Chorwacja. Wyspa Cres

Na Adriatyku ciągnie się po horyzont archipelag wysp Cres i Losinj. Działają na nas jak magnes.
Jadąc samochodem przez centralną część Istrii w stronę Rijeki, docieramy na wschodnie wybrzeże półwyspu. Zatrzymujemy się nad urzekającymi fiordami, które w okolicach Plomin wcinają się w głąb lądu turkusową wodą. Na Adriatyku ciągnie się po horyzont archipelag wysp Cres i Losinj. Działają na nas jak magnes.

Wyspa Cres

Po kilku kilometrach skręcamy opadającą ostro w dół drogą nr 402 w stronę przeprawy promowej Brestova - Porozina. W kolejce do promu na Cres stoi kilkanaście samochodów, mamy ok. 45 minut do rozpoczęcia rejsu. Zatoczka przy porcie z niewielką kamienistą plażą kusi przejrzystą jak kryształ wodą. Spoglądamy na siebie i na Kalinkę, ze śmiechem pakujemy do torby stroje kąpielowe, buty do kąpania, maskę i po chwili taplamy się w wodzie. Co za rozkosz! A jaki widok na wyspy!

Nadpływa prom, więc wskakujemy do auta i po zapłaceniu 151 kun wjeżdżamy na ogromny statek "Rijeka" linii Jadrolinija. Kalinka jest zachwycona wielkością promu i podróżą. Z górnego pokładu długo wpatruje się w wodę rozcinaną przez dziób, potem biega po obydwu pokładach. Aż dostrzega bufet z lodami...

Lądujemy na kamiennej wyspie. Od razu wiemy, że się nam tu spodoba. Jest malowniczo i dziko. Oprócz wąskiej drogi jazdę utrudniają wspaniałe widoki wyłaniające się zza zakrętów.

Cres wita nas kamiennym XV-wiecznym kościółkiem św. Franciszka. W kilka minut przemierzamy miasteczko i docieramy do portu okolonego pięknymi kamienicami i kolorowymi domami. Zostajemy! Spodobał się nam pensjonacik w przyportowej ulicy, więc z głupia frant dzwonimy do drzwi. Jest jeden wolny pokój. 40 euro za dobę mieści się w naszym budżecie. Bierzemy.

Jeszcze tego samego dnia idziemy na piękną plażę na granicy miasta. Woda bajeczna - ciepła i czysta. Koloryt temu miejscu nadaje kamienny kościółek przy plaży i wspaniałe widoki na łagodne góry otaczające głęboko wcinającą się w ląd zatokę i na jej ujście do morza.

Po zachodzie słońca, spacerując wzdłuż nabrzeża starej mariny w kształcie prostokątnej podkowy, pełnej jachtów, łódek, motorówek, stateczków, pilnie studiujemy menu restauracyjek. Ale głównie tych pełnych ludzi mówiących po chorwacku. Buffet Regata spełnia wszystkie nasze wymagania. Stolik na ulicy, obok cumują łodzie, a pod nimi pływają ławice sporych ryb czyhających na resztki. W wodzie odbijają się światła nabrzeża i gwiazdy gęsto wiszące na niebie. Jest magicznie. Zamawiamy lignje z rusztu, czyli kalmary, scampi na szpinaku i czosnku, a dla Kalinki kawał mięsa z rusztu na cebulce z frytkami. Istryjskie wina są godne polecenia, zwłaszcza białe malvazija i muskat oraz czerwone teran - wybieramy po lampce białego (jedząc w restauracjach, staramy się nie przekraczać kwoty 100 kun).

Miasto Cres

Kolejny dzień rozpoczynamy od zwiedzania miasta. Niewielki Cres ma nadspodziewanie wiele do zaoferowania, m.in. świetnie zachowane trzy bramy miejskie z czasów weneckich: Bragadina, Marcella, św. Mikula z XVI w. Wchodząc w wąskie uliczki najstarszej części przylegającej do portu, od razu wpadamy na XV-wieczny pałac Arsan (Petris) w stylu weneckiego gotyku - obecnie muzeum. Wczoraj odbywał się na jego dziedzińcu, pod pomnikiem urodzonego tu filozofa i pisarza Frane Petrica (1521-67), turniej szachowy. Dziś cicho i pusto, jedynie w sąsiedniej kafejce kilku mężczyzn popija poranną kawę, czytając gazety. Po paru krokach znajdujemy wspaniały kościół Matki Bożej Śnieżnej. Kamienną fasadę zdobi renesansowy portal przedstawiający Matkę Bożą z Dzieciątkiem, we wnętrzu godna obejrzenia drewniana pieta z XV w.

Przechodząc przez główną bramę, trafiamy na placyk z fontanną przy marinie, nad którym dominuje XVIII-wieczna dzwonnica. W starej części miasta znajdziemy również ratusz i wieżę z zegarem z XVI w. Idąc w stronę okrągłej weneckiej baszty, natykamy się na niepozorny kamienny kościół św. Izydora (zwany Sidar) - najstarszy w Cres, z romańską apsydą z VII-VIII w. Obecna, XII-wieczna świątynia ma ciekawy gotycki portal i dobrze zachowaną dzwonnicę. We wnętrzu podziwiamy późnogotycką kolekcję drewnianych figurek, w tym św. Izydora, patrona miasta. Z portu widać też klasztor benedyktynek z XV w. jaśniejący na tle gór.

Veli Losinj

Nazajutrz po ranku na plaży pakujemy piknikowy zestaw i gnamy na zwiedzanie archipelagu. Chcemy dotrzeć na sam koniec - do Veli Losinj, gdzie kończy się droga, gdzie kończy się świat wysp Cres i Losinj. Mamy do pokonania kawał świata jak na tutejsze realia - ok. 60 km w jedną stronę. Ale po kąpieli jesteśmy głodni, więc już po kilku kilometrach, zwabieni szyldem gospody, skręcamy na lunch do wioski Loznati. Jej ozdobą jest biały kościółek z dzwonnicą i cmentarzem na tle błękitnego Adriatyku. Naprzeciwko świątyni schowana wśród figowców Konoba Bukaleta. Posiłek zaczynamy od tacy z prsutem - wędzoną, cienko krojoną szynką, serem i oliwkami uwielbianymi przez Kalinkę. Danie główne to pasticada - dalmatyński gulasz z kopytkami. Zamawiamy też baraninę przyrządzoną w gorącej oliwie z makaronem. Kalinka z zaciekawieniem wącha wszystkie przyprawy, świeży biały chleb macza w oliwie wylanej na talerzyk. Jest zachwycona jej smakiem. Jedzenie jest świeże i pyszne, dajemy radę nawet dziwnie pachnącej lokalnymi przyprawami baraninie. I niemal mieścimy się w 100 kunach.

W połowie wyspy droga robi się szeroka i wygodna. Mkniemy na południe. W pamiętającym czasy rzymskie Osor mijamy wąski przesmyk między wyspami. Odtąd cały czas morze mamy to po lewej, to po prawej stronie. Niemal zalewa drogę. Mijamy duży Mali Losinj, by po chwili dotrzeć do wyboistego ronda w małym Veli Losinj oznaczającego definitywny koniec drogi. Parkujemy gdzie bądź i mijając kościół Matki Boskiej od Aniołów z 1510 r., idziemy do miasteczka.

Ciasna kolorowa zabudowa rozlokowała się po obu stronach wąskiego portu zamykającego zatokę Javorna, dzisiaj raczej turystyczną marinę. Zapraszają nakryte białymi obrusami stoliki kilku restauracji i kafejki wciśnięte w zakamarki zabytkowej architektury. Siedząc wygodnie w wiklinowych fotelach, zajadając się lodami i popijając mocną kawę, podziwiamy barokowy kościół o łososiowej elewacji powstały obok najstarszego, XIII-wiecznego kościoła św. Nikoli. Zza niego wystaje smukła kampanila. Dziewczyny ruszają na podbój straganów z pamiątkami, ja mam czas na zdjęcia.

Razem już wędrujemy w stronę klifowego wybrzeża. Na samym cyplu w XVIII w. zbudowano kościółek służący marynarzom głównie za punkt nawigacyjny. Kalinka ciekawie zagląda do kaplicy z grobowcami rodów Budinić i Stuparić z ciemnego i jasnego kamienia w poziome pasy. Dziewczyny siadają na skalistym brzegu, spoglądając z nostalgią przed siebie. Tak, to już ostatnie dni wspaniałego wypadu do Chorwacji.

***

Z żalem opuszczamy wyspę i miasto Cres. Promem relacji Merag - Valbiska zdobywamy wyspę Krk. Gdy zaczynamy się rozglądać za postojem, nadchodzą ciemne chmury, z których po chwili urywa się potężna ulewa. Czas wracać. Po trzydziestu paru kilometrach osiągamy drugi koniec wyspy i wspaniały Krcki Most biegnący na stały ląd. W dole pod mostem widać zatoczkę z mariną - tam musi być restauracyjka. Wąską drogą ostro opadającą w dół zjeżdżamy do małego portu.

W niewielkim pawilonie panuje głośna, męska atmosfera. O dziwo, Kalinka wśród rozgadanych rybaków czuje się jak w domu. Zamawiamy rybę, pyszne kalmary z grilla i kiełbaski cevapcici dla Kalinki. Zachwyca ją ich smak i nazwa. Do dziś pytana, co jej najbardziej smakowało w Chorwacji oprócz lodów oczywiście, odpowiada z szerokim uśmiechem: kebabcici!