płytkiej, mulistej wodzie z ciężkimi jarzmami na grzbietach, ciągnąc drewniane radła.

Po 200 km jazdy przez szerokie, ryżowe równiny droga zaczęła się wspinać na coraz wyższe pagóry Centralnej Kordyliery (najwyższy punkt góra Pulong liczy 2928 m). Dojechałem do Banaue, bramy do przepięknych ryżowych tarasów. Sztukę ich budowania przynieśli ze sobą przybysze z południowych Chin 2 tys. lat temu. Przez stulecia skrzętnej pracy stworzyli arcydzieło sztuki inżynieryjnej, zamieniając leśne zbocza gór w tysiące poletek wznoszących się kaskadowo, wzmocnionych przed osunięciem się kamiennymi murami oporowymi. Całość nawadnia przemyślny system niewielkich kanałów i śluz rozprowadzających wodę na coraz niższe poziomy. W 1995 r. ten działający nieprzerwanie przez wiele stuleci system UNESCO uznało za skarb kultury światowej.

Kolor tarasów zmienia się wraz z porami roku - od soczyście zielonego w czasie wzrostu sadzonek po żółtawy w porze zbioru. Widok tej krainy w porze sadzenia jest niezwykły! W spokojnych taflach wody odbija się błękit nieba, a wzgórza wyglądają tak, jakby niebo opadło na ziemię, tłukąc się na tysiące regularnych kawałków, które poukładały się jedne nad drugimi.

Filipińscy łowcy głów

Trudno uwierzyć, że ten krajobraz stworzyli ludzie, których ulubionym zajęciem pozarolniczym były wyprawy do sąsiednich wiosek, by "upolować" wrogich wojowników i odciąć im głowy, które triumfalnie zawieszali w swoich domostwach. Północne Filipiny są bowiem domem kilku plemion łowców głów, takich jak Ingorot, Ifugao, Kalinga. Zwyczaje te porzucono nie tak dawno - w muzeum w miasteczku Bontoc zachowały się fotografie wojowników transportujących bezgłowe ciała uwiązane do niesionych na ramionach drągów. Są także mosiężne gongi z umocowanymi na rzemieniach ludzkimi żuchwami - każda to jedna zdobyta głowa. W czasie rytualnego tańca wojownik potrząsał gongiem tak, aby żuchwy uderzały w instrument - im więcej żuchw, tym donośniejszy dźwięk i tym większa chwała zdobywcy. Wśród plemion Kalinga powszechny był jeszcze bardziej makabryczny zwyczaj - obcięte głowy preparowano, suszono, a ruszający na wyprawę wojenną wojownicy wieszali je sobie na specjalnym pasie! Im więcej dyndających trofeów, tym mniejsza ochota przeciwnika na dołączenie do kolekcji.

Praktyki te są obecnie zabronione, ale nie wszystkie niezwykłe obyczaje odeszły w niepamięć. Perłą w skarbnicy tutejszej obrzędowości są m.in. pochówki ludu Ifugao. Odświętnie ubranego zmarłego sadza się na tzw. krześle śmierci, przywiązując kończyny do poręczy, a głowę do oparcia. Rodzina i krewni zaczynają długą stypę, podczas której zmarły rozkłada się na ich oczach (w tym klimacie wystarczą trzy dni). W końcu rodzina niesie go wraz z krzesłem na miejsce pochówku, gdzie ciało wkłada się do trumny z wydrążonego pnia. Na cmentarze lud Ifugao wybiera skaliste urwiska o pionowych ścianach, w które wbija się drewniane kołki, a na nich układa się trumny zwane "wiszącymi".

Niedaleko miejscowości Sagada napotkałem również inny sposób pochówku - trumny leżały jedna na drugiej w ogromnej jaskini. Najstarsze, na samym spodzie, czasem nie wytrzymywały ciężaru ułożonych powyżej i - pękając - odsłaniały zmurszałe szkielety.

Domostwa

Centralna Kordyliera to folklor, często bardzo skomercjalizowany; trudno rozpoznać, co jest autentyczne, a co na użytek turystów. Tradycyjne stroje - kolorowe, z charakterystycznym nakryciem głowy w formie opaski przystrojonej ptasimi piórami - widziałem tylko w czasie organizowanych pokazów tańca lub gdy tancerze odpłatnie pozowali turystom.

Podczas wędrówki przez ryżowe tarasy w wiosce Batad zobaczyłem drzemiącego na przyzbie domu pięknie ubranego starca, byłem przekonany, że dorabia do domowego budżetu. Rozbudzony, ze zdziwieniem spojrzał na pieniądze, jakie mu zaoferowałem za zrobienie zdjęcia. Przyjął za to chętnie paczkę papierosów i kontynuował sjestę. A ja miałem okazję przyjrzeć się tradycyjnemu domostwu. Jest to najczęściej niewielka, drewniana chata wsparta na czterech palach, wzniesiona ok. 2 m nad ziemią. Drabina prowadzi do jednoizbowego pomieszczenia będącego zarazem sypialnią i kuchnią z paleniskiem pośrodku. Wewnątrz mały kredens, kilka niskich taboretów oraz - obowiązkowo - dwie drewniane figurki (męska i żeńska) nazywane Bulol, związane z wierzeniami animistycznymi. Nieopodal stały na palach mniejsze budyneczki - spichlerze na ryż. Wszystkie pale miały nałożoną w połowie wysokości drewnianą kryzę, która uniemożliwiała szczurom wspięcie się do pomieszczeń. Budynek mieszkalny zdobiły czaszki zwierząt ofiarnych.

Tutejsi rolnicy uwielbiają świętować. Tylko z samą uprawą ryżu wiąże się dziewiętnaście różnych ceremonii, związanych z jego wegetacją, zbiorami i przetwórstwem, a dochodzą jeszcze pogrzeby, narodziny i śluby. Wymagane są ofiary ze zwierząt - im więcej, tym lepiej. Czaszkami poświęconych kóz, bawołów lub świń dekoruje się zewnętrzne ściany domów. Ich liczba świadczy o zamożności gospodarza, jak u nas marka samochodu przed domem.

Jak długo jeszcze ta bogata kultura zachowa odrębność i obroni się przed naporem nowoczesności? Młodzi przenoszą się do miast, a na wsiach tradycyjne budownictwo ustępuje miejsca brzydkim, choć wygodniejszym murowanym domom z elektrycznością i bieżącą wodą. Nie dotarłem, niestety, do ludu Kalinga, najdzielniejszych łowców głów. Akurat po raz kolejny mieli jakieś żale do rządu w Manili i niechętnie widzieli obcych na swoim terenie. Tym samym zachowałem głowę, a w niej niepowtarzalne wspomnienia i nieodparte wrażenie, że jeszcze tu powrócę...

Warto wiedzieć

Dojazd. Nie ma bezpośrednich połączeń lotniczych z Polski; można lecieć np. KLM via Amsterdam lub British Airways via Londyn.

Waluta. Peso filipińskie, 1 dol. = ok. 43 peso.

Ceny. Wynajęcie samochodu - 15-30 dol./dzień, zależnie od marki. Najtańsze są autobusiki jeepney lub tzw. tricycle (motocykl z przyczepką), ale towarzyszką podróży może okazać się na przykład... świnia wieziona na targ. Najtańsze noclegi ok. 20-30 zł, obiad - ok. 10 zł.

Bezpieczeństwo. Dosyć bezpiecznie, choć w Manili niektóre dzielnice biedy są naprawdę niebezpieczne. Ludzie bardzo uprzejmi, wręcz serdeczni, zawsze chętni do pomocy, powszechna znajomość angielskiego.